Mateusz Strzelecki: Losy świata rozstrzygają się w Arktyce
|
|
Prof. dr hab. Mateusz Czesław Strzelecki – kierownik Centrum Badań Regionów Zimnych im. Alfreda Jahna na Uniwersytecie Wrocławskim. Od ponad dwóch dekad prowadzi badania nad ewolucją wybrzeży i zmianami poziomu morza w Arktyce i Antarktyce. |
JOLANTA IWAŃCZUK: – „Bakcyla polarnego” złapał pan od razu?
MATEUSZ STRZELECKI: – Albo zakochujesz się w Arktyce, albo po pierwszym wyjeździe masz dość. To nie tylko kwestia nauki – to cisza, przestrzeń, zapach fiordu, chłód bijący od lodowca. Człowiek właściwie zostaje sam. W tej samotności przychodzi zachwyt, że natura może być aż tak potężna, ale też ciche pytanie: „Po co właściwie tu jestem?”.
Zdjęcia z wypraw są piękne. Co zostaje poza kadrem?
Tak, wygląda to romantycznie: namioty, lodowce, piękne krajobrazy. Za tym jednak stoi ogromna operacja logistyczna. Przygotowanie do dziesięciu dni badań terenowych zaczyna się niekiedy rok wcześniej: pomysł naukowy, finansowanie, zespół, sprzęt, transport, seria pozwoleń. Bardzo często pracujemy na terytoriach innych państw albo w obszarach objętych ochroną.
A później stykamy się z tym, czego nie da się kontrolować – samą Arktyką. Tam wszystko weryfikuje pogoda. Można mieć perfekcyjnie zaplanowaną wyprawę, ale jeśli przez dwa tygodnie wieje sztormowy wiatr albo fiord jest zablokowany lodem, nie da się pracować. Z miesiąca w terenie realnie efektywnych dni bywa czasem dziesięć. Dlatego każda wyprawa funkcjonuje w kilku scenariuszach – jest plan A, ale zawsze musi istnieć też B i C. Arktyka uczy pokory: szybko pokazuje, że to nie człowiek jest tam stroną dominującą.
Czasami nawet plan C nie pomaga. Jak w tym roku naukowcom z Instytutu Geofizyki PAN i Uniwersytetu Śląskiego, którym z powodu warunków spowodowanych nietypowo jak na wiosnę wysokimi temperaturami nie udało się przeprowadzić badań na Spitsbergenie. Zamrożony krajobraz powoli odchodzi do przeszłości?
Paradoksalnie najciekawsze są często miejsca, gdzie lodu już nie ma albo gdzie właśnie zaczyna znikać. Dla geomorfologa Arktyka to nie martwa, zamrożona przestrzeń, lecz jeden z najbardziej dynamicznych krajobrazów na Ziemi. Kluczowa jest woda – główny architekt tego świata. Lodowiec produkuje olbrzymie ilości osadów, a woda roztopowa transportuje je do rzek i fiordów – to działająca bez przerwy fabryka osadów.
Wystarczy kilka cieplejszych dni i krajobraz zaczyna żyć: rzeki zmieniają koryta z dnia na dzień, moreny się osuwają, rozmarzają stoki i taje zmarzlina. W innych miejscach na Ziemi te procesy zachodzą wolniej – tu można je obserwować niemal „na żywo”. Czasami wraca się po kilku latach i dolina wygląda zupełnie inaczej. Są też miejsca, które burzą wyobrażenie o Północy – rozległe przestrzenie skalne przypominające zimne pustynie, krajobrazy niemal księżycowe.
Jak bardzo widać na Północy skutki zmian klimatu?
