Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Środowisko

Piotr Parzymies: Pandy radzą sobie bardzo dobrze. Wystarczyło zostawić je w spokoju

Pulsar patronuje. Fragment książki: Piotr Parzymies, „Historia pandy wielkiej, czyli z bambusowego lasu na dyplomatyczne salony”
Środowisko

Pulsar patronuje. Fragment książki: Piotr Parzymies, „Historia pandy wielkiej, czyli z bambusowego lasu na dyplomatyczne salony”

W 1936 roku upolowanie pandy wielkiej nie było już postrzegane jako wyzwanie, więc za cel powoli zaczęto stawiać sobie przywiezienie żywego osobnika, co nie było łatwym i przyjemnym zadaniem. Wszystko zaczęło się od Williama Harvesta Harknessa Jr. Rozdział „Pierwsza panda wielka w świecie zachodnim”.

Jak mieszkańców bambusowego lasu wplątano w wielką politykę, opowiada biolog dr Piotr Parzymies, autor książki „Historia pandy wielkiej”. [Artykuł także do słuchania]

Piotr ParzymiesArchiwumPiotr Parzymies
Piotr Parzymies – doktor nauk biologicznych, absolwent Uniwersytetu Oksfordzkiego i Uniwersytetu Londyńskiego. Autor książki „Historia pandy wielkiej, czyli z bambusowego lasu na dyplomatyczne salony”. Mieszka w Singapurze.

JĘDRZEJ WINIECKI: – Dwie ostatnie pandy właśnie wyjechały z Japonii do Chin. Co przypomina, że wszyscy przedstawiciele gatunku należą do chińskiego rządu.
PIOTR PARZYMIES: – Prawie wszyscy. 35-letnia Xin Xin pozostaje własnością meksykańską. Jest wnuczką pary podarowanej Meksykowi pod koniec lat 70. XX w. Wówczas pandy jeszcze rozdawano, miały ocieplać wizerunek Chińskiej Republiki Ludowej. Później zaczęto je jedynie użyczać – na 10 lat i za roczną opłatę wynoszącą zazwyczaj milion dolarów. Przekazywanie przedstawia się jako wkład w wysiłek zmierzający do zachowania gatunku, pieniądze powinny wędrować na działania ochronne. I wszystkie młode rodzące się w zagranicznych ogrodach stają się automatycznie własnością Chin.

Termin wyjazdu bliźniąt urodzonych w Tokio bez podania przyczyny przyspieszono o miesiąc. Jechały w trakcie poważnego kryzysu między oboma państwami. Tak powstało wrażenie wikłania zwierzaków w politykę.
Skomplikowana jest też sytuacja pand z Tajwanu. W 2008 r., w okresie poprawy stosunków, na wyspę, którą Pekin uważa za własne zbuntowane terytorium, przekazano dwie pandy – samca Tuan Tuan i wciąż żyjącą samicę Yuan Yuan. Chiny nie mogłyby użyczyć ich samym sobie, więc z chińskiego punktu widzenia były podarunkami i Tajwan nie musiał ich po 10 latach zwracać. Ponad 70 proc. Tajwańczyków aprobowało pomysł przyjęcia pand od ChRL. W niektórych kręgach wzbudził jednak poważną debatę i protesty. Demonstranci występowali przebrani za pandy. Niepokój budziły m.in. mało subtelne imiona. Z ich połączenia wychodzi tuanyuan, co w języku chińskim oznacza „zjednoczenie”. Prze do niego obecny przywódca ChRL Xi Jinping. Nie wyklucza zbrojnej interwencji.

Dlaczego napisał pan książkę akurat o pandach?
Z połączenia miłości do zwierząt i z zamiłowania do Chin. Mając żonę Chinkę, jestem z nimi związany prywatnie. Z pracy amerykańskiej historyczki Eleny Songster dowiedziałem się, jak panda wielka została symbolem ChRL. Stało się to bardzo niedawno, dopiero w epoce rewolucji kulturalnej, raptem kilka dekad temu. Co mnie na tyle zaciekawiło, że przeczytałem o pandach wielkich w zasadzie wszystko, co napisano po angielsku, chińsku i japońsku i co udało mi się znaleźć. Japończycy może nie są wielkimi fanami Chin, ale pandy kochają bezgranicznie i dużo o nich piszą. Wszystkie prace i książki były bardzo ciekawe, ale żadna z nich nie pokazywała pełnego obrazu tego niesamowicie wielowymiarowego stworzenia, będącego także fenomenem społecznym i narzędziem dyplomacji.

Aż trudno uwierzyć, jak długo pandy były kompletnie nieznane.
Wu Zetian, jedyna kobieta na tronie cesarskim żyjąca na przełomie VII i VIII w., jakoby przekazała japońskiemu cesarzowi 70 skór pand i dwa żywe osobniki. Opowieść tę można włożyć między bajki. Ale już w grobowcu jednego z cesarzy z dynastii Han z II w. p.n.e., położonego w Xi’anie, czyli w dawnej stolicy i mieście znanym z terakotowej armii, faktycznie natrafiano na szkielet pandy. Być może należał do osobnika przetrzymywanego np. w ogrodach cesarskich. W każdym razie rzetelnie opisał je po raz pierwszy francuski misjonarz Armand David i zrobił to dopiero w 1869 r.

Dlaczego tak późno?
Są niesamowicie skryte i mało ruchliwe. Przeciętnie przemieszczają się do 400 m na dobę. Badacz George Schaller, który koordynował w latach 80. XX w. pierwszy wspólny projekt rządu chińskiego i Światowego Funduszu na rzecz Przyrody (WWF), potrzebował dobrych kilku miesięcy, by zaobserwować je w naturze, mimo że spędzał na ich terytorium mnóstwo czasu. W latach 20. XX w. na pandy jako pierwsi cudzoziemcy zapolowali dwaj synowie amerykańskiego prezydenta Theodore’a Roosevelta. Także oni narzekali, że całymi dniami przedzierali się bez efektu przez bambusowe chaszcze. Dlatego biura turystyczne organizujące wyprawy na obszary zamieszkane przez pandy wyraźnie zastrzegają, że uczestnicy najprawdopodobniej pandy nie spotkają. Zobaczą jej siedlisko, pewnie dowody jej obecności, czyli ślady pazurów na drzewach lub odchody, ale samego zwierzęcia raczej obserwować nie będą.

Próżno szukać obecności pandy w sztuce cesarstwa.
Według jednego z objaśnień biało-czarne ubarwienie było kojarzone z pechem. Brak pandy w sztuce okresu Chin cesarskich powinien dziwić, bo już od starożytności chińscy malarze i rysownicy potrafili precyzyjnie oddawać szczegóły anatomiczne. Wręcz specjalizowali się w poszczególnych grupach zwierząt: jedni w małpach, inni w wołach, a jeszcze inni w bezkręgowcach, nawet w owadach. A jednak aż do przełomu lat 50. i 60. XX w. panda nie wystąpiła na żadnym obrazie, rysunku czy grafice. Wspominano o niej jedynie w literaturze, choć i tu nie brak zamieszania. Określano ją jako . Obecnie słowo to oznacza tapira czaprakowego. W XIX w. francuski sinolog Jean-Pierre Abel-Rémusat odnalazł w starych chińskich tekstach opisy pasujące do pandy wielkiej, nazywanej właśnie . Nie była wtedy jednak znana, więc badacz skojarzył tę nazwę z owym tapirem, dopiero co odkrytym i bardzo podobnie ubarwionym. To sprawiło, że wszelkie dawne wzmianki o powiązano na jakieś stulecie z okładem właśnie z nim.

Artyści nie brali pand na warsztat, bo nie wiedzieli o ich istnieniu?
Prawdopodobnie nie spotykano ich wystarczająco często, żeby weszły do kanonu chińskiej kultury. Kiedy na początku XX w. zachodni podróżnicy trafiali na terytorium pand, by je upolować lub odłowić żywego osobnika, mieli kłopot z ustaleniem, czy w danej okolicy pandy w ogóle żyją. Zazwyczaj mieszkańcy mówili, że nie wiedzą, czy takie zwierzę przebywa gdzieś w pobliżu. Przy czym rzecz działa się w Syczuanie, który długo pozostawał prowincją przygraniczną i częściowo niezależną. Możliwe, że wymiana informacji z resztą kraju była zbyt skromna, żeby wydostały się stamtąd informacje o cechach lokalnego środowiska przyrodniczego. No i społeczności z syczuańskich gór były wojownicze i z niechęcią odnosiły się do obcych. O ich standardach gościnności przekonało się co najmniej kilku cudzoziemców, którzy na przełomie XIX i XX w. poszukiwania pand przypłacili życiem.

Skąd tak spektakularna kariera?
Mają krótkie łapy, duży okrągły pysk i pozornie wielkie oczy, co upodabnia je do ludzkiego niemowlęcia, wywołując odruch otoczenia ich troskliwą opieką. Wskutek braku zakorzenienia w kulturze zachowały ideologiczną świeżość. Mogły stać się bezpieczną maskotką reżimu komunistycznego i symbolem nowoczesnego państwa chińskiego. Nadano im przede wszystkim funkcję reprezentacyjną, miały napawać dumą zwykłych Chińczyków. Od lat 70. licznym przedsiębiorstwom masowo nadawano nazwy związane z pandami, na rynku pojawiały się produkty z pandzimi motywami, np. porcelana. W tym samym czasie pandy wyjeżdżały już za granicę i dość długo pozostawały jednym z niewielu łączników z tajemniczymi i odległymi Chinami. Od początku towarzyszyło im szaleństwo. Pierwszego dnia pobytu pandy w Tokio w 1972 r. chciało ją naraz zobaczyć 100 tys. osób. Przez bramę zoo Ueno przeszło jedynie 18 tys.

Co sprawiło, że stały się tak rzadkie?
Są zwierzętami leśnymi i odbiła się na nich utrata odpowiednich siedlisk, w ich przypadku lasów, w których rośnie bambus, bo żywią się niemal wyłącznie nim. Szacuje się, że 40 tys. lat temu, czyli jeszcze przed początkiem gwałtownego wylesiania Chin przez ludzi, które rozpoczęło się 9 tys. lat temu, populacja pand wielkich liczyła ponad 100 tys. osobników. Żyły na znacznym obszarze między dzisiejszym Pekinem a państwami Azji Południowo-Wschodniej. Do drastycznego spadku liczebności pand doszło choćby między XVII i XX w. W pandzich prowincjach osiedlano imigrantów z północy kraju, którzy karczowali lasy i rozwijali rolnictwo. W rezultacie u progu XX w. pozostało nieco ponad tysiąc pand.

Były obiektem polowań?
Na południu Chin silna jest tradycja zjadania dzikich zwierząt. Są też zabijane, bo niektóre części ich ciał mają rzekomo właściwości zdrowotne. Pand się jednak nie je. Nie są też uwzględnione w żadnej terapii. W połowie lat 80. odbył się proces mężczyzny, w którego wnyki zaplątała się panda. Miała pecha, liczył na inne gatunki. Zeznał, że spróbował pandziego mięsa. Przygotował je z rzepą, ale mu nie smakowało. Pandy zjadano za to w okresie głodu będącego skutkiem zupełnie nieudanego tzw. wielkiego skoku z przełomu lat 50. i 60. Z zachowanych relacji urzędników wynika, że w jednym z powiatów upolowano 40 osobników, co w tym przypadku było koniecznością. W tamtym tragicznym okresie zmarło od 15 do 45 mln osób i nierzadko posuwano się do kanibalizmu.

A trofea? Rooseveltowie nie mieli następców?
Zabijano pandy dla skór, których cena w Japonii dochodziła do 100 tys. dol. Procederu zaniechano po wprowadzeniu w 1987 r. surowych sankcji, przez dekadę obowiązywała nawet kara śmierci. Pandy i tak poradziły sobie lepiej niż np. słonie indyjskie, które jeszcze 4 tys. lat temu występowały w Chinach powszechnie, nawet na terenie obecnego Pekinu. Teraz obecne są jedynie w prowincji Junnan, szczątkowa populacja liczy ok. 300 osobników.

Na czym polegała pandzia przewaga?
Nie wchodzą w szkodę. Nie niszczą plonów, np. miód z uli wyjadają absolutnie incydentalnie. Nie napadają też na ludzi, dotąd nie odnotowano śmiertelnego ataku. A to przecież gatunek niedźwiedzia należący do rzędu ssaków drapieżnych. Może wyglądać jak niewinna puchata kulka, ale ma czym gryźć, iluś opiekunów i nieostrożnych zwiedzających zostało bardzo dotkliwie pokąsanych. Z kolei słonie indyjskie bywają niebezpieczne i pasą się na polach uprawnych. Z tego powodu były w Chinach przedmiotem powszechnych polowań, także ze względu na swoje ciosy. Kryły się w lasach, ale te szybko znikały wraz z rozwojem chińskiej cywilizacji. Równolegle zmniejszał się zasięg pand, które jednak przetrwały, bo wypierane z nizin chroniły się na wyższych obszarach. Wędrowały tam, dokąd ludzie długo nie docierali. Miały też więcej szczęścia niż np. tygrysy południowochińskie. Tylko w latach 50. i 60. zabito ok. 3 tys. tygrysów. Zorganizowano kampanię ich eksterminacji pod hasłem „Zabij tygrysa, zgładź plagę”. Tradycyjnie w kulturze chińskiej tygrysy grały bardzo ważną rolę symboliczną. Podczas rewolucji kulturalnej atakowano tradycję i masowo niszczono dzieła sztuki. Wtedy tygrysa napiętnowano jako szkodnika, a kariera pandy ruszyła z kopyta.

Z drugiej strony atrakcyjność pand troszkę blednie, skoro mają się nieco lepiej.
Obecnie na wolności żyje ich ok. 1,9 tys. Przed dekadą Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody o jedno oczko obniżyła ich status, z gatunku zagrożonego wyginięciem w stanie dzikim na gatunek na wyginięcie narażony. W Chinach podniosły się głosy oburzenia. Wynikały z obawy, że narodowy skarb straci wartość. Pand jest coraz więcej, ale pewnie i tak będą jeździć po świecie. Zależy na tym i Chinom, i zagranicznym ogrodom. Z tego powodu za rządów Xi zwiększyła się liczba zwierząt przetrzymywanych w zagranicznych ogrodach zoologicznych.

Pandy są odpowiednio chronione? Przeznaczony dla nich park narodowy ma 2,7 mln ha, to obszar dużego polskiego województwa.
W parku żyje 90 proc. dzikich pand. Składa się z kilku części i populacje z poszczególnych fragmentów trwają w izolacji, oddzielone zamieszkanymi przez ludzi dolinami. Priorytetem powinno być połączenie ich atrakcyjnymi korytarzami ekologicznymi. Obecnie za największe zagrożenie uznaje się budowę szlaków komunikacyjnych i wypas zwierząt gospodarskich spychający pandy w głąb lasów. Wypas jest tolerowany, bo prowadzą go lokalne społeczności pochodzenia tybetańskiego. Teraz ChRL mniej liczy się z mniejszościami etnicznymi, ale dawniej traktowano je z większą pobłażliwością, obawiano się zapędów separatystycznych. Dlatego kłusownik, który złowił pandę, nie został srogo ukarany. Dlatego też nie organizowano przymusowych wysiedleń osób żyjących obok pand. W latach 80. propozycję przeprowadzki z jednego z rezerwatów dostało 2 tys. osób. Do nowo zbudowanych domów przeniosła się garstka.

Wycinki już nie są groźne?
W chińskich lasach naturalnych obowiązuje zakaz wycinania drzew, nie wolno pozyskiwać w nich drewna. Chińczycy przeszli długą drogę. Rozwój przemysłu sprawił, że w latach 60. jedynie 9 proc. kraju było pokryte lasami. Teraz, po okresie intensywnego sadzenia, doszli do 25 proc. Wpływ na decyzję o zalesianiu miała m.in. powódź znad Jangcy w 1998 r. Doprowadziła do szkód oszacowanych na 36 mld dol., 13 mln osób pozostało bez domów. Do wylewów przyczynił się intensywny spływ wody deszczowej z gór ogołoconych z drzew.

Wartość przyrodnicza lasu sadzonego jest o wiele mniejsza od tego, który wyrósł spontanicznie. Ile jest rzeczywistej troski o środowisko w opowieści partii komunistycznej o budowie „cywilizacji ekologicznej”?
Na pewno rośnie świadomość społeczna, choć nie wynika ona, jak bywa na Zachodzie, z bezwarunkowej miłości do przyrody jako wartości samej w sobie. Chińczycy, i w ogóle Azjaci, są do bólu pragmatyczni. Zwłaszcza najstarsze pokolenia patrzą na środowisko przez pryzmat wymiernych korzyści. Będą ją chronić, jeśli poprawi to warunki życia, wydajność produkcji czy pozytywnie wpłynie na gospodarkę. Są też dumni, więc nie przyjmują zagranicznych upomnień czy próśb. W badaniach opinii publicznej 94 proc. Chińczyków deklaruje poparcie dla ochrony przyrody. Tak samo na to pytanie odpowiada 73 proc. Amerykanów. Kiedy jednak się sprecyzuje, że ochrona wiązałaby się z pewnymi stratami dla rozwoju, to proporcja się zmienia. W Chinach odpowiedź twierdzącą podtrzymuje 50 proc. pytanych, a w Stanach Zjednoczonych 60 proc.

To skąd nabożeństwo do ochrony pand?
Ich charyzma bezpośrednio i namacalnie przekłada się na lokalną gospodarkę. Wszystko, co z nimi związane – zakwaterowanie, oglądanie siedlisk, odwiedzanie ośrodków pokazowych czy przedmioty z pandami – dostarcza znacznych korzyści finansowych. Swego czasu policzono, że łańcuch wartości generowany przez rezerwaty przynosi 27 razy więcej przychodów niż koszt utrzymania tych obiektów. Odwiedziłem wiele chińskich ogrodów zoologicznych i w każdym pandy były traktowane jak członkowie rodziny królewskiej.

Jako maskotki partii i państwa?
Muszą się prezentować nienagannie. W każdym ogrodzie ich wybieg był zawsze najwyższej jakości, gdy wybiegi innych zwierząt – małp człekokształtnych czy lwów – bywały we wręcz opłakanym stanie. O chińskim podejściu do zwierząt wiele mówi los niedźwiedzi himalajskich, skądinąd bardzo bliskich krewnych pand wielkich. Też są chronione prawem, a przechodzą gehennę. W całym kraju do 10 tys. niedźwiedzi przetrzymywanych jest w mikroskopijnych klatkach. Także tak małych, że nie mogą się nawet obrócić. Z boku tak więzionego niedźwiedzia wystaje rurka, bo ze sztucznie podtrzymywanej przetoki pozyskuje się żółć. Mającą właściwości lecznicze, do pewnego stopnia potwierdzono je badaniami. Tyle że podobnie działające środki da się uzyskiwać syntetycznie, więc męczenie niedźwiedzi nie ma żadnego sensu.

Czy udało się przełamać trudności związane z trzymaniem pand w niewoli?
Jeszcze w latach 80. i 90. jedynie 40 proc. osobników skutecznie przystępowało do rozrodu. Śmiertelność młodych wynosiła ok. 60 proc. Pod koniec XX w. chińscy naukowcy wspólnie z amerykańskimi przebadali 64 osobniki. Ustalono też, że w hodowli nie brano pod uwagę skomplikowanych zachowań godowych, m.in. tego, że w naturze kilka samców rywalizuje o jedną samicę, która przygląda się walce z drzewa. W 2024 r. populacja w niewoli wynosiła 760 osobników, podwoiła się w ciągu dekady, bez wspomagania osobnikami z wolności. Obecnie przeżywalność młodych sięga 90 proc. Bliźniaki są czasowo rozdzielane – gdy jeden przebywa z matką, drugi przetrzymywany jest w inkubatorze.

A czy zwierzęta z hodowli trafiają na wolność?
Reintrodukowano pojedyncze osobniki. Choć w ośrodkach hodowlanych stosuje się różne sztuczki, by zakamuflować ludzki zapach, to wypuszczanie hodowlanych pand nie przynosi spektakularnych efektów. Mają kłopot z dostosowaniem do naturalnych warunków. Równolegle liczebność dzikiej populacji w XXI w. wzrosła o kilkanaście procent. Co podważyło przekonanie, że pandy wielkie nie przetrwają na wolności. Tymczasem radzą sobie bardzo dobrze. Wystarczyło zostawić je w spokoju.

ROZMAWIAŁ JĘDRZEJ WINIECKI

Reklama