Raport: NASA chce, aby księżycową bazę zasilał reaktor jądrowy. To nie jest tak szalone, jak się wydaje.
W ubiegłym roku, niecały miesiąc po objęciu stanowiska pełniącego obowiązki administratora NASA, sekretarz transportu USA Sean Duffy ogłosił światu wiadomość, która wywołała niemałe zdziwienie: NASA zamierza umieścić na Księżycu reaktor jądrowy. Jak powiedział, w ramach wzmacniania bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych w przestrzeni kosmicznej reaktor ten miałby zostać zaprojektowany, zbudowany, wysłany i dostarczony na powierzchnię Księżyca do 2030 roku. Dla wielu obserwatorów deklaracja ta brzmiała szaleńczo. Po co właściwie umieszczać reaktor jądrowy na Srebrnym Globie?
Rzecz w tym, że jeśli Ameryka – lub jakikolwiek kraj zdolny do lotów kosmicznych – chce założyć na Księżycu stałą, zamieszkaną bazę zdolną do funkcjonowania podczas lodowatej i długiej księżycowej nocy, energia słoneczna nie wystarczy. Kontynuując program Artemis, w którego ramach właśnie wysłano czworo astronautów w podróż wokół Księżyca, NASA chce przekształcić srebrzystego towarzysza naszej planety w placówkę naukową, teren wydobywczy i kosmodrom skierowany ku Marsowi. Aby dało się to osiągnąć, energia jądrowa jest niezbędna. „To jedyny sposób, aby długoterminowo utrzymać bazę księżycową” – mówi Simon Middleburgh, współdyrektor Nuclear Futures Institute na Bangor University w Walii. Nic więc dziwnego, że Chiny i Rosja współpracują nad umieszczeniem własnego reaktora jądrowego na Księżycu do 2035 roku, aby zasilać energią to, co nazywają International Lunar Research Station – planowaną bazę przy południowym biegunie Księżyca. Prędzej czy później za sprawą któregoś państwa „energia jądrowa na Księżycu się pojawi – mówi Middleburgh. – To nieuniknione.”
Elektrownie jądrowe są bezpieczniejsze, niż sądzi wielu ludzi. Ale umieszczanie reaktorów w kosmosie to koncepcja o burzliwej historii. Jeden szczególnie niesławny reaktor doprowadził do międzynarodowego incydentu w 1978 roku po rozpadzie w atmosferze Ziemi. A nikt nigdy wcześniej nie projektował reaktora przeznaczonego dla Księżyca – niegościnnej wulkanicznej pustyni narażonej na ekstremalne wahania temperatur, częste uderzenia planetoid i wstrząsy sejsmiczne.
Eksperci zakwestionowali zarówno termin budowy, jak i skalę elektrowni jądrowej proponowanej przez Duffy’ego. Umieszczenie do 2030 roku na południowym biegunie Księżyca reaktora o mocy wystarczającej dla 80 amerykańskich gospodarstw domowych – w środowisku, którego żaden człowiek jeszcze nie odwiedził – wydaje się trudno wykonalne, jeśli nie wręcz niemożliwe. A ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek by sobie życzył, jest pośpiech na etapie koncepcji, budowy, startu i lądowania księżycowego reaktora jądrowego. „Myślę, że najgorszym scenariuszem byłoby, gdybyśmy w dążeniu do bycia pierwszymi pominęli ważne aspekty projektowania i bezpieczeństwa – mówi Bhavya Lal, profesor polityki kosmicznej w RAND School of Public Policy oraz była pełniąca obowiązki głównego inżyniera i zastępcy administratora ds. techniki, polityki i strategii w NASA. – Dobrze byłoby wszystkich wyprzedzić – nie ma nic złego w konkurencji – ale musimy zrobić to mądrze.”
Jeśli Stanom Zjednoczonym się powiedzie, ich zasilana energią jądrową baza księżycowa może stać się przyczółkiem służącym eksploracji Układu Słonecznego. Ale błędy mogą się zdarzyć. I niezależnie od tego, czy przypadkowo pokryje się radioaktywnymi odpadami pradawny rezerwuar lodu wodnego, czy też pozostawi astronautów uwięzionych w księżycowej ciemności bez zasilania, skazując ich de facto na śmierć, katastrofa nuklearna na Księżycu byłaby – używając słów Middleburgha – „żenującą kompromitacją ludzkości”.
Katy Huff, inżynier jądrowa z University of Illinois at Urbana-Champaign, była zastępczyni sekretarza ds. energii jądrowej w administracji Bidena, chce jednak jedną rzecz wyjaśnić: uran, niesławny radioaktywny pierwiastek wykorzystywany do zasilania elektrowni jądrowych i – po pewnych modyfikacjach – do nadawania większości bomb jądrowych ich niszczycielskiej mocy, nie jest groźny… przynajmniej w pewnym sensie.
Huff, która pasjonuje się energią jądrową, podkreśla, że niewykorzystane paliwo jądrowe „pod względem radiologicznym nie jest żadnym demonem – powiedziała podczas niedawnej rozmowy wideo. – Nie jest szczególnie radioaktywne.” Wskazała na przedmiot leżący na biurku. „Mam trochę uranu w tym kartonowym pudełku.” Fakt, że można trzymać uran w dłoni bez konsekwencji, może być dla wielu zaskoczeniem. „Można go wziąć do ręki. Jest jednak bardzo toksyczny, mniej więcej tak toksyczny, jak ołów – mówi Middleburgh. – Więc go nie jedzcie.”
Uran staje się niebezpieczny – i użyteczny – kiedy trafi do reaktora jądrowego i zostanie zbombardowany neutronami. Uderzenia powodują rozszczepienie niestabilnych jąder atomowych uranu i emisję kolejnych neutronów, które rozrywają następne jądra – i voilà, otrzymujemy emitującą ciepło reakcję rozszczepienia jądrowego. Dopóki reakcja nie wymknie się spod kontroli, można wykorzystywać ciepło do zamiany płynu (często wody) w parę. Para obraca turbinę, która wytwarza energię elektryczną.
Nie chcemy jednak trzymać paliwa uranowego po tym, jak zostanie zbombardowane neutronami. „Wtedy rozpada się i zamienia w produkty rozszczepienia o wysokiej radioaktywności, dlatego odpady jądrowe są niebezpieczne” – mówi Huff. Ale ponieważ ta jądrowa kaskada może trwać bardzo długo, stanowi fantastyczne źródło energii – szczególnie w kosmosie, bo oparta na nim elektrownia nie będzie wymagała wymiany paliwa przez lata, a może nawet dekady.
Koncepcja energii jądrowej w kosmosie nie jest nowa. Począwszy od lat 60. zarówno USA, jak i Związek Radziecki wysyłały w przestrzeń kosmiczną liczne radioizotopowe generatory termoelektryczne, czyli RTG (Radioisotope Thermoelectric Generator), aby zasilać rozmaite urządzenia – od satelitów krążących wokół Ziemi i eksperymentów naukowych z epoki Apollo na Księżycu po łaziki marsjańskie i sondy głębokiego kosmosu. W urządzeniach tych często wykorzystywano pluton – groźnego chemicznego kuzyna uranu. RTG nie są jednak reaktorami jądrowymi. Bardziej przypominają baterie jądrowe: piekielnie gorące zasobniki radioaktywnych materiałów zapewniające niewielkie, lecz długotrwałe źródło ciepła, które może produkować energię elektryczną.
RTG nie wystarczyłyby jednak do zasilania bazy księżycowej. Astronauci potrzebują energii nie tylko do oświetlania. Potrzebują stałego źródła ciepła podczas nocy oraz sposobu odprowadzania tego ciepła, gdy temperatura gwałtownie rośnie podczas księżycowego dnia. Jeśli mają dysponować urządzeniami zdolnymi wydobywać cenną wodę z księżycowego gruntu – wodę pitną, wodę do nawadniania upraw, a przede wszystkim wodę, którą można rozłożyć elektrycznie na wodór i tlen w celu produkcji paliwa rakietowego – będą potrzebować ogromnych ilości energii elektrycznej do ich zasilania.
Nic więc dziwnego, że przez ostatnich kilka lat – zarówno za pierwszej administracji Trumpa, jak i administracji Bidena – NASA oraz jej partnerzy przemysłowi pracowali nad projektami 40-kilowatowego reaktora księżycowego. Eksperci twierdzą, że taka moc wystarczyłaby do zasilenia budynku biurowego, co odpowiada potrzebom prototypowej bazy księżycowej.
Podczas krótkiej kadencji Duffy’ego jako szefa NASA liczba ta wzrosła do 100 kW. Dlaczego? „Nie mam pojęcia – mówi Huff. – Nie znalazłam żadnych dowodów na to, że przemyślano tę wartość.” W porównaniu ze standardowym amerykańskim reaktorem jądrowym na Ziemi 100 kW to niewiele – około 10 tys. razy mniej mocy – a sam reaktor miałby rozmiary dużego samochodu. W kosmosie taka moc jest „ogromna”, mówi Huff, zauważając, że 100 kW to rząd wielkości więcej niż moc jakiegokolwiek innego reaktora jądrowego wysłanego poza Ziemię.
Pod względem technicznym umieszczenie specjalnie zaprojektowanego 100-kilowatowego reaktora na Księżycu w ciągu zaledwie czterech lat jest możliwe. „To ambitny, ale osiągalny cel” – mówi Sebastian Corbisiero, krajowy dyrektor techniczny programu reaktorów kosmicznych Departamentu Energii USA.
W styczniu obecny administrator NASA Jared Isaacman ponownie potwierdził plan umieszczenia na Księżycu źródła energii opartego na rozszczepieniu jądrowym. A w marcu ogłosił, że do końca 2028 roku NASA wyśle na Marsa pierwszy międzyplanetarny statek kosmiczny napędzany jądrowym napędem elektrycznym – Space Reactor-1 Freedom. Misja ta pomoże przetestować technikę rozszczepienia jądrowego w głębokim kosmosie, zanim USA zbudują elektrownię jądrową na powierzchni Księżyca.
„Jestem całkiem pewna, że żaden reaktor wysłany przez USA nie będzie stwarzał zagrożenia bezpieczeństwa” – mówi Lal. Jednak „oczywiście zawsze coś może pójść nie tak i nie ma czegoś takiego, jak stuprocentowe bezpieczeństwo – a każdy, kto twierdzi inaczej, kłamie”.
Aby umieścić reaktor jądrowy na księżycu, trzeba najpierw wynieść go na rakiecie. „Zapewnienie bezpieczeństwa podczas startu jest jednym z najważniejszych warunków” – mówi Lindsey Holmes, ekspertka od kosmicznych technik jądrowych i wiceprezes ds. zaawansowanych projektów w firmie lotniczej Analytical Mechanics Associates z Wirginii. Stany Zjednoczone wysłały pierwszy reaktor jądrowy w kosmos już w 1965 roku – eksperymentalny Systems for Nuclear Auxiliary Power 10A. Urządzenie wielkości kosza na śmieci, generujące 600 W mocy, działało jedynie przez 43 dni, zanim zepsuł się regulator napięcia. Do dziś krąży wokół Ziemi i pozostaje jedyną amerykańską próbą eksploatacji reaktora jądrowego poza naszą planetą.
Związek Radziecki natomiast wysłał poza atmosferę Ziemi ponad dwa tuziny reaktorów jądrowych. Większość z nich – często używanych do zasilania radarowych satelitów szpiegowskich – została wystrzelona bez problemów. Jeden z nich jednak „rozsiał radioaktywne świństwo po całej Kanadzie”, mówi Holmes, i dał brutalnie pouczającą lekcję, czego nie należy robić.
Statek kosmiczny niosący ten reaktor, Kosmos 954, zaczął schodzić z kursu około trzech miesięcy po starcie we wrześniu 1977 roku. Zarówno operatorzy radzieccy, jak i amerykańscy obserwatorzy zauważyli, że satelita zaczyna chwiać się na orbicie, lecz początkowo Rosjanie milczeli. Ich inżynierowie próbowali wyrzucić aktywny reaktor jądrowy w przestrzeń kosmiczną, zanim pojazd runie z powrotem na Ziemię, ale bezskutecznie. W końcu przyznali się swoim amerykańskim odpowiednikom do problemu – twierdzili jednak, że Kosmos 954 spłonie bez konsekwencji podczas nieuchronnego wejścia w atmosferę.
Amerykańskie władze otwarcie zastanawiały się, co zrobić z rozgrzanym reaktorem jądrowym spadającym na Ziemię. Gus Weiss, wówczas specjalny doradca sekretarza obrony, powiedział wtedy, że „szybki przegląd literatury wykazał brak podręcznikowej odpowiedzi – a nawet podręcznikowego pytania”. Ostatecznie w styczniu 1978 roku Kosmos 954 rozsiał swoje śmiercionośne szczątki nad obszarem niemal 40 tys. km2 stosunkowo słabo zaludnionych Terytoriów Północno-Zachodnich Kanady. Podczas wspólnej operacji kanadyjsko-amerykańskiej o kryptonimie Morning Light funkcjonariusze w kombinezonach ochronnych przemierzali skute lodem tereny w poszukiwaniu roztrzaskanego wraku Kosmosu 954. Niektóre części satelity nie były silnie radioaktywne, zdarzały się jednak takie fragmenty, że osobiste dozymetry promieniowania agentów zaczynały trzeszczeć niczym „pole świerszczy” – jak wspominał jeden z uczestników operacji. Cud, że ten chrzest radioaktywnym ogniem nikogo nie zabił. Związek Radziecki wypłacił Kanadzie 3 mln dolarów kanadyjskich odszkodowania. Z zamieszania wokół Kosmosu 954 wypłynęła jedna jasna lekcja: żeby nie uruchamiać księżycowego reaktora jądrowego, dopóki nie wyląduje on na Księżycu. „Dopóki go nie włączysz, nie ma w nim odpadów jądrowych” – mówi Huff.
Idealnie byłoby wystrzeliwać księżycowy reaktor nad oceanem, ponieważ wodowanie byłoby znacznie lepszym scenariuszem niż rozsianie roztrzaskanego reaktora jądrowego nad obszarem gęsto zaludnionym. To wydarzenie pokazało również, jak ważny jest wybór paliwa reaktora – należałoby zastosować takie, które nie ma tendencji do rozpraszania się na dużym obszarze. Paliwo typu tristructural isotropic particle, lepiej znane jako TRISO, mogłoby tutaj znakomicie się sprawdzić. Składa się z granulek będących „jakby Gobstopperami z paliwa” – mówi Middleburgh, nawiązując do twardych cukierków. Każda granulka jest zasadniczo grudką uranu, węgla i tlenu uwięzioną w ultrawytrzymałej powłoce z węgla i ceramiki. Nie tylko są one w stanie przetrwać uderzenia z ogromną prędkością bez uszkodzeń, ale można by nawet wylać na nie lawę bez większego efektu. „Gdyby start zakończył się niepowodzeniem, byłby to wielki ekonomiczny bałagan – mówi Middleburgh – ale można by to wszystko po prostu zmieść.”
Middleburgh, podobnie jak wielu jego kolegów, jest zafascynowany energią jądrową. Bez żadnej zachęty zaczyna poetycko opowiadać o pierwszym razie, gdy zobaczył promieniowanie Czerenkowa – niesamowitą niebieską poświatę – w basenie reaktora: „Telewizja i zdjęcia w Internecie tego dobrze nie oddają. To opalizujące, magiczne; jak zorza polarna.” Nie ma jednak złudzeń, że umieszczenie działającego reaktora jądrowego na Księżycu – choć możliwe – będzie proste.
Zacznijmy od złych wiadomości: znacznie łatwiej obsługiwać elektrownię jądrową na Ziemi. Księżyc, mówiąc wprost, jest okropnym miejscem. To świat o niskiej grawitacji i praktycznie pozbawiony atmosfery, co oznacza, że temperatury na jego powierzchni regularnie wahają się od 120°C w ciągu dnia do – 133°C w nocy. Występują tam również księżycotrzęsienia, przypominające ziemskie wstrząsy tektoniczne, ale dziwniejsze, a częste uderzenia małych planetoid tworzą na powierzchni pokaźne kratery w losowych miejscach i momentach.
Dobra wiadomość jest taka, że reaktory jądrowe nie są tak podatne na katastrofalne eksplozje, jak mogłoby się wydawać. Jeśli urządzenie zbytnio się rozgrzeje i nie będzie mogło się schłodzić, to się stopi. Ale stopienie rdzenia nie jest eksplozją. Nowoczesne reaktory projektuje się tak, aby w przypadku upłynnienia paliwa jądrowego zatrzymać je wewnątrz elektrowni.
Elektrownie jądrowe nie są też szczególnie kruche. „Kiedy myślimy o energii jądrowej, myślimy o Fukushimie, o Czarnobylu” – mówi Middleburgh. Ale oprócz praktycznie niezliczonych elektrowni jądrowych istniejących na świecie, które od dekad działają normalnie, „są jeszcze te, które pływają po naszych oceanach”. Okrętów podwodnych o napędzie jądrowym również jest dużo; funkcjonują w dość ekstremalnym środowisku, są nieustannie narażone na wstrząsy i projektowane tak, by wytrzymać warunki bojowe. „Te urzdzenia potrafią być naprawdę niezwykle wytrzymałe” – mówi. Nie ma powodu, dla którego nie mogłyby przetrwać również na Księżycu.
Katastrofa jądrowa na Księżycu jest jednak możliwa. Załóżmy, że reaktor jądrowy rzeczywiście się przegrzewa i dochodzi do pierwszego w historii stopienia rdzenia na Księżycu. Byłoby to prawdziwie haniebne wydarzenie, ale przynajmniej większość stopionego paliwa pozostałaby na miejscu. Oznaczałoby to jednak, że „na powierzchni Księżyca znajdowałby się wielki radioaktywny kawał metalu” – mówi Huff. Nikt nie mógłby się do niego zbliżyć – być może przez pokolenia. A jeśli radioaktywna masa dostałaby się do znajdującego się w pobliżu cennego rezerwuaru lodu wodnego, ten przełomowo ważny zasób – główny powód, dla którego astronauci przebywaliby właśnie w tym miejscu – zostałby trwale skażony. „To naprawdę byłoby straszne – mówi Huff. – Bardzo trudno byłoby wybaczyć państwu gotowemu zrobić coś takiego Księżycowi.” Ale przynajmniej astronauci byliby bezpieczni, prawda?
Cóż, nie do końca. Promieniowanie pochodzące z reaktora – nawet to, które mogłoby zostać uwolnione podczas stopienia rdzenia – nie byłoby największym problemem (w rzeczywistości dużo poważniejszym zagrożeniem dla zdrowia astronautów jest promieniowanie słoneczne i kosmiczne na Księżycu). Znacznie większym kłopotem byłaby awaria elektrowni. Załóżmy, że baza księżycowa zależna od reaktora traci zasilanie podczas dwutygodniowego okresu ciemności, która regularnie spowija każdy punkt na Księżycu. W takich warunkach chłodu systemy akumulatorowe mogą zachować jedynie niewielką ilość energii, zanim całkowicie się wyczerpią. Wtedy astronauci znajdą się w ogromnych tarapatach, „ponieważ cały ich system podtrzymywania życia przestaje działać – mówi Nicholas Schmerr, planetarny sejsmolog i geofizyk z University of Maryland w College Park. – Nie będą w stanie przeżyć.”
Eksperci nie spodziewają się jednak, że za naszego życia zobaczymy księżycowy Czarnobyl. A rzecznik NASA zapewnia, że „system energetyczny oparty na rozszczepieniu jądrowym dla powierzchni Księżyca będzie projektowany z myślą o bezpieczeństwie”. To uspokajające. Bardziej realistycznym najgorszym scenariuszem dla 100-kilowatowego reaktora jądrowego jest po prostu to, że Księżyc go uszkodzi i urządzenie przestanie działać dokładnie wtedy, gdy astronauci będą go najbardziej potrzebować. „Tak więc właściwe pytanie brzmi, jak trwałe układy elektroniczne potrafimy zaprojektować i ile czasu wytrzymają one w dość wrogim środowisku” – mówi Corbisiero.
Reaktor księżycowy będzie musiał działać inaczej niż reaktory na Ziemi. Prawdopodobnie nie będzie mógł używać wody ani jako chłodziwa, ani jako substancji pochłaniającej ciepło i zamienianej w parę, która obraca turbinę wytwarzającą energię elektryczną. „Woda sprawia wiele problemów w kosmosie” – mówi Huff. Nie przepływa prawidłowo przy niskiej grawitacji, a szalone wahania temperatur na Księżycu mogłyby powodować gwałtowne rozszerzanie się pary lub zamarzanie wody, co prowadziłoby do pękania rur. Zamiast tego do odbierania ciepła i przenoszenia go do turbiny reaktor prawdopodobnie wykorzystywałby powietrze przywiezione z Ziemi. Zaprojektowanie takiego systemu jest trudniejsze, ale możliwe.
Znacznie większym problemem jest zastąpienie wody jako chłodziwa reaktora jądrowego. Gros ciepła wytwarzanego przez rozszczepiający się uran zostałaby wykorzystana do produkcji energii elektrycznej, ale część stanowiłaby nadmiar. To „ciepło odpadowe” musiałoby zostać odprowadzone do otoczenia, lecz przy braku atmosfery nie byłoby żadnego „powietrznego zlewu”, który mógłby je łatwo pochłonąć. Zapobieżenie przegrzaniu reaktora będzie „w próżni trudne” – mówi Huff. Ona i Middleburgh proponują to samo rozwiązanie: żagle – ogromne konstrukcje przypominające płetwy, które dzięki swojej dużej powierzchni mogłyby odprowadzać ciepło w przestrzeń kosmiczną.
Brzmi dobrze. Ale nie zapominajmy o tych irytujących mikrometeoroidach – kamieniach wielkości otoczaków poruszających się niczym hipersoniczne pociski. „Księżyc jest nieustannie bombardowany materią pozaziemską”, mówi Schmerr, i nie ma żadnej atmosferycznej osłony, która mogłaby ją zatrzymać. Jeśli kilka takich kamieni przebije żebra radiatorów, elektrownia nie będzie się prawidłowo się chłodzić.
Można też mieć wyjątkowego pecha i doświadczyć uderzenia planetoidy o średnicy kilku metrów, która rozbije się o grunt w pobliżu. „Widzieliśmy nowe kratery powstałe w czasie programu Apollo, mające 70–80 m szerokości – mówi Schmerr. – Jeśli akurat znajdziesz się w punkcie zerowym jednego z takich uderzeń, będziesz mieć naprawdę fatalny dzień.” Astronauci nie są w stanie obronić swojej bazy przed rzadszymi, większymi uderzeniami planetoid. Mogą jednak ograniczyć zagrożenie ze strony częstszych, lecz mniejszych kosmicznych pocisków poprzez zakopanie elektrowni pod powierzchnią. Nie musieliby nawet niczego kopać – mogliby po prostu wykorzystać jedną z licznych pustych rur lawowych na Księżycu.
Kolejnym wyzwaniem są księżycowe trzęsienia. Nie są one nawet w przybliżeniu tak silne, jak tektoniczne konwulsje Ziemi: największe zarejestrowane przez sejsmometry rozmieszczone podczas programu Apollo miały magnitudę między 3 a 4. Mimo to elektrownia jądrowa nie powinna znajdować się tuż obok potencjalnie aktywnego uskoku, ponieważ nawet umiarkowany wstrząs mógłby przewrócić wyższe konstrukcje i coś uszkodzić.
Jednak budowa geologiczna Księżyca sprawia, że jego wstrząsy sejsmiczne są zaskakująco długotrwałe w porównaniu z trzęsieniami ziemskimi – mogą trwać przez wiele godzin. „Nie chodzi tylko o to, że cała konstrukcja się trzęsie – ona trzęsie się mocno i przez bardzo długi czas – mówi Schmerr. – To nie jest coś, o czym zwykle myślimy, projektując systemy tutaj, na Ziemi.”
Jeśli reaktor nie zostanie odpowiednio zabezpieczony przed sejsmicznymi zagrożeniami Księżyca, mogą wydarzyć się trzy rzeczy: reaktor ulegnie uszkodzeniu i przestać działać; paliwo się przemiesza i ułoży w dziwnej konfiguracji spowalniającej reakcję rozszczepienia; albo przesunie się w sposób przyspieszający reakcję i doprowadzi elektrownię do przegrzania; konieczne stanie się więc jej wyłączenie, zanim wszystko się zmieni w śmiercionośną, żarzącą się zupę.
Doświadczeni partnerzy przemysłowi NASA, własna ogromna wiedza agencji oraz nowoczesne obiekty testowe z pewnością pomogą uczynić każdy reaktor odpornym na katastrofy. Ale niemożliwe jest idealne odtworzenie środowiska księżycowego na Ziemi. Odtworzenie księżycowej grawitacji w laboratorium wymagałoby niemal czarnej magii, a choć komory próżniowe mogą symulować ekstremalne temperatury i brak atmosfery na Księżycu, „Stany Zjednoczone nie mają obiektu, w którym można byłoby uruchomić reaktor wewnątrz komory próżniowej” – mówi Corbisiero.
Mimo przeszkód, które trzeba pokonać, wielu ekspertów jest naprawdę podekscytowanych możliwością stworzenia księżycowego reaktora jądrowego „Jestem tym zachwycony – mówi Middleburgh. – Ale jedynym sposobem, by naprawdę przekonać się, że taki reaktor będzie działał – i to bezpiecznie – jest polecieć na Księżyc i go uruchomić.”
Lal również jest zafascynowana perspektywą uruchomienia przez USA pierwszego reaktora jądrowego na Księżycu. Ale dużo też zastanawia się nad tym, co NASA mogłaby zrobić źle w trakcie tego procesu. Do takich zagrożeń należą mi.n. relacje z Chinami – państwem kosmicznym, które również chce ustanowić zasilany energią jądrową przyczółek na południowym biegunie Księżyca.
W jednym z możliwych scenariuszy Chiny i Stany Zjednoczone mają w przyszłości własne rozległe obszary na południowym biegunie Księżyca. Koordynują niektóre operacje i dzielą się licznymi odkryciami naukowymi, zachowując jednocześnie pełen szacunku dystans wobec siebie nawzajem. „To najlepszy możliwy scenariusz” – mówi Lal. Ale nie najbardziej realistyczny. Chiny i USA są geopolitycznymi rywalami i konkurentami w nowym wyścigu o zdobycie Księżyca. „Pojawił się nowy ląd i do nikogo nie należy – mówi Lal. – Kto pierwszy tam dotrze, ten ustali zasady.”
Podpisany w 1967 roku Traktat o przestrzeni kosmicznej Organizacji Narodów Zjednoczonych (United Nations Outer Space Treaty), mówi, że „przestrzeń kosmiczna nie podlega zawłaszczeniu narodowemu poprzez roszczenia suwerenności, użytkowanie, okupację ani w żaden inny sposób”. Nikt nie może legalnie posiadać terytorium na Księżycu – przynajmniej na razie. Jednak w swojej deklaracji z sierpnia 2025 roku Duffy zauważył, że elektrownie jądrowe mogłyby służyć do wyznaczania „stref zakazu wstępu” dla innych stron: Uwaga, to wrażliwa i niebezpieczna infrastruktura – trzymać się z daleka!
Utworzenie bazy dawałoby również państwu faktyczną kontrolę nad określonym fragmentem Księżyca. Ale elektrownie jądrowe można umieszczać wszędzie i w dowolnym celu, daleko od astronautów, więc zarówno Chiny, jak i USA mogłyby rozmieszczać je niczym radioaktywne flagi. Państwa mogłyby szybko zgłaszać nie do końca legalne roszczenia do każdego obszaru, który uznałyby za wartościowy – w tym terenów bogatych w wodę.
„Z tego powodu nie chcemy, by ktoś przed nami zainstalował reaktor jądrowy na Księżycu – mówi Lal. – To USA powinny wylądować tam pierwsze i ustalić normy.” Najlepiej, gdyby normy te obejmowały pokojowe rozmieszczanie bezpiecznie zaprojektowanych reaktorów jądrowych. Rozmieszczenie każdego reaktora powinno być również z wyprzedzeniem jasno komunikowane naszym sąsiadom na powierzchni Księżyca. „Musimy rozmawiać zarówno z naszymi przyjaciółmi, jak i przeciwnikami” – mówi.
Ale w obecnym klimacie politycznym górę mogą wziąć działania prowadzone w tajemnicy. Podejrzliwość jest idealnym gruntem dla błędów, których można było uniknąć. A jeśli sytuacja stanie się konfrontacyjna, elektrownie jądrowe mogą nie być jedynymi znakami terytorialnymi pozostawianymi przez państwa kosmiczne. „Jeśli będą chcieli umieścić broń jądrową na Księżycu, po prostu to zrobią” – mówi Lal. Umieszczanie broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej jest nielegalne zgodnie z Traktatem o przestrzeni kosmicznej. Mimo to uważa się, że Rosja opracowuje taki system właśnie w tym celu. A sam traktat nie jest prawnie egzekwowalny; bardziej przypomina zbiór wytycznych. „Jeśli ktoś chce działać w złej wierze, nie ma sposobu, by mu to uniemożliwić” – dodaje.
Na chwilę wyobraźmy sobie jednak przyszłość, w której ktoś zakłada bazę księżycową bezpiecznie zasilaną przez pierwszy w historii reaktor jądrowy na Księżycu. Zapomnijmy o ciasnym pudełku po butach; teraz można stworzyć i utrzymać małą wioskę dla księżycowych mieszkańców. Z czasem baza ta staje się centrum inżynieryjnym i składem paliwa – trampoliną dla astronautów zmierzających ku oddalonej, rdzawoczerwonej planecie.
Ameryka chce zrealizować to marzenie pierwsza. Chiny również. Miejmy nadzieję, że w wyścigu o zwycięstwo będą rozwijać swoje nuklearne ambicje ostrożnie. „Na samym początku księżycowego przedsięwzięcia nuklearnego niezbędna jest pewna doza nadmiernej ostrożności” – mówi Middleburgh. Bez względu na to, jak ekscytująca jest ta perspektywa i co może umożliwić, jedno pytanie powinno stale pozostawać w centrum uwagi: „Co się stanie, jeśli coś pójdzie nie tak?”