Reklama
W ostatnim roku z łap niedźwiedzi i od ich kłów zginęło w Japonii 13 osób, 238 doznało poważnych poranień. W ostatnim roku z łap niedźwiedzi i od ich kłów zginęło w Japonii 13 osób, 238 doznało poważnych poranień. Shutterstock
Środowisko

Japonia: niedźwiedzie atakują ludzi, ludzie atakują niedźwiedzie

Piotr Parzymies: Pandy radzą sobie bardzo dobrze. Wystarczyło zostawić je w spokoju
Środowisko

Piotr Parzymies: Pandy radzą sobie bardzo dobrze. Wystarczyło zostawić je w spokoju

Jak mieszkańców bambusowego lasu wplątano w wielką politykę, opowiada biolog dr Piotr Parzymies, autor książki „Historia pandy wielkiej”. [Artykuł także do słuchania]

Tym razem w Fukushimie nie doszło do katastrofy. Skończyło się na strachu.East News Tym razem w Fukushimie nie doszło do katastrofy. Skończyło się na strachu.
Cała wyspa Honsiu, gdzie jeden niedźwiedź przypada na 2,5 tys. mieszkańców, ma się na baczności.Forum Cała wyspa Honsiu, gdzie jeden niedźwiedź przypada na 2,5 tys. mieszkańców, ma się na baczności.
Na Honsiu, wyspie o powierzchni dwóch trzecich obszaru Polski, mieszka ponad 100 mln ludzi i ok. 42 tys. niedźwiedzi himalajskich. Są w stałym ruchu, żyją w górach, w trudno dostępnym terenie. Nawet w tak świetnie zorganizowanym państwie brakuje dokładnych szacunków o liczbie tych niemałych przecież zwierząt. Każde spotkanie z nimi jest jednak rejestrowane. Ich liczba coraz bardziej niepokoi. [Artykuł także do słuchania]

Pojawił się we wtorek 2 czerwca o godz. 6.30. Pierwszego pracownika zaatakował na parkingu. Zaskoczony dwudziestokilkulatek próbował uciec, ale po paru krokach – przebieg zdarzenia rejestrowała kamera przy wejściu do zakładu – został przewrócony. Kierowca nadjeżdżającego samochodu przegonił napastnika. Ten przez otwarte drzwi wbiegł na teren odlewni w Fukushimie. Tam natarł na dwóch mężczyzn po sześćdziesiątce. Służby odebrały też informację o poturbowanej osiemdziesięciokilkulatce. Życiu poszkodowanych nie zagrażało niebezpieczeństwo.

W firmie spędził kilkadziesiąt godzin. Odkręcił kran i ugasił pragnienie. Rozpracował zatrzask przesuwanego okna. Otworzył je i wyszedł z budynku. Nie dał się nabrać na przynęty i pułapki. Zrezygnowano ze strzelania ostrą amunicją ze względu na obecność substancji łatwopalnych. W czwartek o 22.50 opuścił odlewnię i rozpłynął się w mroku. „Wyjątkowo inteligentny” – usprawiedliwiał się burmistrz Fukushimy.

Dwa dni później, w sobotę, też o wpół do siódmej, innego przedstawiciela gatunku opisywanego przez naukę jako niedźwiedź himalajski (Ursus thibetanus) zauważono w dzielnicy mieszkalnej półmilionowego miasta Utsunomiya, 100 km od Tokio. To była pierwsza potwierdzona jego wizyta w tej miejscowości. Do poniedziałku widziano go lub nagrano w pobliżu siedziby władz prefektury, szkół i biblioteki, na osiedlach i w parkach. O drugiej w nocy przebiegł przez zadaszony pasaż handlowy.

Wydano ostrzeżenia jak przed nadejściem tajfunu lub ofensywy wrogiej armii. „Nie wychodzić na zewnątrz”, „zamknąć okna”, „kto natknie się na niedźwiedzia, niech się chroni w najbliższym budynku”. W obławie – z detalami relacjonowanej z lądu i z powietrza przez ogólnokrajowe stacje telewizyjne – uczestniczyli policjanci, strażacy, myśliwi, operatorzy dronów i lekarz weterynarii. We wtorek zamknięto wszystkie szkoły podstawowe i średnie, w sumie 94 placówki. Zwierzę zlokalizowano na kampusie, więc zawieszono także zajęcia uniwersyteckie. Strzałki ze środkiem usypiającym dosięgły go w przydomowym ogrodzie.

Bez danych

W ciągu ostatniego tzw. roku fiskalnego (administracyjnym trybem wyznaczanego od początku kwietnia do końca marca) w Japonii z łap niedźwiedzi i od ich kłów zginęło 13 osób, 238 doznało poważnych poranień. Od prawie dwóch dekad notowano przeciętnie od jednej do czterech ofiar śmiertelnych i ok. 155 ataków rocznie. Taki poziom uważano za naturalny. Jednak w dwóch minionych latach fiskalnych liczba incydentów wyraźnie przekraczała 200. Z kolei w rejestrze tegorocznych obserwacji niedźwiedzi – tu obserwatorom nic się nie stało – zgromadzono przeszło 50 tys. pozycji.

Wyłaniają się nowe tendencje, m.in. do coraz większej liczby spotkań dochodzi w pobliżu stolicy. I wygląda to tak, jakby w japońskiej rzeczywistości rozwijał się scenariusz opisany w „Słynnym najeździe niedźwiedzi na Sycylię”. W przejmującej książce Dino Buzzatiego dochodzi do niedźwiedzio-człowieczej wojny. Wygrywają schodzące z gór, głodne i zdesperowane prześladowaniami zwierzęta, które zamiast znaleźć ukojenie po zwycięstwie, schodzą na złą drogę i przejmują tryb życia ludzi.

Japonia ma zaskakująco duże populacje niedźwiedzi. Na Honsiu, wyspie o powierzchni dwóch trzecich obszaru Polski, mieszka ponad 100 mln ludzi i ok. 42 tys. niedźwiedzi himalajskich. Są w stałym ruchu, żyją w górach, w trudno dostępnym terenie. Nawet w tak świetnie zorganizowanym państwie brakuje dokładnych szacunków o liczbie tych niemałych przecież zwierząt. Niemniej na terytorium o gęstości zaludnienia czterokrotnie większej niż w Polsce zagęszczenie niedźwiedzi jest nawet kilkaset razy wyższe niż nad Wisłą (a mamy 100–120 niedźwiedzi brunatnych). Ich sporo więksi kuzyni też są w Japonii, na Hokkaido. Na tej północnej wyspie wielkości trzech dużych polskich województw żyje 12 tys. osobników z podgatunku Ursus arctos lasiotus (niedźwiedź ussuryjski).

Bez ludzi

Wzrostowi liczby niedźwiedzi himalajskich i ussuryjskich sprzyja wyludnianie się prowincji, zwłaszcza wsi i miasteczek. W 1920 r. prawie co drugi obywatel żył w miejscowości liczącej do 5 tys. mieszkańców. Przez wiek ten odsetek spadł z prawie 50 proc. do 1,7 proc. Dzisiejsza Japonia to przeważnie aglomeracje nadmorskie (tokijska ma 37 mln ludzi) oraz niemal opustoszały interior. Kraj w ok. 67 proc. pokryty jest lasami, przeważnie górskimi. Depopulacja trwa, rolnicy nadal porzucają pola i sady. Wiek robi swoje, nie mają siły ich obrabiać albo nie mają następców, którym mogliby przekazać gospodarstwa. Nieruchomości na wsi bywają bardzo tanie, niektóre samorządy próbują rozdawać opuszczone siedziby. Tylko jakoś nie ma chętnych.

Na dawnych polach i pastwiskach, w ogrodach i w sadach zostało sporo jedzenia dla zwierząt, w tym jeleni i niedźwiedzi. Wcześniej ludzie żyli w rozgraniczonych rewirach. Wsie były bronione, zagony otaczano płotami. Dzikim zwierzętom zostały góry. Tam człowiek rzadko się zapuszczał, a jeśli już, to po drewno i na polowanie.

Wyżej położone tereny napawały lękiem, uważano, że są zamieszkane przez bóstwa. Między miejscami zajętymi przez ludzi a dziczą powstał bufor lasów, w których coś na co dzień robiono, np. ścinano drzewa czy zbierano rośliny, którymi użyźniano pola ryżowe. I dość wcześnie, bo już w XVII w., lasy zaczęto chronić. Dbano o to, by nie wyrąbać ich do gołej ziemi. Bardziej niż z troski o przyrodę zapobiegliwość ta wynikała z powracających deficytów drewna, służącego jako podstawowy surowiec budowlany oraz paliwo do przygotowywania posiłków i do ogrzewania.

Ogromne ilości drewna na stemple w kopalniach i podkłady kolejowe pochłonęła modernizacja z okresu Meiji. U progu XX w. zaordynowano więc wielkie sadzenie. Po przegranej drugiej wojnie światowej sadzono jeszcze intensywniej. Wybierano dwa szybko rosnące gatunki o uniwersalnym zastosowaniu – cedr japoński i cyprysik japoński. Pod ich plantacje tylko w latach 60. wycięto naturalne lasy na ponad 20 tys. km kw. – obszarze wielkości województwa dolnośląskiego lub podlaskiego. Te zmiany nie były dla niedźwiedzi obojętne.

Bez bukwi

Dotychczasową dzikość w znacznym stopniu przebudowano w nieprzyjaznym dla nich kierunku. Niedźwiedzie himalajskie, wyraźnie mniejsze od brunatnych, o czarnej sierści, z jasną – zazwyczaj beżową, kremową lub białą – kryzą na piersi oraz z uszami jak u myszki Miki, są wszystkożerne. Nie gardzą padliną, coś tam też upolują, ale najchętniej jedzą rośliny. Przygotowując się do zimowej hibernacji, rozglądają się za żołędziami i orzeszkami bukowymi, których próżno szukać na plantacjach cedrów i cyprysików.

Jednocześnie bardzo atrakcyjne dla niedźwiedzi stały się dawne lasy buforowe, znacznie bardziej złożone i różnorodne, z dębami i bukami, więc z dłuższym menu niż to, jakie oferują plantacje. Dodatkowo zarosły i oplotły góry siecią korytarzy ekologicznych, którymi nie boją się przemieszczać duże zwierzęta. Także niedźwiedzie, pasąc się w porzuconych sadach i lasach dawnych rolniczych wsi, znalazły się znacznie bliżej ludzi.

Do dalszego podchodzenia do domostw zmuszają je braki jedzenia. Drzewa nie owocują co sezon z równą obfitością. Zdarzają się lata nasienne, w przypadku buku japońskiego nawet co osiem lat, a u gatunków dębów przeważnie co trzy lata. Są też okresy z bardzo małą ilością żołędzi i bukwi. Tak właśnie było w 2025 r., gdy doszło do rekordowej liczby ataków na ludzi. W takich okolicznościach odważniejsze spośród głodnych niedźwiedzi, w tym matki z młodymi, przełamują lęk i wchodzą do miejscowości, by stołować się np. w niezabezpieczonych śmietnikach. Z żołędziami jest jeszcze inny kłopot. Zmiany klimatu sprawiają, że podupadło wiele gatunków drzew. Japońskie dęby też są w gorszej kondycji, słabiej bronią się przed chorobami i mniej obficie owocują.

Niedźwiedzie atakują, jeśli są ranne, gdy zostaną zaskoczone, np. podczas odpoczynku albo pilnowania padliny. Agresywna może być też matka chroniąca przychówek, zwłaszcza gdy człowiek stanie między nią a dziećmi. Naukowcy badający te ssaki rozróżniają dwa rodzaje napaści. Obronną, przez zwierzaka zaskoczonego, i drapieżniczą, w której niedźwiedź obserwuje i szarżuje z daleka, uznawszy, że człowiek będzie np. odpowiednim posiłkiem. Poczucie nadchodzącej inwazji sprzyja wnioskom, że w Japonii przybywa przypadków interpretowanych jako napaść drapieżnicza. Brzmi to sensacyjnie, ale specjaliści nie dysponują dowodami potwierdzającymi takie domysły.

Najwięcej ofiar odnotowano w prefekturze Akita na północno-wschodnim krańcu Honsiu. To tam doszło do zdarzeń, które uznano za symbol upadku japońskiej prowincji. W grudniu 2024 r. niedźwiedź przez dwa dni okupował supermarket i plądrował stoisko mięsne. Nic dziwnego, że to badacze z lokalnego uniwersytetu uruchomili projekt, który ma sprawdzić, jak częstsze pojawy tych drapieżników blisko ludzi wpływają na dobrostan seniorów.

Bez ruchu

Wiadomo, że osoby starsze, także w miastach, w obawie przed niedźwiedziami rzadziej wychodzą z domu, na zakupy i na spacery. Znana jest ścisła korelacja między spadkiem aktywności ruchowej i ograniczaniem kontaktów społecznych a wzrostem nastrojów depresyjnych i pogorszeniem jakości życia osób starszych. Tymczasem jedną z tajemnic japońskiej długowieczności jest to, że starsi spędzają dużo czasu na zewnątrz. Zbierają grzyby i zioła, wędrują, wykonują proste prace porządkowe. To nie przypadek, że wśród zabitych w ostatnim roku przeważają kobiety powyżej 70. roku życia. Mogą słabiej widzieć i słyszeć, co utrudnia im wychwycenie w porę np. prychania, porykiwania i innych sygnałów ostrzegawczych wysyłanych przez zwierzęta.

