Wiele krajów przekonuje amerykańskich naukowców, by przenieśli się do nich na stałe. I wielu badaczy to rozważa
Na co dzień amerykański fizyk Kenneth Long pracuje przy największym na świecie akceleratorze cząstek – Wielkim Zderzaczu Hadronów (Large Hadron Collider) w ośrodku CERN niedaleko Genewy. Chce lepiej zrozumieć bozon W, cząstkę subatomową odpowiedzialną za pewne rodzaje promieniotwórczości oraz za fuzję jądrową. Ale lubi też rowery i zamierza kibicować kolarzom na trasie Tour de France. Nie będzie musiał jednak lecieć na drugi kontynent, by oglądać wyścig: Long przeprowadził się za granicę w lutym, dzieląc swój czas między Lyon i Genewę; jest obecnie naukowcem pracującym we francuskim Centre national de la recherche scientifique (CNRS).
Do Francji sprowadził Longa program rekrutacyjny o nazwie Choose CNRS. Organizacja uruchomiła go w kwietniu ubiegłego roku, kilka miesięcy po tym, jak administracja Trumpa zaczęła ograniczać programy naukowe w Stanach Zjednoczonych. Inicjatywa ma na celu przyciągnięcie zagranicznych badaczy do Europy poprzez oferowanie stabilnych stanowisk, hojnego finansowania i obietnic wolności akademickiej. Dla wielu naukowców z USA programy takie, jak ten, są kołem ratunkowym: sposobem na prowadzenie badań światowej klasy bez konieczności zmagania się z cięciami finansowania i destabilizującą polityką, które obecnie hamują rozwój amerykańskiej nauki.
Według sondaży, liczby składanych aplikacji oraz nieformalnych relacji wielu młodych amerykańskich naukowców rozważa takie przeprowadzki. Trzy czwarte badaczy ze Stanów Zjednoczonych, którzy odpowiedzieli na ankietę magazynu „Nature” przeprowadzoną w marcu ubiegłego roku, zastanawiało się nad wyjazdem za granicę. Tendencja ta była szczególnie widoczna wśród naukowców na początku kariery: spośród 690 badaczy po doktoracie (tzw. postdoków) i 340 doktorantów, którzy odpowiedzieli, 803 stwierdziło, że rozważa opuszczenie kraju i udanie się na inne kontynenty.
Ankieta „Nature” została przeprowadzona w czasie, gdy amerykański system badań naukowych znalazł się pod poważną presją. W ubiegłym roku National Science Foundation anulowała granty o wartości około miliarda dolarów i zwolniła 10% swoich pracowników; National Oceanic and Atmospheric Administration zwolniła mniej więcej taki sam odsetek zatrudnionych, a National Institutes of Health straciły 5% personelu. W tej ostatniej instytucji anulowano granty o łącznej wartości ponad 1,8 mld dolarów. Rząd zaproponował również znaczne przyszłe cięcia w agencjach badawczych przyznających naukowcom środki na prowadzenie badań.
Do początku 2026 roku ponad 10 tys. osób mających doktoraty w dziedzinach STEM straciło pracę lub odeszło ze swoich stanowisk z powodu cięć w federalnej administracji – wynika z danych Biura Zarządzania Personelem Stanów Zjednoczonych (U.S. Office of Personnel Management). Interwencje sądów i Kongresu zapobiegły części cięć administracji lub doprowadziły do ich cofnięcia, jednak dla wielu badaczy nauka i środowisko akademickie nadal wydają się niepewne – szczególnie dla takich naukowców, jak Long, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę zawodową.
„Naukowcy na początku kariery oraz młodsi badacze zdecydowanie odczuwają te skutki bardziej” – mówi Joanne Padrón Carney, dyrektorka ds. relacji z rządem w American Association for the Advancement of Science, jednej z największych organizacji zawodowych zrzeszających badaczy. Bardziej doświadczeni naukowcy, o ugruntowanej pozycji mogą polegać na swojej reputacji i dotychczasowych osiągnięciach, gdy starają się o granty z coraz mniejszej puli pieniędzy. Młodzi badacze, którzy dopiero budują swoją pozycję, będą mieli większe trudności ze zdobyciem pierwszych dużych grantów – i mniejsza ich liczba będzie w stanie je otrzymać. „Panuje wielki niepokój” – mówi Carney.
Inne kraje chętnie korzystają z tego zamieszania. Kanada na przykład inwestuje ponad miliard dolarów w przyciąganie zagranicznych naukowców oraz zachęcanie Kanadyjczyków pracujących za granicą do powrotu. Unia Europejska przeznaczyła setki milionów na programy mające przyciągnąć badaczy z innych krajów. Najbardziej rozległym geograficznie z nich jest Choose Europe for Science, uruchomiony w maju ubiegłego roku, który obejmuje zachęty skierowane do młodszych naukowców. Tę inicjatywę obejmującą cały kontynent uzupełnia około 100 kolejnych programów realizowanych przez poszczególne kraje i regiony, a Europa uprościła procedury wizowe i pobytowe, aby naukowcy mogli korzystać z tych możliwości przy mniejszej biurokracji. „To Europa jako drużyna w działaniu” – mówi Maciej Berestecki, rzecznik Komisji Europejskiej. Jak twierdzi, wszystkie te programy mają wspólny cel: wypełnić luki pozostawione przez inne państwa. „Oferujemy trzy rzeczy – wyjaśnia – których naukowcy coraz częściej nie mogą uważać za coś oczywistego gdzie indziej: stabilne i długoterminowe finansowanie, swobodę realizowania odważnych pomysłów oraz wyjątkową jakość życia”. Nietrudno się domyślić, z jakimi krajami porównuje on Europę. „W czasach, gdy nauka na całym świecie znajduje się pod coraz większą presją, Europa coraz wyraźniej wyróżnia się jako miejsce, w którym wolność badań naukowych jest aktywnie chroniona i wspierana” – mówi Berestecki. To atrakcyjna perspektywa dla młodych badaczy, którzy chcą rozwijać karierę naukową i mniej obawiać się, że stracą grunt pod nogami.
Long początkowo wcale nie planował kariery naukowej. „Tak naprawdę chciałem studiować teologię – mówił, uśmiechając się do kamery Microsoft Teams w marcu tego roku, zaledwie kilka tygodni po swojej wielkiej przeprowadzce. – Wydawało mi się, że to właśnie tam ludzie odpowiadają na wielkie pytania świata”.
Long uważa, że te duchowe kwestie nadal są ważne, ale trudniej znaleźć na nie obiektywne odpowiedzi niż na pytania, którymi zajmuje się w fizyce. To właśnie fizykę studiował na Tennessee Tech University, gdzie odbył studia pierwszego stopnia. „Szczerze mówiąc, chciałem wtedy wydostać się z Tennessee i byłem kompletnie załamany, że mam studiować na małym uniwersytecie – mówi. – Ale myślę, że ostatecznie było to dla mnie dobre, miałem bardzo dobrych profesorów, a czasami dobrze jest pozostać małym”.
Przynajmniej było dobre, zanim zdecydował się na większą skalę. Kiedy Long rozpoczął studia doktoranckie na University of Wisconsin–Madison, wybrał tę uczelnię częściowo ze względu na jej współpracę z CERN-em, który prowadzi projekt Wielkiego Zderzacza Hadronów. Tam naukowcy tacy jak Long gromadzą dane, próbując poznać cząstki elementarne, aby móc określić, jak łączą się one w całość, tworząc nasz świat i Wszechświat.
Jak można krótko opisać obecną kondycję amerykańskiej nauki?
Ameryka wciąż pozostaje najbardziej dynamicznym krajem pod względem innowacji naukowych. Jej ekosystem nadal jest najzdrowszy na świecie w tym sensie, że zarówno poziom prywatnych inwestycji, jak i publicznych nakładów na badania podstawowe oraz badania prowadzone przez przemysł jest naprawdę bardzo wysoki. Obawiam się jednak, że powinniśmy poświęcać więcej uwagi kondycji tego ekosystemu i postarać się wykorzystać obecną chwilę.