Arktyka nie jest dziś abstrakcyjnym wykresem temperatur – zmiana dzieje się na oczach badacza. Najczulszym wskaźnikiem są lodowce: naturalne archiwum klimatu i jego barometr. Mam osobisty przykład – lodowiec Ferdynanda w centralnej części Spitsbergenu. Kiedy zaczynałem go badać w 2007 r., był klasycznym lodowcem dolinnym – z wyraźną strefą zasilania, czołem i rzeką roztopową, częścią stabilnego systemu, który w naszej intuicji miał trwać jeszcze długo. Dziś praktycznie go nie ma. Został niewielki płat lodu. Podobny los spotkał wiele lodowców w tej części wyspy. Znikają jeden po drugim.
Skala tego przyspieszenia jest uderzająca. Procesy, które w zapisie geologicznym rozciągają się na tysiące lat, dziś obserwujemy w ciągu jednego pokolenia. Svalbard należy do najszybciej ocieplających się miejsc na Ziemi, temperatury rosną tam nawet kilkakrotnie szybciej niż średnia globalna. W wielu dolinach jesteśmy świadkami agonii lodowców. Obserwujemy znikanie fragmentów lodowego świata, które jeszcze niedawno wydawały się trwałe.
Arktyka nie jest dziś abstrakcyjnym wykresem temperatur – zmiana dzieje się na oczach badacza.
Spitsbergen zna pan od 20 lat. Co pana zaskoczyło, kiedy pierwszy raz stanął pan na Grenlandii?
Kiedy pierwszy raz tam trafiłem, miałem poczucie, że to Spitsbergen pomnożony wielokrotnie: większe lodowce, fiordy, góry lodowe, odległości i skala procesów. Na Spitsbergenie człowiek ma jeszcze poczucie, że porusza się w świecie „do ogarnięcia”. Grenlandia tę iluzję odbiera. To inna skala także w sensie znaczeniowym. Zmiany zachodzące na Grenlandii nie są lokalnym problemem Arktyki – wpływają na poziom mórz, cyrkulację oceaniczną i bilans energetyczny całej półkuli. To dziś rodzaj wielkiego laboratorium zmian klimatycznych – jedno z miejsc, w których najlepiej widać, jak będzie wyglądała planeta w warunkach szybko postępującego ocieplenia.
Szybkie zmiany to także nowe zagrożenia – nie tylko dla krajobrazu, ale też dla ludzi.
Tak, i to wątek wciąż słabo obecny w debacie. Najbardziej dramatycznym przykładem są fale ekstremalne, w tym tsunami. To zaskakuje, bo kojarzymy je z tropikami – tymczasem jedne z największych w historii powstały w regionach zimnych. Najgroźniejsze są te wywołane przez osuwiska i tu widać bezpośredni związek z ociepleniem. Lodowce przez tysiące lat działały jak rusztowanie podtrzymujące zbocza. Kiedy znikają, skały tracą oparcie i „odreagowują” po tysiącach lat nacisku. Dodatkowo taje wieloletnia zmarzlina, która scalała grunt jak naturalny cement. Całe fragmenty zboczy górskich mogą się wtedy osunąć do fiordu, gwałtownie wypychając wodę, tworząc megatsunami.
Najgłośniejszy przykład to zatoka Lituya na Alasce, gdzie w 1958 r. fala osiągnęła ok. 500 m wysokości – była najwyższa, jaką do tej pory udokumentowano. W 2025 r. w alaskańskim fiordzie Tracy Arm gigantyczne osuwisko wywołało falę 480-metrową. Na Grenlandii wartości są mniejsze, ale także liczone w dziesiątkach metrów. W 2017 r. jedna z fal zniszczyła osadę Nuugaatsiaq – zginęli ludzie, a pozostałą społeczność trzeba było ewakuować. Zidentyfikowano już ponad 600 miejsc uznawanych za potencjalnie aktywne osuwiska, a wciąż nie wiemy, które z nich stanowią realne zagrożenie. To jedno z największych wyzwań nauki – nie tylko rozpoznać te procesy, ale też nauczyć się je przewidywać, bo od tego zależy bezpieczeństwo ludzi żyjących wzdłuż fiordów.
