Shutterstock
Opinie

Nowy i Stary Świat: kwestia skali

Różnica między naszym gatunkiem a tymi, które nas poprzedzały, jest w potocznej mowie równie wyraźna jak między iłem, piaskiem czy żwirem. Dlatego określenia „Stary Świat” i „Nowy Świat” bezpiecznie omijają wszelkie niedokładności w datowaniu.

Naukowcy i inżynierowie do opisu świata używają liczb – formy wyrazu równie bezbarwnej, co pełnej informacji. W języku codziennym liczbami posługujemy się rzadko, wtedy jedynie gdy mówimy o latach, godzinach czy, co najbardziej intrygujące, o pieniądzach. Chociaż mowa zawiera rozróżnienia ilości (dużo–mało, drogo–tanio), to jednak słowa rzadko odzwierciedlają podział dowolnego zakresu na więcej niż trzy kategorie.

Pewnym pouczającym wyjątkiem jest lista sześciu rzeczowników określających stopień rozdrobnienia skały: ił, piasek, żwir, drobne otoczaki, otoczaki, głazy. Większość tych nazw używana jest w języku potocznym, lecz dla geologów mają one konkretne odniesienia do świata przyrody. Nie trzeba być specjalistą w dziedzinie skał osadowych, by zrozumieć, jak bardzo drobnoziarnisty ił różni się od wielkich głazów w górskich potokach. Słowa te pozwalają zrozumie ć zakres wielkości, który zmienia się nawet milionkrotnie.

Istnieją dwa dość powszechnie używane określenia odwołujące się nie do przestrzeni, lecz czasu: Nowy Świat i Stary Świat. Wyrażają one najlepiej zaskoczenie europejskich podróżników, którzy podejmując 500 lat temu wyprawy morskie, natknęli się na zamieszkany kontynent, zagradzający im drogę ku odległym krainom bogatego Cesarstwa Chińskiego. Prawdę mówiąc, każdy z ówczesnych światów uważał ten drugi za nowy. Zaskoczenie było obustronne, jako że ruiny, którymi usiany jest Rzym, wcale nie są starsze od tych, które witały Azteków wkraczających do Doliny Meksykańskiej. Na daleką metę skutki konkwisty nie oddzieliły, jak to się czasem uważa, Nowego Świata Ameryki od Starego Świata Eurazji, lecz złączyły je ściślej, na dobre i na złe.

Nadal zadziwia nas fakt, że dla istot ludzkich obie Ameryki to rzeczywiście nowość; rozległe obszary Afryki, Europy i Azji są w gruncie rzeczy o wiele starsze, lecz nie pod względem wieku skał, a doświadczenia cywilizacyjnego. Prawdziwa różnica między Światem Nowym i Starym nie wiąże się z nowożytną historią admirała Kolumba czy też udanym wylądowaniem Leifa przed tysiącem lat, lecz z chronologią naszej prehistorii. Okres ewolucji istot przedludzkich można ustalić bez większych wątpliwości na kilka milionów lat, co stokrotnie przewyższa wiek wodospadu Niagara lub Wielkiego Jeziora Słonego. Określamy ten czas nie tylko poprzez datowanie pewnych wykopalisk, lecz także za pomocą różnorodnych markerów pozwalających na umiejscowienie znalezisk w czasie – od kości wymarłych kotów szablastozębych, niedźwiedzi jaskiniowych i niepozornych gryzoni aż po liczne warstwy popiołów wulkanicznych i pyłków kwiatowych widoczne w ścianach dolin wyżłobionych tak głęboko jak wąwóz Olduvai w Afryce Wschodniej.

Materialne ślady praludzi zamknięte są w czterech kątach Starego Świata: między brzegami Morza Północnego, Przylądkiem Dobrej Nadziei, południowo- wschodnim krańcem łańcucha wysp Indonezji po Wielki Mur Chiński na pół- nocy. Dziesiątki prac wykopaliskowych przeprowadzonych na tym ogromnym obszarze odsłoniły wyroby z kamienia, resztki domostw oraz szkieletów – pozostałości po naszych odległych przodkach. Nie należeli oni jeszcze do naszego gatunku, lecz uważa się ich za hominidów, prakrewniaków rodzaju ludzkiego zamieszkujących te obszary.

