Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Andia/Universal Images Group / Getty Images
Środowisko

Wenecja tonie. Można ją podnieść, albo ratować inaczej, ale może stać się skansenem wyłącznie dla turystów

Wyrok na Wenecję jeszcze nie zapadł. Wciąż można ją odizolować od podnoszącego się morza. Naukowcy mają na to pomysły – mniej lub bardziej radykalne. Czy jednak pozostanie tym samym miastem? [Artykuł także do słuchania]

Miasta rodzą się, rozwijają, osiągają dojrzałość, a później niektóre z nich umierają. Nie znikają jednak nagle z krajobrazu – przechodzą przez kolejne stadia rozpadu, który może trwać bardzo długo. Takie wzloty i upadki kojarzymy zwykle z odległą przeszłością badaną przez archeologów, lecz koło fortuny wciąż się toczy. Na świecie można wskazać liczne przykłady ośrodków miejskich, z których życie wyciekło całkiem niedawno. Przegrywały z wojnami, kryzysami humanitarnymi, przemianami gospodarczymi, błędami technologicznymi, a także z siłami przyrody. Pozostały domy bez mieszkańców, ulice bez przechodniów i przedmioty czekające na powrót właścicieli. Czy taki los czeka Wenecję?

„Nie istnieje optymalna strategia jej ratowania. Możemy wybierać jedynie między mniej lub bardziej radykalnymi interwencjami, mając świadomość, że łagodniejsze środki mogą okazać się nieskuteczne, jeśli poziom wody w Lagunie Weneckiej będzie szybko rósł” – mówi hydrobiolog Piero Lionello, kierujący zespołem opracowującym scenariusze ratowania miasta. Zespół ma charakter międzynarodowy i interdyscyplinarny. Tworzą go hydrolodzy, klimatolodzy, badacze stref przybrzeżnych, ekonomiści oraz hydroinżynierowie z Holandii, która od stuleci zmaga się z morzem. „My także chcieliśmy spojrzeć na przyszłość Wenecji nie w perspektywie kilku dekad, lecz 200–300 lat” – podkreśla Lionello.

Pleśń na domach stała się elementem pejzażu.Design Pics/East NewsPleśń na domach stała się elementem pejzażu.

W kwietniu jego grupa opublikowała pierwszą tego typu analizę w „Scientific Reports”. Najbardziej radykalna propozycja zakłada przeniesienie miasta na wyżej położone tereny. Mogłoby to stać się konieczne, gdyby spełniły się najczarniejsze scenariusze klimatyczne i – wskutek topnienia lodów Antarktydy oraz Grenlandii – poziom mórz wzrósł o pięć metrów lub więcej. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń w najbliższych dwóch stuleciach jest niewielkie. I całe szczęście, bo byłby to kataklizm o globalnej skali – pod wodą znalazłyby się obszary zamieszkane przez setki milionów ludzi.

Trudno przewidzieć, czy w takiej sytuacji ktokolwiek zajmowałby się relokacją Wenecji, zwłaszcza że – jak oceniają naukowcy – koszt takiej operacji wyniósłby co najmniej 100 mld euro i polegałaby głównie na przeniesieniu mieszkańców (o ile wcześniej nie opuściliby miasta) i wybranych zabytków. Zniknęłoby jednak to, co najcenniejsze – niepowtarzalny krajobraz urbanistyczny wraz z tradycjami kulturowymi, stylem życia i sposobami zarobkowania żyjących tu ludzi. Pozostałoby miasto widmo, stopniowo pogrążające się w lagunie, która ostatecznie zwyciężyłaby z człowiekiem.

Wenecja od początku była raczej odpowiedzią na kryzys niż efektem planu urbanistycznego. Ok. 1,5 tys. lat temu założyli ją uciekinierzy ze stałego lądu – na mokradłach, mierzejach i wyspach szukali schronienia przed najazdami barbarzyńskich plemion z północy i wschodu. Z czasem te niegościnne tereny stały się ich domem. Jego fundamentem była Laguna Wenecka – płytka zatoka połączona z Adriatykiem trzema przesmykami. Dzięki nim nie przekształciła się w słodkowodne jezioro, lecz pozostała częścią systemu Morza Śródziemnego.