Grenlandia przez lata była dla świata wielkim pustym lodem. A później zaczęły o niej mówić Waszyngton, Pekin i Moskwa. Co się zmieniło?
Złożyło się na to kilka rzeczy naraz. Z jednej strony skomplikowany kontekst historyczny: relacje z Danią obciążone trudną przeszłością kolonialną, nierozwiązane problemy społeczne, przez co część mieszkańców szuka większej niezależności. Z drugiej rośnie zainteresowanie świata – Grenlandia ma zasoby kluczowe w XXI w., od metali ziem rzadkich po surowce dla nowoczesnych technologii oraz strategiczne położenie. Dla wielu mieszkańców to zaczyna wyglądać jak szansa. Słyszałem zdanie, które dobrze oddaje ten sposób myślenia: „Reszta świata cierpi z powodu zmian klimatu, ale my możemy na tym zarobić”. Dobrym przykładem są tutaj chociażby grenlandzkie zasoby piasku dostarczanego przez rzeki z roztapiającego się lądolodu, które mogłyby załagodzić globalny niedobór tego strategicznego surowca. Rodzi się jednak poważne pytanie: kto naprawdę będzie beneficjentem? Lokalne społeczności czy globalne mocarstwa i korporacje, dla których będzie to kolejny obszar eksploatacji? To napięcie – między nadzieją a ryzykiem – naznaczy najbliższe lata.
Region polarny długo opisywano jako ostatni obszar, gdzie nauka jest ponad polityką. To się skończyło?
Zdecydowanie. Wystarczy spojrzeć na flotę lodołamaczy: Rosja ma ich kilkadziesiąt, w tym o napędzie nuklearnym, kolejne w budowie, Zachód dysponuje zaledwie kilkoma. To realna przewaga operacyjna w regionie, gdzie dostęp przez większą część roku zależy właśnie od takich jednostek. Część rosyjskich stacji formalnie naukowych w praktyce pełni także funkcje wojskowe.
Mówi się dużo o surowcach, ale to tylko część obrazu. Równie ważne jest położenie: Grenlandia leży w miejscu kluczowym dla kontroli północnego Atlantyku i dla infrastruktury kosmicznej. Wiele satelitów regularnie przelatuje nad obszarami polarnymi, co czyni je idealnym miejscem do odbioru i przekazywania danych – a przewaga informacyjna jest dziś jednym z filarów bezpieczeństwa; konflikty od Ukrainy po Bliski Wschód pokazują, że decyduje dostęp do rozpoznania i precyzyjnej nawigacji. Dlatego inaczej trzeba patrzeć na zdarzenia, które niedawno wydawały się incydentalne, jak przecięcia światłowodów łączących Svalbard z Europą. To nie tylko awarie techniczne, lecz także sygnały, że ta infrastruktura staje się celem działań hybrydowych.
Grenlandia leży w miejscu kluczowym dla kontroli północnego Atlantyku i dla infrastruktury kosmicznej.
Co w tej rozgrywce mocarstw może ugrać kraj bez dostępu do arktycznego morza?
Polska to przypadek wyjątkowy. Nie mamy bezpośredniego dostępu do Arktyki, a mimo to jesteśmy tam obecni od dziesięcioleci, w sposób zauważalny na świecie. Czasami żartujemy, że jesteśmy polarnym mocarstwem bez lodołamaczy. Nasza siła nie brała się dotychczas z infrastruktury, lecz z ludzi, kompetencji i tradycji sięgającej zaborów, kiedy Polacy, często jako zesłańcy, działali na Syberii. Później ta obecność trwała mimo trudnych warunków: stacje, międzynarodowe programy, ciągłość badań.
Dziś jesteśmy w innym momencie – po raz pierwszy możemy uczestniczyć w badaniach polarnych jako państwo wolne i stosunkowo zamożne. Do tej pory naszą siłą była umiejętność działania w warunkach ograniczonych, często improwizowanych. Teraz pytanie brzmi inaczej: czy potrafimy zbudować trwałe zaplecze? Widać pierwsze kroki – nowe stacje, projekty statków. Ale jeśli chcemy być traktowani poważnie jako partner, musimy myśleć w kategoriach systemów: floty badawczej, stabilnego finansowania, długofalowej strategii – o poważnym Polskim Programie Polarnym. Arktyka staje się jednym z kluczowych regionów świata. Pytanie, czy wykorzystamy ten moment i z nową strategią oraz mocnymi kadrami naukowymi staniemy do realizacji V Międzynarodowego Roku Polarnego 2032–33 – największego wydarzenia naukowego w historii.
Kiedy zastanawia się pan nad przyszłością Arktyki, co spędza panu sen z powiek?
Trzy kwestie, z pozoru odległe od siebie. Pierwsza to tempo, w jakim spod lodowców wyłania się zupełnie nowy krajobraz. Tam, gdzie jeszcze niedawno sięgał lód, odsłaniają się świeże doliny i – przede wszystkim – nowe wybrzeża. To tereny, które dosłownie w ciągu kilku lat muszą przystosować się do warunków nieglacjalnych: bez stabilizującego je lodu stają się niezwykle wrażliwe na erozję, osuwiska i przebudowę przez fale i prądy. Obserwujemy narodziny linii brzegowej w czasie rzeczywistym – i nie do końca wiemy, jak się ustabilizuje. Z tym wiąże się druga, większa obawa: co się stanie, gdy zniknie lód zamykający arktyczne cieśniny i przejścia morskie? Dziś część z nich jest blokowana przez lodowce. Kiedy znikną, otworzą się nowe połączenia między oceanami i fiordami, a to może zmienić praktycznie wszystko: cyrkulację oceaniczną, zasolenie wód, funkcjonowanie ekosystemów, a w konsekwencji klimat.
Arktyka nie jest odizolowanym światem, lecz jednym z głównych regulatorów klimatu na Ziemi – wpływa na pogodę także w Europie. Coraz częściej myślę o tym, że otwierające się przejścia i odsłaniane zasoby uczynią z Arktyki obszar kolejnej rywalizacji między mocarstwami. Chciałbym wierzyć, że te północne rejony nie staną się gorącym frontem kolejnej zimnej wojny – że pozostaną miejscem międzynarodowej współpracy naukowej, nie zaś kością niezgody.
A przyroda? Poradzi sobie?
Przez lata przedstawiano Arktykę jako świat niezwykle kruchy. Tymczasem natura okazuje się bardziej elastyczna, niż zakładaliśmy. Dobrym przykładem są niedźwiedzie polarne. Jeszcze kilkanaście lat temu sądzono, że wraz z zanikiem lodu morskiego ich populacje szybko się załamią. Dla części z nich to nadal poważny problem, ale niektóre niedźwiedzie zmieniają zachowania i dietę: korzystają z reniferów, jaj i ptaków czy padliny waleni. Zoolodzy zwracają uwagę, że część populacji jest dziś w zaskakująco dobrej kondycji. To nie znaczy, że wszystko skończy się dobrze. Pytanie nie brzmi już, czy gatunki przetrwają, lecz w jakim świecie będą musiały funkcjonować. Zanika lód morski, zmieniają się szlaki migracyjne, napływają gatunki z południa, pojawiają się nowe choroby, rozmarza zmarzlina, a Arktyka miejscami zaczyna się wręcz zazieleniać.
Przyroda prawdopodobnie sobie poradzi, ale będzie to już zupełnie inna Arktyka. I być może to jest najbardziej uderzające – nie obserwujemy końca życia na Północy, tylko narodziny nowego świata, którego kształtu jeszcze do końca nie rozumiemy.
ROZMAWIAŁA JOLANTA IWAŃCZUK