Na terenie obu Ameryk możemy wskazać liczne sumiennie zbadane wykopaliska, które pozwalają określić, kto przybył do Nowego Świata. Od Morza Beringa na północy po Cieśninę Magellana na południu rozrzuconych jest kilkadziesiąt stanowisk, jednak żadne nie zawiera jakichkolwiek śladów praludzi. Ówcześni tropiciele bizonów, wytwórcy grotów do włóczni czy zręczni wyplatacze koszyków, których wyroby oraz szczątki doczesne znaleziono na terenie obu Ameryk, należeli do naszego gatunku, jedynego, który samolubnie określiliśmy mianem Homo sapiens. Dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że tworzymy jeden gatunek w pełni zdolny do krzyżowania. Z pewnością nie liczy sobie miliona lat, może jedną dziesiątą tego okresu, a co najwyżej jedną trzecią. Weźmy dla porównania skamieniałe szczątki praludzi z Wielkiego Rowu Afykańskiego: tamtejsza słynna mała Lucy, nasza małpopodobna poprzedniczka, jest dziesięciokrotnie starsza od szczątków H. sapiens z dowolnego miejsca na Ziemi.

Ta właśnie skala wielkości wspiera moją tezę. Na całym świecie, czy to Starym, czy Nowym, nie ma innych hominidów oprócz gatunku Homo sapiens. Łączy nas jedna budowa anatomiczna oraz cały katalog wspólnych białek krwi. Języki, które w pewien sposób dzielą, mimo wszystko mają tyle wspólnego, że możemy postawić następującą, całkiem solidną hipotezę roboczą: ogólnie język, a także sztuka są dziedzictwem całego naszego gatunku. Nie wiemy jednak, w jakim stopniu poprzedzające nas gatunki posługiwały się językiem i czy potrafiły tworzyć. Niektóre z nich z pewnością wykonywały użyteczne narzędzia kamienne według bardzo wolno zmieniających się wzorów, niektóre zamieszkiwały jaskinie. Co ważniejsze, byli wśród nich także Prometeusze, śmiało odkrywający pożytek z ognia.

Lecz obie Ameryki to Nowy Świat, nowe miejsce dla ludzi. Nie znaleziono tam żadnego śladu człowieka choć w przybliżeniu liczącego milion lat. Na dokładniejsze datowanie trzeba jeszcze poczekać, lecz żadne ze znalezisk nie jest dziełem innego gatunku. Również odległa Australia należy do Nowego Świata ludzkości. Najstarsze szczątki ludzkie na tamtym obszarze to również pozostałości po sprytnych H. sapiens, naszych braciach i siostrach. Większość wysp oceanicznych, podobnie jak trzy otoczone morzami kontynenty, także nie noszą śladów bytności wcześniejszych gatunków. Na wielkim Madagaskarze i Nowej Zelandii pierwsi osiedlili się żeglarze z Pacyfiku kilka tysięcy lat temu, co w skali czasowej nakłada się na znaną nam historię pisaną.

Pewniejsze, dokładniejsze określenie dat (np. przybycia pierwszych ludzi do Ameryki) to oczywiście rzecz ważna, ale wnioski na podstawie naszego bogatego zbioru danych archeologicznych, nawet niezbyt precyzyjnie umiejscowionych w czasie, w pełni wystarczają do rozróżnienia Starego i Nowego Świata. Różnica między naszym gatunkiem a tymi, które nas poprzedzały, jest w potocznej mowie równie wyraźna jak między iłem, piaskiem czy żwirem. Dlatego określenia „Stary Świat” i „Nowy Świat” bezpiecznie omijają wszelkie niedokładności w datowaniu.

Potrafimy to chyba wytłumaczyć. Naczelne są zwierzętami lądowymi. Nawet teraz, w dowolnej chwili, tylko jeden człowiek na tysiąc żegluje po wodzie lub w powietrzu. Nasi przodkowie, wędrując milionami lat w poszukiwaniu żywności, nie potrafili przebyć mórz. Zamorski Nowy Świat stanął otworem dopiero wówczas, gdy pojawił się dynamiczny młodszy gatunek – nasz, rozumni ludzie, którzy kilka tysięcy lat temu podróżowali wzdłuż skutych lodem wybrzeży morskich czy śródlądowych dolin. W czapach lądolodów zastygło tyle wody, że poziom mórz opadł o dziesiątki metrów, a wiele wysp na pewien czas połączyło się ze stałym lądem. Śmiałe wyprawy przez ocean prawdopodobnie wymagały umiejętności żeglowania łodziami lub tratwami.

Odleglejsze wyspy i wybrzeża dalekiej Antarktydy pozostały nieznane do czasów, gdy badacze mogli tam przybyć na żaglowcach. Przez cały wiek XX oba krańce osi Ziemi rzucały mroźne wyzwanie odkrywcom podróżującym pieszo i na saniach. Dopiero teraz nasz gatunek osiadł na wszystkich ziemiach nadających się do zamieszkania zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie.

Tłumaczył Bogdan Bosakirski

Komentarz ukazał się w „Świecie Nauki” 12/1996, s. 86.
Oryginalny tytuł: „Nowy i Stary Świat: kwestia skali”.
Lead pochodzi od redakcji pulsara.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną