Opuszczona fabryka ceramiki w Longport. Opuszczona fabryka ceramiki w Longport. Shutterstock
Środowisko

Po co komu antropocen

Setki lat temu? Tysiące? A może setki tysięcy? Odpowiedzi na pytanie, kiedy zaczęliśmy rujnować swoją planetę, wciąż szukamy. Znaleźliśmy już za to nazwę dla tego okresu. Tylko do czego jest nam ona potrzebna?  

Faktu, że żyjemy w dobie wywołanych przez samych siebie zmian klimatu, niektórzy nie są w stanie przyjąć. Powtarzają jak mantrę, że w obliczu całego globu jesteśmy zbyt mali, by w znacznym stopniu na niego wpłynąć. Dane naukowe pokazują jednak, że jest inaczej. Dlatego w 2000 r. chemik i noblista Paul J. Crutzen zaproponował wyróżnienie nowej epoki geologicznej: antropocenu (od starogreckich słów anthropos – człowiek, kainos – nowy).

Dyskusja nad tym, czy ten pomysł oficjalnie zrealizować, nadal trwa. Jeśli jednak geolodzy się zgodzą, że jest to zasadne, pojawi się pytanie: jak ustalić jego początek, czyli kiedy zakończyć holocen? Trudno wyobrazić sobie ścisłą granicę między czasami, gdy wpływ człowieka na środowisko był pomijalny, a momentem, w którym stał się dominujący – narastał on przecież stopniowo. Poza tym mamy już pierwsze dowody na to, że nie byliśmy pierwszym gatunkiem, który ingerował w otaczający go świat na tyle mocno, by pozostawić po sobie ślady.

Ujarzmienie atomu jako moment graniczny zaproponował w 2011 r. zespół paleobiologa Jana Zalasiewicza z University of Leicester. Testowe wybuchy nuklearne zostawiły bowiem w zapisie geologicznym niewielki, ale zauważalny ślad pierwiastków radioaktywnych takich jak pluton czy cez-137. Przewijającą się przez literaturę datą jest rok 1964, gdy odnotowano rekordową koncentrację radioaktywnego węgla C14 w atmosferze. Jest tu zresztą wątek polski: szczyt koncentracji tego pierwiastka odkrył w 2013 r. zespół Andrzeja Rakowskiego z Zakładu Geochronologii i Badań Izotopowych Środowiska Politechniki Śląskiej w próbkach drewna pochodzących z okolic Niepołomic koło Krakowa. Przyrastając, drzewa nieustannie pobierają dwutlenek węgla z atmosfery, a więc ich izotopowy skład chemiczny oddaje izotopowy skład atmosfery.

Zmiany zaczęły się wcześniej: wraz z nastaniem rewolucji przemysłowej – argumentują inni naukowcy. Wyziewy fabrycznych kominów zaczęły wtedy stopniowo ingerować w skład ziemskiej atmosfery, co ostatecznie skutkuje wyraźnie dziś widocznymi zmianami klimatu związanymi z akumulacją gazów cieplarnianych. Część badaczy jako symboliczną datę początku antropocenu proponuje więc rok 1784, gdy James Watt wynalazł swój silnik parowy, inni wskazują – symbolicznie – na rok 1800. Tylko czy wcześniej nie wpływaliśmy na skład atmosfery? Owszem, choć ani w takim samym stopniu, ani w wymiarze globalnym. Pomiary zawartości ołowiu w grenlandzkich rdzeniach lodowych pokazują np. wahania, które skorelować można z intensywnością wytopu srebra w Europie i w świecie śródziemnomorskim. Pokazują one wyraźny jej wzrost w czasie ekspansji fenickiej na zachód w VIII w. p.n.e.. Ale przede wszystkim w II wieku p.n.e., gdy Rzymianie zyskali ostatecznie kontrolę nad kopalniami srebra położonymi na terenie Hiszpanii. Później nastąpił spadek związany z kryzysem republiki w I w. p.n.e. i ponowny wzrost w czasie wczesnego cesarstwa (I i II w. n.e.). W okresie późnorzymskim natężenie wytopu srebra znów spada, a poziom podobny jak u szczytu potęgi imperium, obserwujemy dopiero w czasach Karola Wielkiego.

Można spojrzeć i dalej w przeszłość, np. na tzw. rewolucję neolityczną, która rozpoczęła się na dobre ok. ok. 12 tys. lat temu, a więc stopniowe przechodzenie od zbieractwa i łowiectwa do rolnictwa. To wtedy na większą skalę zaczęto stosować praktyki przekształcające środowisko naturalne, takie jak udomawianie roślin i zwierząt, rozprzestrzenianie zwierząt i roślin hodowlanych poza teren ich naturalnego występowania czy budowa systemów irygacyjnych. A przede wszystkim sukcesywnie powiększać areały przeznaczone na produkcję żywności, np. poprzez wypalanie lasów. Dane Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa wskazują, że dziś niemal 40 proc. powierzchni lądów wykorzystywanych jest w rolnictwie Przy czym jedna trzecia przypada na uprawę roślin, a pozostałe dwie trzecie na hodowlę zwierząt. Początek rewolucji neolitycznej wydaje się więc być jedną z lepszych dat dla zapoczątkowania antropocenu. Nic więc dziwnego, że lobbuje za nią wielu naukowców.

Ale czy łowcy-zbieracze są niewinni? Wszystkie społeczeństwa ukierunkowane terytorialnie – czyli mieszkające oraz zdobywające pokarm i konsumujące go w jednym miejscu, choć je okresowo zmieniają – przekształcają ekosystem. I to – jak wskazują dane etnograficzne i archeologiczne – znacznie bardziej niż inne organizmy o podobnych rozmiarach. Wpływ człowieka uwydatnia się nie tylko w działaniach, które podejmują inne gatunki, takich jak drapieżnictwo, rozprzestrzenianie nasion czy bioturbacja, ale również świadomej kontroli i użyciu ognia.

Etnografowie przekonują, że niemal wszyscy łowcy-zbieracze wykorzystywali ogień nie tylko do gotowania posiłków, lecz także do kształtowania otaczającego ich środowiska. Nieco ponad 9 tys. lat liczą sobie dowody na wylesianie doliny rzeki Lahn w centralnych Niemczech. W zapisie archeologicznym zauważono tam znaczny wzrost ilości węgli drzewnych oraz daleko idące zmiany w pozyskanych z odwiertów profilach pyłkowych (wraz ze wzrostem ilości węgli drzewnych, zmniejsza się udział pyłków charakterystycznych dla drzew, a rośnie udział tych świadczących o obecności krzewów i traw).

Ciekawe wyniki dają zresztą próby rekonstrukcji pokrywy roślinnej w Europie doby zlodowaceń. Wszystko wskazuje na to, że w czasie ostatniego maksimum zlodowacenia (ok. 23 tys. lat temu) Europa w dużej mierze pokryta była roślinnością stepową i tundrową, a lasy występowały jedynie na jej niewielkich obszarach. Kłóci się to z symulacjami klimatyczno-wegetacyjnymi, które sugerują, że znaczna część kontynentu powinna być pokryta lasem. Skąd rozbieżności?

W 2016 r. zespół Jeda Kaplana z Université de Lausanne zaproponował rozwiązanie, wskazując na – jakżeby inaczej –czynnik ludzki. Naukowcy uznali, że wysoce mobilne grupy łowców-zbieraczy mogły umyślnie wzniecać pożary, które zmniejszały pokrywę leśną. Dowodów na poparcie tej hipotezy na razie brak, choć są ślady użycia ognia do kontroli roślinności w innych częściach świata, i to nawet starsze. Te z okolic Wielkiej Jaskini w Niah w malezyjskiej części Borneo sięgają 50 tys. lat, a te z wybrzeży afrykańskiego Jeziora Malawi mają nawet 85-90 tys. lat. We wszystkich przypadkach wzorzec jest bardzo podobny: ludzie pozbywali się gęstego lasu, zastępując go bardziej otwartym krajobrazem. Pojawiły się nawet interpretacje, że miało to upodobnić środowisko do wschodnioafrykańskiej sawanny, kolebki ludzkości. Prawda jest jednak taka, że nasz gatunek ewoluował w bardzo różnym otoczeniu, więc wyjaśnienia tego fenomenu trzeba raczej szukać gdzie indziej.

Nie ulega jednak kwestii, że opanowanie sztuki wzniecania i kontroli ognia, które wydaje się sięgać przynajmniej 400 tys. lat, było z pewnością jednym z punktów zwrotnych naszej ewolucji. Są więc badacze, którzy proponują, żeby to właśnie uznać za wyznacznik „wczesnego antropocenu”.

Jednak również rozwój narzędzi z kamienia, drewna i kości, który pozwolił człowiekowi na zwiększenie umiejętności łowieckich, nie pozostał dla przyrody obojętny. Wymieranie megafauny – do którego, choć może nie wyłącznie, jednak się przyczyniliśmy – również miało swój wpływ na szatę roślinną, a co za tym idzie, nawet na klimat.

Megafauna, szczególnie mamuty czy mastodonty, żerując kształtowały krajobraz nie tylko poprzez wysokie tempo konsumpcji, ale również niszczenie i uszkadzanie roślinności. W ten sposób mogły promować raczej trawy i roślinność niskopienną, a zmniejszać szansę drzew – utrudniały więc zalesianie. Ich wyginięcie spowodowało wzrost gęstości pokrywy leśnej na terenach, na których wcześniej żyły. Być może więc nasi przodkowie po wytępieniu megafauny, weszli w jej ekologiczną rolę, powstrzymując częściowo rozwój lasów za pomocą ognia.

A co z Neandertalczykami? Są badacze, którzy dowodzą, że nasi przodkowie opanowali ogień dużo wcześniej: nawet 2 mln lat temu. Dzięki pracom zespołu Wila Roebroeksa z Uniwersytetu w Lejdzie wiemy na przykład, że umiejętność ta nie ograniczała się jedynie do Homo sapiens. Dane ze stanowiska Neumark-Nord ok. 30 km na zachód od Lipska z czasów tzw. interglacjału eemskiego (132-115 tys. lat temu) wskazują, że Neandertalczycy również potrafili to robić. W warstwach związanych z ich obecnością datowanych na ok. 125 tys. lat zauważono znaczny wzrost obecności węgli drzewnych, co samo w sobie nie byłoby jeszcze przekonującym dowodem. Analizy profili pyłkowych wskazują jednak na zaskakująco powszechne występowanie w tym czasie ziół charakterystycznych dla terenów półotwartych w porównaniu do próbek zebranych na innych podobnie datowanych stanowiskach w regionie. Zarejestrowano tu również stosunkowo więcej skorupek mięczaków typowych dla terenów otwartych. Ponadto, gdy po 2 tys. lat obecność neandertalska straciła na intensywności, las się odrodził. Ale czy neandertalczycy osiedlili się tu, bo naturalne pożary przetrzebiły las, czy las został przetrzebiony przez celowe ich działanie? Nie wiadomo. Ale wydaje się, że nawet jeśli nasi kuzyni nie byli twórcami tego krajobrazu, to później dbali o jego utrzymanie.

W najbliższych latach z pewnością znajdziemy jeszcze więcej dowodów na ingerowanie naszych przodków w środowisko. Być może uda nam się odkryć ślady takiej działalności w wykonaniu przedstawicieli Homo erectus. Wszak postuluje się, że to właśnie oni jako pierwsi wykorzystywali ogień. Niezależnie od tego, co jeszcze odkryjemy, jedno jest pewne: nie znajdziemy prawdopodobnie w historii Ziemi ani jednego gatunku, który w tak dużym stopniu wpłynął na wygląd biosfery naszej planety.

Tylko czy to dobry powód, aby stwierdzić, że dyskusje nad zasadnością wyróżnienia antropocenu nie są tylko czczymi dysputami akademickimi? Czy nie wystarczy poparta naukowymi dowodami świadomość, że człowiek od zarania swoich dziejów porządnie rozrabiał? I że powinien coś w swoim stosunku do natury jak najszybciej zmienić?

W tej chwili nasz wpływ na biosferę Ziemi jest bez wątpienia ogromy. Niewiele ponad 200 lat intensywnej industrializacji i spalania paliw kopalnych wystarczyło, byśmy stanęli u progu katastrofy klimatycznej, która może poważnie nadwątlić kondycję naszej cywilizacji. Choć niewątpliwie obawy takie są dla nas ważne, gdy oddalimy się od nich i spojrzymy na nie w skali geologicznej, będą one niczym więcej jak tylko mgnieniem oka. Być może w skałach pozostanie widoczny przez miliony lat ślad radioaktywnych pierwiastków powstałych w wyniku prowadzonych przez nas prób jądrowych podobny do tzw. granicy K-Pg – wskazującej moment uderzenia meteorytu, który zmiótł z powierzchni Ziemi dinozaury. Oby nie była to granica zaznaczająca nasz upadek. Aby tak się nie stało, może warto wyróżnić antropocen z powodów społecznych, nawet jeśli naukowa wartość tego wydaje się być nikła.

Z drugiej strony, jeśli sama dyskusja nad tą kwestią i kolejne, coraz bardziej alarmistyczne raporty IPCC nie obudziły świata z letargu w wystarczającym stopniu, by podjąć energiczne działania, czy oficjalne uznanie nowej epoki geologicznej coś zmieni? Może to jedynie wyraz naszej pychy?

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną