Czułe notatki niezrażonego obserwatora. Recenzja książki: Stanisław Łubieński, „Drugie życie Czarnego Kota”
Tytuł tej książki mógłby sugerować fantastykę, może horror, ale jej autor, Stanisław Łubieński, znany jest jako twórca literatury faktu. Z wykształcenia jest kulturoznawcą, więc Warszawiacy mogą się domyślać, że tytuł może nawiązywać do hotelu „Czarny Kot” – symbolu warszawskiego dzikiego kapitalizmu i oddolnego postmodernizmu z przełomu XX i XXI w. Rzeczywiście, bohaterką książki jest Warszawa. Nie jest to jednak klasyczna pozycja varsavianistyczna. Historia tego miasta rozpoczyna się nie od Warsa i Sawy (oni, Warsz, a także Or-Otowa Syrenka się pojawiają.) ani Warsza z Rawiczów, ale od słoni i nosorożców żyjących w jej miejscu w interglacjale. Większość książek Łubieńskiego ma związek z jego inną pasją (drugim życiem?), w którym został prezesem Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Nie jest to jednak też po prostu książka o ekosystemie Warszawy.
Jest ona zatem przyrodnicza czy kulturoznawcza? A może to przedstawicielka nauk miejskich, czyli pogranicza socjologii, architektury, logistyki i geografii? Wszystko po trochu. Jej gatunek najprościej skwitować pojęciem „zwrot przyrodniczy (w kulturze i humanistyce)”. Dzisiejsza kultura Warszawy go przeżywa – czy to będą wystawy w Zachęcie i Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, czy zajęcia domów kultury, które organizują nie tylko koncerty, warsztaty plastyczne czy przedstawienia, ale też liczne wycieczki przyrodnicze (niektóre prowadził zresztą sam autor). Łubieński jest świadomy tego zwrotu, bo w jego bibliografii pojawiają się pozycje takie jak „Przewodnik po wybranych, ważnych drzewach Warszawy” redagowany nie przez dendrologa, a przez Pawła Dunina-Wąsowicza, czyli polonisty znanego jako twórca art-zine’a „Lampa i iskra boża”.
Co przyciąga, co nie razi
Łubieński pokazuje tu swoje obydwa oblicza. Opisuje przyrodę, nie unikając nazw specjalistycznych, ale tak samo traktuje miasto i jego ludzkich mieszkańców. Odkrywa nieznaną stronę Warszawy, nawet gdy jest to tak emblematyczne miejsce jak Pałac Kultury i Nauki. Mniej opisuje parki, które dobrze kojarzą mieszkańcy stolicy, a zapuszcza się w miejsca, których „nazwy mówią [Warszawiakowi] mniej więcej tyle co mieszkańcowi Lęborka”. Jako przyrodnik amator sam dopiero odkrywa miejsca takie jak jezioro Zgorzała, gdzie można spotkać dziewięć gatunków płazów. Pokazuje perły warszawskiej przyrody jak Las Bielański czy dąb Mieszko. A że przyroda występuje wszędzie, także w miejscach mało estetycznych, pisze bezceremonialnie: „Nie to, żeby było tam szczególnie pięknie, nie mam złudzeń, że w ogóle istnieje coś takiego jak piękne podmieścia Warszawy, ale nic mnie tu szczególnie nie raziło”.
Jak każdy przyrodnik, choćby amator, zachwyca się reliktami pierwszej przyrody, ale docenia również drugą, trzecią i czwartą jej odsłonę. W sumie najmniej uwagi poświęca tym środkowym, które są tyleż tworem natury, co kultury. To czwarta, spontaniczna, nieplanowana, przyroda ruderalna znajduje u niego podziw. Nie idealizuje jej jednak, wiedząc, że ona rozwija się nie tylko kosztem tworów ludzkich, ale też pierwszej, dzikiej przyrody. Wiemy, że prym w niej wiodą gatunki inwazyjne, które na gruzowisku może są i lepsze niż beton, ale nie uznają granic i mogą wkraczać też do rezerwatów.
Łubieński nie przypadkiem został prezesem stowarzyszenia ornitologicznego, ale innych nieludzkich mieszkańców Warszawy wciąż dopiero się uczy. Opisuje to, co niemal każdy, kto po raz pierwszy zobaczył rosiczkę: „Nie miałem pojęcia, że są tak maleńkie” (takie zdanie słyszałem wiele razy, sam pewnie też je wypowiedziałem kilkadziesiąt lat temu). Nie kreuje się na autorytet i korzysta z pomocy specjalistów, których nazwiska trafiły na listę podziękowań. Ponieważ sam poznałem go kilkanaście lat temu, wiem, że jest skromny i docenia pomoc ekspertów. Dzięki tej książce może zachęcać innych do takiej nauki.
Niegdyś opisujący ukraińskich anarchistów autor nie ocenia dawnych zwyczajów badaczy przyrody ze współczesnym zacięciem kultury cancelowania. Opisując carskiego oficera badającego bielańskie muchołówki, nie ukrywa, jak ten „zrelacjonował, jak 1 czerwca zabrał z drzewa gniazdo ze zniesieniem, następnie zabił samicę, a pięć dni później samca”. Przyznaje, że powstałe w ten sposób zbiory stały się podwaliną polskiej ornitologii: „Jeszcze kilkadziesiąt lat temu niemal każdy przyrodnik był równocześnie myśliwym i taka aktywność nie budziła żadnych moralnych wątpliwości”.
Co anegdotą jest, co nauką
„Drugie życie Czarnego Kota” może się wydawać opowieścią o przyrodzie. Tak naprawdę jednak jest o czym innym: o obserwowaniu przyrody. Pod tym względem przypomina inną książkę Łubieńskiego „Dwanaście srok za ogon”, gdzie to nie ptaki, a ich obserwatorzy byli głównym tematem. Fakt obserwacji jest głównym źródłem anegdot. „To ciekawe ćwiczenie: obserwować mimo przetaczającego się tłumu, mimo hałasu, w atmosferze niesprzyjającej kontemplacji i niesprzyjającej w ogóle niczemu”. W końcu chodzi nie tylko o obserwacje gdzieś na obrzeżach Warszawy, ale też o samo centrum, gdzie jest „oaza na pustyni asfaltu [...] sekretne życie krzaków [...] w miejscu, w którym tak łatwo wdepnąć w ludzkie g[...]”. Obserwacja w takich warunkach prowadzi do takich sytuacji: „Jakaś dziewczyna wykrzyknęła głośno, tak żebym słyszał i się zawstydził: »On rzyga?«. Dla niego nie tylko ptaki czy rośliny są obiektem: „Lubię patrzeć, jak ludzie przystają, szeroko otwierają oczy ze zdumienia i rozglądają się z niedowierzaniem. Niektórzy orientują się, że ich obserwuję, i odchodzą pośpiesznie, zawstydzeni jak dzieci. Dorosły człowiek powinien przecież nosić na twarzy maskę obojętności”.
Łubieński nie jest zawodowym obserwatorem przyrody. Owszem, czasem wyjeżdża poza centrum miasta, choć – przynajmniej na potrzeby tej książki – raczej niezbyt poza zasięg komunikacji miejskiej i krótkiego wypadu rowerowego. Pokazuje, że każdy może nim być. Może obserwować pleśnie wyhodowane ze śniegu pod klatką. Może obserwować wszystko, co mija podczas spaceru z psem.
Jako książka o obserwacji jest osobliwym podręcznikiem. Nie ma w niej instrukcji, jak dobrać lornetkę czy mikroskop. Nie ma zasad planowania transektów czy poletek badawczych. Nie ma instrukcji kamuflażu. To, czego uczy, to tego, co dziś nazywa się umiejętnościami miękkimi. Uczy uważności (nie, nie tej z półki mindfulness), wrażliwości i radości z obcowania nie tylko z pomnikowymi drzewami, ptakami zalatującymi do Polski raz na pół wieku czy reliktami puszczy. Uczy, że przyroda to też niepozorne organizmy, za to o niezwykłych nazwach jak karmnik rozesłany, rozłożek czerniejący czy zyzuś tłuścioch. Bez tych umiejętności szansę na zostanie naukowcem są znikome.
„Drugie życie Czarnego Kota” nie jest więc książką naukową. Na dobrą sprawę, nawet uznanie jej za popularnonaukową jest naciągane. Jednak Łubieński, publikując ją, może zrobił dla popularyzacji biologii i ekologii miasta więcej, niż autorzy badań, które przywołuje w bibliografii. Nie oszukujmy się, klasyczna książka popularnonaukowa raczej nie dostałaby Paszportu POLITYKI.
|
|
„Drugie życie Czarnego Kota”
|