Miasto łączyła z morzem silna, lecz trudna relacja. Z jednej strony chroniło je przed najeźdźcami z lądu, z drugiej – regularnie zalewało podczas sztormów i wysokich przypływów. Najstarsza wzmianka o powodzi pochodzi z 527 r. Takie epizody nazwano acqua alta, czyli wysoką wodą. Wkrótce odkryto też, że dno laguny osiada, a wraz z nim powoli opadają budowle. Badania archeologiczne wykazują, że w ciągu ostatnich 4 tys. lat poziom morza wzrósł tu o ok. 5 m. Wenecjanie przebudowywali nabrzeża i podnosili poziom ulic (m.in. wielokrotnie podwyższano Plac Świętego Marka).

Takie korekty były możliwe, ponieważ przez długi czas zmiany zachodziły powoli. Sytuacja zmieniła się w połowie XIX w. – odtąd Wenecja zaczęła pogrążać się w lagunie dwukrotnie szybciej. Przyczyny były dwie. Pierwsza to rozwijający się w okolicy przemysł, który zaczął intensywnie pobierać wody podziemne spod laguny. Zaprzestano tego, gdy dostrzeżono skalę zagrożenia, lecz miasto zdążyło już opaść o dodatkowe 10 cm. Drugim czynnikiem był wzrost poziomu morza o 25–30 cm. Połączenie tych procesów spowodowało gwałtowny wzrost liczby powodzi. Sto lat temu syreny ostrzegające przed acqua alta uruchamiano średnio dziesięć razy w roku. W ostatnich dwóch dekadach – ok. 60 razy w sezonie sztormowym, czyli od listopada do lutego. Klimatolodzy ostrzegają, że każdy kolejny będzie coraz groźniejszy. Jeden z badaczy zauważył ponuro, że „za sto lat do zwiedzania Wenecji potrzebne będą nie kalosze, lecz płetwy, maska i fajka”.

Zapory chroniące przed morską wodą trzeba uruchamiać coraz częściej.AFP/East NewsZapory chroniące przed morską wodą trzeba uruchamiać coraz częściej.

Po raz pierwszy pytanie, jak uratować Wenecję przed zatopieniem, zadano sobie po potężnej powodzi w listopadzie 1966 r. Poziom wody wzrósł wówczas niemal o dwa metry, a nawałnice do spółki z silnym wiatrem sirocco odcięły miasto od świata na ponad dobę. Uświadomiono sobie skalę zagrożenia, lecz nie śpieszono się z poszukiwaniem środków zaradczych. Dopiero w 1994 r. zatwierdzono projekt instalacji ruchomych barier w trzech przesmykach – nazwano go Modulo Sperimentale Elettromeccanico (MOSE). Budowa rozpoczęła się w 2003 r. i trwała prawie dwie dekady. Od pomysłu do realizacji upłynęło zatem pół wieku.

Lionello podkreśla, że właśnie długi czas projektowania i budowy obecnych barier sprowokował go do tego, by już teraz przygotować scenariusze na przyszłość. MOSE ma bowiem swoje ograniczenia. Obecnie większość obszaru Wenecji znajduje się 80–120 cm powyżej średniego poziomu wody, który podczas najwyższych przypływów rośnie nawet o metr. Gdy do tego dochodzi sztorm, ryzyko powodzi gwałtownie wzrasta. Teoretycznie bariery powinny być podnoszone tylko w sytuacjach dużego zagrożenia, ponieważ ich częste zamykanie utrudnia wymianę wody między laguną a otwartym morzem oraz żeglugę. Projekt MOSE zakładał użycie zapór maksymalnie dziesięć razy w roku. W praktyce w ciągu pierwszych pięciu lat uruchomiono je 108 razy, a w pierwszych dwóch miesiącach tego roku – 30 razy. Wzrost poziomu morza wymusi ich jeszcze częstsze i dłuższe zamykanie. Chyba że miasto uda się podnieść.

Plac Świętego Marka bez tłumu turystów? Coś takiego można zobaczyć już tylko w czasie powodzi.EPA/Andrea Merola/PAPPlac Świętego Marka bez tłumu turystów? Coś takiego można zobaczyć już tylko w czasie powodzi.

To jeden z poważnie rozważanych pomysłów. „Jeśli poziom mórz wzrośnie o nie więcej niż metr, takie rozwiązanie powinno uratować Wenecję. W każdym razie daje czas na przygotowanie bardziej radykalnych działań, gdyby było to konieczne” – mówi Lionello. Podniesienie miasta miałoby polegać na wtłaczaniu wody morskiej do warstw piaskowców na głębokości 600–800 m. Proces ten, prowadzony stopniowo, mógłby unieść grunt o ok. 30 cm. Niewiele, lecz dla Wenecji każdy centymetr ma znaczenie. Dodatkowe 20 cm można by uzyskać, wtłaczając wodę jeszcze głębiej. Pomysł ten zaproponował wcześniej geolog Pietro Teatini, specjalista od osiadania gruntu i jeden ze współautorów obecnej analizy. Wskazał już nawet lokalizację odwiertów wokół Wenecji, którymi wciskana byłaby woda. „Można też rozebrać niektóre budynki i postawić je ponownie na wyższych fundamentach. Całego miasta i laguny w ten sposób jednak nie uratujemy” – zauważa.

W takiej sytuacji pozostają dwa bardziej radykalne rozwiązania, mocno ingerujące w krajobraz i przyrodę. Pierwszy zakłada budowę pierścienia wałów oddzielających Wenecję od laguny. Poziom wody wewnątrz pierścienia byłby kontrolowany przez pompy. Wciąż wypełniałaby kanały, lecz nie zalewałaby miasta, chyba że doszłoby do awarii systemu lub przerwania wałów. Wówczas morze błyskawicznie wkroczyłoby do Wenecji. To jeden z minusów tego pomysłu. Innym byłoby zerwanie tysiącletnich więzi kulturowych, środowiskowych i ekonomicznych łączących Wenecję z laguną. Znikłaby ona z krajobrazu miasta, ale w zamian zachowała kontakt z morzem, a nawet wzmocniła go po usunięciu zbędnych w tym wariancie zapór MOSE. W tym scenariuszu Wenecja mogłaby przetrwać nawet przy wzroście poziomu Adriatyku o 6 m. Byłoby w tym sporo ironii losu: oto miasto, które przez stulecia pozostawało otwarte, gdy inni wznosili mury, teraz by się zamknęło. Nie przed oblegającymi wojskami, lecz przed nacierającą nań wodą.

Jeszcze dalej idzie pomysł całkowitego odcięcia laguny – budowy stałych betonowych barier w przesmykach, podwyższenia piaszczystych mierzei oddzielających zatokę od otwartego morza i instalacji pomp odprowadzających nadmiar wody opadowej i spływającej rzekami. Sto lat temu podobne rozwiązanie zastosowali Holendrzy – zmęczeni ciągłymi powodziami odcięli od Morza Północnego zatokę Zuiderzee, tworząc słodkowodne jezioro IJsselmeer, którego część przeobrazili następnie w poldery. W tym celu zbudowali tamę o długości 32 km i szerokości 90 m, dokonując oczywiście anihilacji ekosystemu dawnej zatoki morskiej.

To samo mogłoby spotkać Lagunę Wenecką. Zmieniłby się jej skład chemiczny i biologiczny, ustałyby pływy morskie. „Nikt nie chce jej poświęcać – to ostateczność” – podkreśla Lionello. Obaw związanych z takim krokiem jest wiele, choćby taka, że przy złym zarządzaniu spływające z lądu zanieczyszczenia i nawozy zmienią lagunę w cuchnące, beztlenowe bajoro, co z pewnością nie pomogłoby miastu. „Jeśli jednak poziom mórz będzie szybko rósł, za pół wieku może nie być innego wyjścia” – mówi naukowiec. Zaznacza przy tym, że byłaby to inwestycja kosztowna – wstępne szacunki mówią o 30 mld euro – i wymagająca w utrzymaniu.

Swoją drogą nasuwa się pytanie, czy za pół wieku ktoś jeszcze będzie mieszkać w Wenecji. W ostatnich dekadach liczba jej stałych mieszkańców spadła z ok. 120 tys. do mniej niż 60 tys. Każdy chciałby zobaczyć to niezwykłe miejsce, ale (prawie) nikt nie chce tu mieszkać. Miastu grozi przekształcenie w najcenniejszy na świecie skansen uratowany przed zagładą jedynie dla turystów. Dziś jednak mało kto wyobraża sobie jego porzucenie, aby woda i wiatr mogły zrobić swoje. Nie walczyć o Wenecję oznacza pozwolić jej umrzeć.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną