Reklama
W serii „Ben Fogle: wyścig do źródła Nilu” autor wraz z prezenterem Dwaynem Fieldsem (z lewej) docierają m.in. do Wodospadu Murchisona w Ugandzie. W serii „Ben Fogle: wyścig do źródła Nilu” autor wraz z prezenterem Dwaynem Fieldsem (z lewej) docierają m.in. do Wodospadu Murchisona w Ugandzie. Rushlight Films / Archiwum
Środowisko

Ben Fogle: Wszystkie rzeki odkryto, wszystkie góry zdobyto. Jedyne, co nam zostało do zbadania, to my sami.

Bill Markam: Każdy ogród to dom dla tysięcy lokatorów
Środowisko

Bill Markam: Każdy ogród to dom dla tysięcy lokatorów

Nie trzeba robić wiele, a już na pewno nie trzeba robić wszystkiego samemu. Jeden sąsiad może mieć oczko wodne, inny łąkę, kolejny drzewo, a następny kompostownik. Tak stworzy się sieć, dzięki której przyroda zyska – mówi Bill Markham, producent przyrodniczego hitu BBC „Sekretne życie ogrodu”. A przy okazji zdradza, czego zazdrości Polakom. [Artykuł także do słuchania]

Jestem tym, który przekazuje historie. Jadę, zbieram doświadczenia, spotykam ludzi, zanurzam się w nowych środowiskach, a potem przekładam to na ekranie na słowo mówione, a w książkach – na słowo pisane. Wolałbym być znany jako gawędziarz. Jednak pod tą etykietą coś się kryje – mówi dokumentalista Ben Fogle. Sam od 25 lat podąża do dzikich miejsc, których na mapie prawie już nie ma. [Artykuł także do słuchania]

Ben FogleWikipediaBen Fogle
Ben Fogle – ur. 1973 r., brytyjski podróżnik, prezenter telewizyjny, autor książek. Przez lata był patronem Programu Środowiskowego ONZ (UNEP) ds. dzikiej przyrody.


JOLANTA IWAŃCZUK: – W 12. sezonie „Życia na pustkowiu” i w programie „Ben Fogle: wyścig do źródła Nilu” nie jest pan za kamerą, lecz przed nią. Czy klasyczny dokument z lektorem to już czasy minione?
BEN FOGLE: – Nie powiedziałbym, że minione. Filmy z narratorem czy czysto obserwacyjne wciąż mają zwolenników. Ale ja od 25 lat wciągam widza do środka opowieści. W pierwszym filmie zamieszkałem na wyspie na rok, próbując pełnej samowystarczalności. Wówczas zrozumiałem, że efekt autentyczności uzyskuje się poprzez zanurzenie w miejscu i w ludziach. Że taka relacja przełamuje dystans. I że widz to czuje.

„Ben Fogle: wyścig do źródła Nilu” to podróż z Dwaynem Fieldsem śladem czterech wiktoriańskich odkrywców: Livingstone’a, Burtona, Speke’a i Stanleya. W XIX w. znalezienie źródła rzeki było aktem naukowym. Dziś jest hołdem czy odkrywa pan jednak coś nowego?
To była fascynująca produkcja, bo to żywa historia. Chciałem, żeby widz naprawdę zobaczył, przez co przechodzili ci ludzie: Livingstone przemierzający Zambezi; Burton i Speke kłócący się o to, czy źródłem jest Tanganika, czy Wiktoria; Stanley szukający swego zaginionego poprzednika. Z Dwaynem ubraliśmy się w ich stroje, żywiliśmy się jak oni, używaliśmy podobnego sprzętu. Zderzyliśmy się też z ciemniejszą stroną tamtej epoki – to nie była tylko eksploracja, to była też eksploatacja. Ale czy dziś można przeżyć to samo, co oni? Trudne pytanie. Wszystkie rzeki odkryto, wszystkie źródła znaleziono, wszystkie góry zdobyto. Jedyne, co nam zostało do zbadania, to my sami. A każdy z nas jest zupełnie wyjątkowy. Wypraw i przygód wciąż jest mnóstwo – tyle że wewnętrznych, nie zewnętrznych.

Czytaj też: Podróże po Afryce: safari, Kilimandżaro i dark tourism

Niektórzy uważają, że nauka powinna pozostać w laboratoriach i czasopismach, bo upraszczanie przynosi więcej szkody niż pożytku.
Chociaż nie uprawiam nauki, doceniam jej wartość. Myślę, że wszyscy powinniśmy się z nią stykać. To samo dotyczy historii – jeśli się jej nie uczymy i nie przyswajamy, powtórzy się i wpadniemy w te same pułapki. Nauka to piękny postęp ludzkości. Przy wszystkich problemach świata, włącznie z kryzysem klimatycznym, to w niej kryje się rozwiązanie. Każdy powinien czuć się zaproszony, żeby po nią sięgać. I żeby się jej nie bać.

Miliony widzów kształtują swój pogląd na przyrodę dzięki pana programom. Kim się pan czuje: podróżnikiem, popularyzatorem nauki, aktywistą klimatycznym?
Od lat powtarzam: nie jestem naukowcem, nie jestem historykiem, nie jestem klasycznym prezenterem. Jestem tym, który przekazuje historie. Jadę w różne miejsca, zbieram doświadczenia, spotykam ludzi, zanurzam się w nowych środowiskach, a potem przekładam to na ekranie na słowo mówione, a w książkach – na słowo pisane. Wolałbym być znany jako gawędziarz. Jednak pod tą etykietą coś się kryje.

Uważam, że gawędziarz ma dziś większą władzę niż ekspert. Ekspertom coraz mniej się ufa, a opowieści wciąż działają. Kiedy pokazuję kogoś, kto od dziesięciu lat mieszka w chatce w tajdze, i po prostu z nim rozmawiam, widz zapamiętuje jego twarz, głos, jego dłoń, kiedy rąbie drewno. Żaden wykład o samotności czy zdrowiu psychicznym tego nie zastąpi.

Przez wiele lat był pan patronem Programu Środowiskowego ONZ (UNEP) ds. dzikiej przyrody. Czym w ogóle jest dzika przyroda w Europie XXI w., gdzie właściwie nie ma miejsc nietkniętych przez człowieka?
Środowisk, które można nazwać dziczą, jest coraz mniej. Nadal współpracuję z UNEP, to zresztą największy powód do dumy w całej mojej karierze. Moim zadaniem było mówić w imieniu świata, który znika, a przy okazji miałem dostęp do miejsc, do których zwykły prezenter telewizyjny się nie dostanie. Spotykałem ministrów środowiska, premierów, prezydentów. I zawsze przychodziłem do nich nie z tabelą i wykresem, lecz jako ktoś, kto właśnie wrócił znad jeziora, na którym topnieje lód, albo z wioski, wokół której zniknęła połowa lasu. To działa inaczej. Jako gawędziarz chcę tchnąć życie w te ostatnie dzikie miejsca.

Ludzie kojarzą dzikość z pustką. Ekolodzy mówią coś odwrotnego – to tam bioróżnorodność jest najwyższa, tam regulowany jest klimat. Czy udaje się to przekazać widzom?
Wielu ludzi rzeczywiście myśli, że dzicz to pustka. A ona kipi bogactwem życia. Tylko nas tam nie ma, bo człowiek ma tendencję do negatywnego wpływu na środowisko, w które wchodzi. Wierzę, że jest miejsce, w którym ludzie i dzika przyroda mogą współistnieć. Problem polega na tym, że nadmiernie konsumujemy i przestaliśmy panować nad zużyciem zasobów. Jeśli zmienimy swoje podejście do przyrody, będzie nam znacznie lepiej.

Czytaj też: Od Herodota do Livingstone'a. Historia odkrywania Afryki

Pokazując samotnika w tajdze, opowiada pan o ekosystemie, ale jednocześnie romantyzuje ucieczkę. Nie kłóci się to ze sobą?
To jest właśnie mój dylemat: pokażesz człowieka, który poszedł żyć na dziko – i za chwilę kolejni zaczynają robić to samo. Ostatnio filmowałem Lewisa i Jordan, brytyjską parę, która kupiła farmę w Bułgarii przez internet i wywiozła tam małe dzieci. Byli fanami mojego programu – to on ich pchnął do tej decyzji, sami mnie zaprosili. Pokazywałem też Ruperta z Yorkshire, który zostawił wszystko dla ryżowej farmy w górach Japonii. To prawdziwe historie. Gdyby jednak wszyscy tak zrobili, nie zostałoby już nic dzikiego.

Sam marzę o prostocie: chatka na wyspie, kajak, dużo psów, zbieractwo. Jednak moja żona Marina i dzieci nie podzielają tego marzenia, więc poszliśmy na kompromis. Dobrze rozumiem widzów, którzy mnie oglądają i myślą: „Też tak chcę”. Atrakcyjność takiego życia polega właśnie na prostocie. Ogranicza stres, lęk. Sprowadza do podstaw: schronienia, jedzenia, bezpieczeństwa.

To samo dotyczy pokazywania wcześniej nieznanych miejsc – nagle pojawiają się zainteresowanie i presja, szczególnie na te najbardziej odległe. My – gawędziarze, prezenterzy, nadawcy – powinniśmy zachować rozwagę. Nie namawiam wszystkich do zamieszkania w lesie. Namawiam do przemyślenia stylu życia. Do zwolnienia. Do upraszczania.

Bohaterowie „Życia na pustkowiu” często uciekają z cywilizacji po traumie, wypaleniu, chorobie. Czy po 12 sezonach dostrzega pan w tym coś dla psychologów?
Coraz więcej ludzi wybiera nowe życie na pustkowiu właśnie z tych powodów. Wszędzie na świecie – i nie mam wątpliwości, że w Polsce jest tak samo – mamy do czynienia z ogromnym kryzysem zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi. Presja, tempo, pośpiech. Wielu moich rozmówców odeszło od tego świata świadomie. Myślę, że psychologowie mieliby fascynujący materiał, gdyby mogli poznać wszystkich „dzikich ludzi”, których spotykałem przez lata.

Angażuje się pan w tzw. terapię naturą. Czy są twarde dane, że kontakt z dziką przyrodą leczy? Czy to nadal głównie intuicja i pojedyncze badania?
Prowadzono badania, które udowodniły, że czas spędzony na łonie natury może korzystnie wpływać na samopoczucie. W Wielkiej Brytanii lekarze zaczynają przepisywać spacery po lesie. Ale dla mnie to wciąż w dużej mierze anegdotyczne detale, bo wiem, co widzę i co przeżywam. A przeżyłem sporo. W 2023 r. miałem załamanie. Wyczerpanie, paraliżujący lęk, paranoja. Musiałem sięgnąć po terapię poznawczo-behawioralną, po leki. Uprościć całe swoje życie, żeby wrócić do dawnego spokojnego siebie. Dziś opowiadam o tym otwarcie, bo skoro dzielę się z ludźmi swoimi sukcesami, muszę też mieć odwagę dzielić się słabościami. Jeśli mogło się to zdarzyć mnie, może się zdarzyć każdemu.

Nie było to nagłe odkrycie – moc natury poznałem 25 lat wcześniej, kiedy przez rok mieszkałem na hebrydzkiej wyspie Taransay w reality show „Castaway 2000”. Nigdy nie byłem sportowcem, nie biegałem, nie chodziłem na siłownię. A ten jeden rok fizycznej pracy – dźwigania materiałów, budowania – sprawił, że stałem się zdrowy, mocny. Poprawił mi się nastrój, wrócił spokój. Wtedy pierwszy raz zrozumiałem, że natura może leczyć zarówno ciało, jak i głowę.

To był mój punkt wyjścia. Jednak osobiste doświadczenie i to, co widzę u rozmówców, którzy uciekli w dzicz, żeby uleczyć swoje rany, to za mało. Potrzebujemy twardych badań akademickich, jeśli mamy formalnie, na poziomie państwowym, zachęcać do zwolnienia tempa i do ochrony ostatnich dzikich terenów. Na razie wszystko brzmi jak ładna anegdota, a natura zasługuje na to, żeby traktowano ją jako lekarstwo.

Krytycy mówią wprost: latanie na drugi koniec świata z ekipą filmową szkodzi klimatowi bardziej, niż jakakolwiek edukacja może to zrekompensować.
Zawsze znajdą się ludzie, którzy skrytykują mój ślad węglowy. Odpowiem im, że moja ekipa jest bardzo mała, tylko cztery osoby. A pozytywny wpływ, jaki wywieramy, dając innym siłę i pokazując, jak można uprościć życie, z nawiązką rekompensuje moje niedoskonałości. Być może pewnego dnia przestanę latać. I chyba powinienem – na którymś etapie. Teraz jednak uważam, że edukacja i popularyzacja nauki są ważniejsze. Jako gawędziarz muszę jechać i dzielić się historiami, żeby wzmocnić przyszłe pokolenia, które pomogą chronić tę piękną planetę.

Czy w epoce dezinformacji i fejków i ludzie tacy jak pan ponoszą większą odpowiedzialność za dokładność niż dziesięć lat temu?
Bardzo trudno zwalczać te zjawiska. Jednak przez 25 lat pracy w filmie zbudowałem pewną reputację – myślę, że ludzie mi ufają. A zaufanie staje się coraz cenniejszym towarem. Ponoszę więc ogromną odpowiedzialność jako neutralny weryfikator faktów. Nie mam żadnej agendy. Dzielę się tym, co widzę, co przeżywam z ludźmi, których spotykam – z całego spektrum politycznego. Najważniejsze są autentyczność, uczciwość i rzetelność.

ROZMAWIAŁA JOLANTA IWAŃCZUK.

Dowiedz się więcej

„Życie na pustkowiu” można oglądać od poniedziałku do piątku na kanale telwizji BBC Earth, a „Ben Fogle: wyścig do źródła Nilu” w sobotę i niedzielę, 5 i 6 września 2026 r., o godz. 21:55.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną