Flora nie jest całkiem inna. Recenzja książki: Zoë Schlanger, „Światłożercy. Jak tajemnicza inteligencja roślin zmienia nasze rozumienie życia na Ziemi”
Jakiś czas temu przez polski komentariat przepłynęła fala szyderstwa z grantu na badanie stresu środowiskowego ziemniaka. Nic w tym nowego, równo trzydzieści lat wcześniej Bill Clinton prawie tak samo zareagował na informację, że podlegający mu jako prezydentowi USA departament rolnictwa finansuje podobne badania. W skojarzeniach stres łączy się z psychoterapią, a to coś, co przynależy nam, ludziom. No, może w przypływie łaski podzielimy się tym z co bardziej zaawansowanymi z naszej perspektywy zwierzętami. Stres u bezkręgowców czy roślin? Śmiechu warte. Kto by tam wnikał w historię tego pojęcia, które psychologowie zaczerpnęli z fizyki ciała stałego i inżynierii. Komentowanie spod znaku „nie znam się, więc się wypowiem” nie wymaga zastanowienia się i sięgnięcia do rzetelnych źródeł. No, chyba że trzeba dopiec wegetarianom, wtedy nagle ci sami komentatorzy stają się znawcami badań, z których wynika, że marchewka wyciągana z ziemi jednak czuje stres.
Przyznam, że kiedy pierwszy raz – ponad dwadzieścia lat temu – zetknąłem się z pojęciem „ekologia behawioralna roślin”, też się w duchu roześmiałem. Wystarczy jednak przyjrzeć się dokładniej, co się kryje pod tym pojęciem, żeby zauważyć, że nic w tym niezwykłego. Trzeba tylko wyskoczyć z przegródki mentalnej łączącej behawior (z nieznanych mi przyczyn w zoologii ta forma przeważa nad słowem „zachowanie”) ze zwierzętami. Oczywiście, ta przegródka ma głębokie umocowanie sięgające Arystotelesa. Botanika od wielu lat opisuje jednak zjawiska, które można nazwać czuciem i zachowaniem. Znane są hormony roślinne. Istnieje typologia ruchów roślinnych z tropizmami, taksjami, nastiami itp. Znana jest ich wrażliwość na światło nie tylko w kontekście fotosyntezy, ale też właśnie fototropizmu, fototaksji, fotonastii oraz zegara i kalendarza biologicznego. Choć nie trzeba tego tak nazywać, jest to wrażliwość na światło wcale nie tak odmienna od wzroku. Wystarczy lepiej poznać daną grupę organizmów, żeby zauważyć analogie do innych, nieraz lepiej zbadanych grup. Znam parazytologów, którzy opisując tasiemce czy glisty sarkastycznie zaczynają od tego, że powszechnie wiadomo, że nie mają one wzroku ani słuchu, więc aż dziw, że w ogóle dają sobie radę w życiu.
Stąd, choć przedmiot „Ekologia behawioralna” dla studentów biologii UW nie ma w nazwie doprecyzowania, że chodzi o zwierzęta, to w jego sylabusie stworzonym przez jedną z moich koleżanek we wprowadzeniu pojawia się pojęcie „Sygnalizacja, behawior i inteligencja roślin”. Kilka lat temu zaś ukazała się książka „Zmysłowe życie roślin”. Zachowanie roślin (a także grzybów czy jednokomórkowców) jest inne niż zwierząt wyposażonych w układ nerwowy z gruczołami hormonalnymi i narządami zmysłów, ale istnieje. Próbuje to udowodnić Zoë Schlanger, autorka książki „Światłożercy”.
Wrogość odziedziczona
Schlanger jest dziennikarką bez wykształcenia botanicznego. To może wydawać się wadą, ale jest też zaletą – wolno jej wkraczać w środowisko botaników i zadawać najbardziej podstawowe pytania, oczekując odpowiedzi dających się przełożyć na język zrozumiały nie tylko dla specjalistów. Wolno jej też z bezpiecznego dystansu obserwować odmienne podejścia, bez konieczności stawania po którejś stronie naukowego sporu. A tematyka, którą eksploruje, jest podatna na kłótnie i oskarżenia o uprzedzenia z jednej lub pseudonaukowość z drugiej strony. Obserwowane fakty to jedno – ich interpretacja – drugie. Ostatecznie jednak, opisując odkrycia, które można nazwać zachowaniem, inteligencją czy wręcz świadomością roślin, zgadza się na użycie tych pojęć, co w świecie akademickim wciąż nie jest oczywiste.
Uprzedza jednak lojalnie, że niektóre tezy są bardziej kontrowersyjne niż inne. Kiedy przywołuje koncepcję pola morfogenetycznego, zaznacza, że jest ono pojęciem bardziej mistycznym niż naukowym. W istocie, według obecnego konsensu naukowego obecnie przynależy ona do sfery pseudonauki. Badacze, którzy nie wahają się przed wprowadzaniem do botaniki pojęć dotąd zarezerwowanych do zoopsychologii, muszą mieć otwarty umysł, a linia oddzielająca świat nowych podejść od świata pseudonauki jest cienka i nie zawsze wyraźna. Już w pierwszym rozdziale pojawia się nawiązanie do niesławnej książki „The Secret Life of Plants”. Książka ta, wydana u szczytu hipisowskiego ruchu New Age, jest kwintesencją popularnej pseudonauki – zawiera prawdy, półprawdy i przeinaczenia przemieszane tak, że nie da się ich rozróżnić. W ten sposób jednocześnie podpiera się autorytetem nauki tam, gdzie pasuje to do tezy i ignoruje go tam, gdzie nie pasuje. Weszła przebojem do kultury popularnej, znacznie łatwiej znajdując czytelników niż rzetelne, ale mniej spektakularne publikacje naukowe. Do dziś w serialach można znaleźć jej echa takie jak puszczanie roślinom muzyki poważnej. A w mediach społecznościowych można zobaczyć filmiki rzekomo wskazujące różnice we wzroście roślin, do których przemawiano z czułością lub agresją.
Schlanger przyznaje, że taki przykład mógł nastawić naukowców wrogo do wszelkich badań nad zachowaniem roślin jakkolwiek analogicznym do zachowań zwierząt, a jej książka pokazuje próby zwalczenia tego oporu. Dziś jest on już nieco mniejszy, choć zbyt daleko idące tezy – jak niemal wszechmocna i wszechogarniająca sieć powiązań mykoryzowych, również inspirująca do interpretacji zahaczających o New Age – budzą sceptycyzm. Bezpieczniej pozostać przy wynikach badań nad tym, jak rośliny reagują na bodźce środowiska, które zoocentrycznie kojarzymy ze wzrokiem, słuchem, dotykiem czy węchem. Bez wątpienia rośliny odbierają informacje ze świata i dostosowują się do nich – w gruncie rzeczy jest to trywialne. Gdyby tak nie było, ewolucja by je wyeliminowała.
Autorka przywołuje dowody na te interakcje. W gruncie rzeczy ekologia behawioralna jest zbieżna z relacjami organizmu ze środowiskiem (autekologią) i innymi organizmami (synekologią), tylko używa innego aparatu pojęciowego. W pewnym momencie pojawia się zdanie, pod którym mogę się podpisać: „cała biologia jest w rzeczywistości ekologią”. Oczywiście wymaga to pewnych wyjaśnień. Formalnie są działy biologii niespecjalnie ekologiczne, jak biochemia czy genetyka, ale tak naprawdę one nie istnieją w oderwaniu od relacji organizmu z otoczeniem, a więc zajmują się mechanizmami realizującymi się w ekologii. To rewers bon motu wybitnej genetyczki Ewy Bartnik, w którym stwierdza, że nawet katar jest chorobą genetyczną, bo to dzięki genom jesteśmy podatni na infekcje wirusowe.
Niezwykłość nadużywana
W tym świetle należy rozumieć nieco niepoprawne stwierdzenia pojawiające się w książce, że niektóre zjawiska wykraczają poza genetykę – wygłaszane nie tylko przez autorkę, ale nawet rozmawiających z nią botaników. Pojawiają się też pewne inne uproszczenia, które można uznać za wpadki. Z jednej strony Schlanger pisze o fotosyntetyzujących bakteriach, czyli sinicach i ich symbiotycznym przejściu w chloroplasty. Z drugiej zaś zdarza jej się przypisać całą fotosyntezę roślinom. Podobnie schematyczne jest stwierdzenie, że cała materia organiczna pochodzi z fotosyntezy. Owszem, z ludzkiej perspektywy chemosynteza jest marginalna, ale nie powinno się o niej zapominać. Autorka popełnia też błąd w chemicznym opisie fotosyntezy, jakoby tlen pochodził z rozkładu dwutlenku węgla. Jest to błąd powszechny – można powiedzieć szkolny. Antropocentrycznie jesteśmy tak przywiązani do metafory płuc Ziemi i „oczyszczania” powietrza, że zapominamy, że cały dwutlenek węgla jest wbudowywany w cukry, a tlen pochodzi z rozkładu wody.
Mając na uwadze, że takie wpadki się pojawiają, a niektóre tezy balansują na granicy pseudonauki, można mimo wszystko stwierdzić, że to wartościowa książka otwierająca nowe perspektywy. Część przykładów zawartych w książce to wyniki najnowszych badań, także publikowanych w nowych pismach poświęconych behawiorowi czy wręcz neurobiologii roślin. Część to podręcznikowa wiedza sprzed stu lat zaprezentowana w nowych ramach.
I jeszcze uwaga: być może to znak czasów, a być może indywidualny styl, ale w pewnych momentach podczas lektury czułem się jednak jak widz sitcomu z puszczanym w tle śmiechem. Autorka dba, aby czytelnik nie przegapił faktu, że przykłady są niesamowite. Słowo to pojawia się 24 razy. Odwołania do zachwytu trzy razy rzadziej, ale przymiotniki i przysłówki z rodziny „niezwykły” – 63 razy. W sumie, jednak trudno się dziwić – to, że stres ziemniaka można opisać z różnych stron, dla mędrków może być śmieszne, ale pokazuje, że rośliny to coś o wiele więcej niż tło i surowiec.
|
|
„Światłożercy.
|