Fei-Fei Li, współzałożycielka i współdyrektorka Stanford Human-Centered AI Institute
„Najbardziej fundamentalna rzecz” – mówi Long niemal z nutą nostalgii. Problemy, które można badać za pomocą zderzacza, nie różnią się w rzeczywistości aż tak bardzo od tych, którymi zajmują się teolodzy – tylko że wymagają obliczeń.
Long odbył później staż podoktorski na Massachusetts Institute of Technology, ale znaczną część czasu spędzał ponownie w CERN-ie. Program Choose CNRS pomógł mu przenieść się na stałe do Francji, zapewniając rodzaj finansowania, którego młody badacz potrzebuje, aby przejść od niepewnego tymczasowego zatrudnienia do stabilnej i samodzielnej pozycji zawodowej. Dzięki środkom na rozpoczęcie działalności w ramach programu Long mógł zatrudnić własnego studenta i naukowca po doktoracie, a także po raz pierwszy zostać kierownikiem własnego zespołu badawczego (principal investigator). Pomaga w tym fakt, że we Francji infrastruktura badawcza jest znacznie bardziej scentralizowana – duże, finansowane ze środków publicznych laboratoria naukowe zatrudniają naukowców jako stałych pracowników służby cywilnej.
„Macie tam stosunkowo więcej stałych badaczy z dużą swobodą prowadzenia badań” – mówi Long. Nie musi też dostosowywać swoich planów naukowych do tego, jaki grant pomoże mu je zrealizować – w USA zależy to w większym stopniu od preferencji rządu. „Myślę, że miło jest nie musieć wybierać tematów badań wyłącznie ze względu na to, co jest aktualnie modne” – mówi. Poza tym może grać w drużynie piłkarskiej CERN-u przeciwko bardzo europejskim przeciwnikom, takim jak dużyna firmy Rolex – co w jego opinii oznacza korzyść dla obu stron.
Równowaga między życiem zawodowym a prywatnym jest również czymś, na co nacisk kładzie się w działaniach rekrutacyjnych Finlandii skierowanych do zagranicznych naukowców. W rzeczywistości jest ona częścią nowego hasła programu Work in Finland, którego jednym z celów jest przyciągnięcie amerykańskich naukowców oraz innych specjalistów z branży zaawansowanych technologii: „Find your superposition in Finland” („Znajdź swoją superpozycję w Finlandii”).
„Superpozycja” to w fizyce kwantowej zdolność do znajdowania się jednocześnie w wielu stanach. „Uważamy, że istnieje tu piękna analogia” – mówi Laura Lindeman, starsza dyrektorka i szefowa działu biznesowego programu Work in Finland. „W Finlandii można jednocześnie robić karierę naukową i inne ważne rzeczy w swoim życiu”.
Wcześniej fińscy pracodawcy mieli trudności z przekonaniem wielu Amerykanów do emigracji, ponieważ nie byli w stanie konkurować z amerykańskimi wynagrodzeniami. „Ale postanowiliśmy ponownie spróbować” – mówi Lindeman, odnosząc się do niedawnej przebudowy działań skoncentrowanych na Stanach Zjednoczonych. W końcu wiele zmieniło się dla Amerykanów w ciągu ostatnich kilku lat. A być może – pomyślała – program Work in Finland musiał po prostu uświadomić ludziom, jak wygląda życie w tym kraju i dlaczego może być ono atrakcyjniejsze niż w USA.
„Jednym z największych wyzwań Finlandii jest to, że nikt o nas nie wie – mówi Lindeman. – Jeśli ludzie myślą o przeprowadzce, Finlandia zazwyczaj nie jest ich pierwszym wyborem”.
Dlatego teraz przedstawiciele wspierani przez Ministerstwo Gospodarki i Zatrudnienia wyjaśniają, dlaczego warto pomyśleć właśnie o Finlandii. Szkolnictwo wyższe jest tam na przykład bezpłatne; opieka nad dziećmi jest dotowana; ludzie mają czas na życie poza pracą. Podatki mogą być wysokie – czego Amerykanie z reguły nie lubią – ale wynika to z tego, że finansują one pełną sieć zabezpieczeń społecznych. „Finlandia nie jest dla każdego – mówi Lindeman – ale uważamy, że jeśli ktoś ceni tę równowagę, a także społeczeństwo, w którym dobre rzeczy dzieli się z innymi, to jest to właściwe miejsce, by przyjechać”.
Kraj ten, mówi Lindeman, jest niewielki i nie ma silnie hierarchicznej struktury. Jeśli ktoś chce spotkać się lub współpracować z określoną osobą, zasadniczo może to zrobić. „Jedną z rzeczy, które są dość wyjątkowe w Finlandii, jest współpraca między uniwersytetami, innymi instytucjami badawczymi i firmami, a także sektorem publicznym” – mówi.
Innymi słowy, nie jest tam tak trudno zostać dużą rybą w małym stawie – a młodsi badacze mogą pływać obok kogo chcą, bez konieczności mozolnego płynięcia pod prąd.
To właśnie ta atmosfera ciągłej walki w Stanach Zjednoczonych jest częściowo powodem, dla którego inny młody amerykański naukowiec rozważa opuszczenie kraju. John, który poprosił o używanie pseudonimu, ponieważ nadal pracuje w amerykańskiej instytucji, jest matematykiem na stażu podoktorskim na MIT. Uważa, że problemy nauki opisywane w USA na pierwszych stronach gazet – cięcia finansowania, zwolnienia federalnych pracowników, zagrożenia dla uniwersytetów – są jedynie objawami poważnej choroby systemu akademickich badań naukowych: jego konkurencyjnego charakteru, oderwania od życia wielu Amerykanów oraz niezdolności władz uczelni do przekonania osób kontrolujących finansowanie, że powinny wspierać naukę.
„Nie dorastałem w środowisku, w którym ludzie studiowali” – mówi John, który pochodzi z Salem w stanie Oregon. Jednak już wcześnie wiedział, że ma zdolności matematyczne, więc chciał pójść na ścisłe studia i to zrobił.
Kiedy trafił na MIT, odkrył, że wielu jego kolegów wychowało się w zupełnie innym środowisku – wśród naukowców, którzy w ogromnym stresie rywalizowali o różne oznaki prestiżu: od pracy na renomowanych uczelniach, przez publikacje w najbardziej uznanych czasopismach, po największe granty.
„Wszystko w amerykańskiej akademii jest konkurencją – mówi. – A to nie przyczynia się do rozwoju nauki”.
John mówi, że w amerykańskim środowisku akademickim wielu jego kolegów nie rozumie, jak społeczeństwo mogło wybrać Donalda Trumpa na prezydenta. „Oni i opinia publiczna wiedzieli, że zamierza zaatakować uniwersytety” – mówi. A mimo to większość na niego zagłosowała. A może – dodaje – właśnie dlatego. „To jest istotne pytanie, które uniwersytety muszą sobie zadać” – mówi John.
Dlaczego ludzie wybierają kogoś, kto zaatakuje uniwersytety? Zdaniem Johna ma to wiele wspólnego z tym, w jaki kultura akademicka – w tym wewnętrzna walka o sukces – wydaje się odległa od doświadczeń wielu ludzi: większość osób nie widzi naukowców w swoim codziennym życiu; nie widzi też siebie wśród naukowców. I w wielu społecznościach brakuje sposobów, by to zmienić. „Młodzi ludzie nie widzą drogi do zostania naukowcem” – mówi John. Jego zdaniem nie ufają temu środowisku, postrzegając je jako „tajemniczy osobny świat, którego częścią nigdy nie będą”. A należący sami o sobie mówią,: „Och, jesteśmy od ciebie mądrzejsi – dodaje John. – Cóż, taka postawa przenika potem do opinii publicznej”.
John ma dość takiej atmosfery i nie udało mu się uzyskać stałego stanowiska w Stanach Zjednoczonych. Problemy z federalnym finansowaniem sprawiły, że rynek pracy dla nowych badaczy wyglądał niezachęcająco; jeden z uniwersytetów, którym John był zainteresowany, w ogóle nie prowadził naboru na nowe stanowiska profesorskie z możliwością uzyskania stałego etatu (tenure-track). „To był bardzo niepokojący sygnał” – mówi.
Dlatego rozważa poszukiwanie pracy matematyka w Europie. „Poznawczo, intelektualnie, sytuacja Ameryki nie jest dobra” – mówi. Jego zdaniem wynika to jednak nie tylko ze zmian w nauce w ciągu ostatnich kilku lat, lecz także z problemów systemowych, które doprowadziły do oddzielenia badań naukowych od codziennego życia. „Czarny charakter tej historii jest bardziej skomplikowany niż tylko Donald Trump – mówi John – i bardziej skomplikowany niż jakakolwiek pojedyncza osoba”. Problemy te mogą nie zostać całkowicie rozwiązane przez wyjazd za granicę. Nauka akademicka jest konkurencyjna wszędzie, a zaawansowana matematyka jest równie abstrakcyjna za granicą, jak tutaj. Ale warto spróbować – szczególnie jeśli można dostać pracę.
Czy John znajdzie zatrudnienie za granicą, pozostaje niewiadomą. Podobnie jest w przypadku innych rozczarowanych naukowców w całych Stanach Zjednoczonych. Nie każdy może, tak jak Long, skorzystać z Choose CNRS lub innego programu relokacyjnego. „Jestem pewien, że nie ma możliwości przyjęcia wszystkich, którzy hipotetycznie chcieliby przyjechać” – mówi John. W 2022 roku w Stanach Zjednoczonych było około dwóch milionów naukowców. Pilotażowy program Choose Europe for Science będzie na przykład finansował badania na skalę setek naukowców, którzy mogą pochodzić z dowolnego kraju – to mniej niż 1200 osób, które w ankiecie „Nature” stwierdziły, że rozważają opuszczenie USA.
W pewnym sensie pragnienie amerykańskich naukowców, by wyjechać, również nie jest czymś nowym ani wyjątkowym dla obecnej administracji prezydenckiej. Naukowcy, mówi Carney, od zawsze byli mobilną grupą zawodową. Historycznie Stany Zjednoczone korzystały z tej rotacji, przyciągając naukowców i zdobywając „najlepszych i najzdolniejszych ludzi z całego świata dzięki reputacji naszych instytucji szkolnictwa wyższego” – mówi Carney.
Przepływ inteligentnych, ambitnych ludzi spoza Ameryki do tego kraju uczynił Stany Zjednoczone światowym liderem nauki i innowacji – mówi Mushfiq Mobarak, profesor ekonomii na Yale University. Od czasów II wojny światowej Stany Zjednoczone były najważniejszym miejscem docelowym dla światowych talentów w dziedzinach STEM.
„A potem, w ciągu ostatnich kilku lat, Stany Zjednoczone sprawiły, iż te talenty naukowe i inżynieryjne zaczęły czuć się bardzo niechciane” – mówi Mobarak.
Inne kraje, mówi Carney, obserwowały, jak Stany Zjednoczone stawały się światowym liderem, ucząc się na amerykańskim modelu innowacji. A gdy USA stały się mniej otwarte zarówno na własnych naukowców, jak i na tych, którzy kiedyś chcieliby tu przyjechać, wkroczyły inne państwa, by przyjąć oba rodzaje badaczy.
Niektórzy naukowcy po prostu odejdą ze swoich dziedzin; inni będą szukać możliwości przeprowadzki. Tak czy inaczej, Stany Zjednoczone mogą na tym stracić. „Jakie odkrycia nie dojdą do skutku – czy to przez cięcie budżetu, czy przez utratę talentu konkretnej osoby? – pyta Carney. – Co straciliśmy?”