Przez bardzo długi czas zwierzęta te traktowano jak szkodniki i regularnie je zabijano. Podejście zmieniło się w latach 80., wraz ze wzrostem świadomości środowiskowej. Przybyło badaczy niedźwiedzi. Alarmowali, że mordowanie co roku 2,5 tys. zwierząt bez szczególnego planu i wnikliwego rozpoznania sytuacji to może być za dużo, w ten sposób części regionalnych populacji zagroziło wyginięcie. Przypadki ataków były wtedy rzadkie, nasilała się migracja do miast, powstały warunki do przyjęcia innej optyki. Eliminowania przede wszystkim tzw. zwierząt problemowych, zbyt blisko podchodzących do ludzi. Osiągnięto sukces ochroniarski. Problem tylko w tym, że nieco zbyt udany.

Do wzrostu populacji japońskich niedźwiedzi pośrednio przyczynił się brak wilków, zdziesiątkowanych zawleczoną z Azji kontynentalnej epidemią wścieklizny i ostatecznie wytępionych w 1905 r. Widziano w nich zagrożenie dla zorganizowanej hodowli bydła wprowadzanej w epoce Meiji. Główną ofiarą wilków były jelenie sika. Ich populacja, uwolniona od drapieżników, znacząco urosła, także dlatego, że znalazły nowe tereny w miejscach opuszczonych przez ludzi. Skoro jeleni nie zjadają wilki, to wiele jeleniej padliny czeka na niedźwiedzie. Liczba rogatych ssaków przez ostatnie cztery dekady wzrosła prawie trzykrotnie.

Bez sensu?

I wcale nie jest tak, że niedźwiedzie i jelenie mają całkowity spokój. W wielu regionach prowadzi się bardzo intensywne programy redukcji tych drugich. W ostatnim roku fiskalnym uśmiercono – z broni palnej i środkami do usypiania po schwytaniu w pułapki – kilkanaście tysięcy niedźwiedzi himalajskich i ussuryjskich. Sprawą oczywiście żywo zajmują się politycy szukający poparcia opowieściami o poważnym kryzysie bezpieczeństwa.

Rząd, który dopiero co odbył specjalne posiedzenie poświęcone zarządzaniu środowiskiem (z naciskiem na niedźwiedzie) dystansuje się od apeli, by do walki z nimi posłać wojsko. Siły Samoobrony są zaangażowane do transportu i rozstawiania klatek, biorą udział w poszukiwaniach zwierząt i osób, które zaginęły, a więc potencjalnych ofiar, ale same nie strzelają. Zliberalizowano zasady użycia broni przez myśliwych. Ich też jest coraz mniej, łowiectwo w dotychczasowym stylu przestaje być modne. Młodzi się nie garną. W latach 70. polowało 530 tys. osób, dziś licencję ma ok. 200 tys., a trzy czwarte myśliwych obchodziło już 65. urodziny.

Inne stanowisko zajmują biolodzy i organizacje obrońców środowiska. Skoro nie wiadomo, ile naprawdę jest niedźwiedzi, to może zabija się ich za dużo? Owszem, działa monitoring, w tym fotopułapki i modelowanie z udziałem sztucznej inteligencji, ale wciąż nie ma ogólnokrajowego planu zarządzania populacją drapieżników. Wiele władz lokalnych nie jest przygotowanych na spotkanie ze zwierzętami schodzącymi w doliny, gdzie czekają niezabezpieczone odpady komunalne. Są też rejony, gdzie niedźwiedzi nie ma zbyt wiele lub w ogóle. I takie, gdzie ich zagęszczenie jest bardzo wysokie.

Japonia nie jest jedynym krajem rozwiniętym, w którym zwierzęta – zwłaszcza te obdarzone wysoką inteligencją – wracają na tereny wcześniej w pełni kontrolowane przez ludzi lub wchodzą do miast. Japończycy, podobnie jak Polacy, żyją też w bezpośrednim sąsiedztwie dzików znajdujących łatwe jedzenie na skwerach, w parkach i w okolicy świątyń. W całej Europie wzrosła liczebność chronionych wilków. Są coraz częściej widywane, przybywa prawdziwych lub urojonych konfliktów z ich udziałem, wróciły dawne wilcze strachy, chętnie podsycane przez cynicznych polityków.

W Unii Europejskiej, m.in. w Szwecji, Słowacji i Rumunii, też się strzela do niedźwiedzi, choć dziesiątkami lub setkami, więc w skali dalekiej od japońskiej. Można jednak się spodziewać, że wobec wyludniania prowincji, zacierania granicy między naturą a miastem oraz wzrostu populacji dużych drapieżników, przybędzie krajów, które także pod tym względem staną się drugą Japonią.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną