Shutterstock
Struktura

Czy istnieją uniwersalne prawa wojny?

Uczeni starają się dociec źródeł konfliktów zbrojnych, uchwycić prawidłowości, zbadać uwarunkowania. Polemologia krąży jednak po obrzeżach naukowego mainstreamu i wciąż przypomina raczej alchemię.  

W dziejach świata nie brakowało wybitnych teoretyków wojny. Jednym z pierwszych był Tukidydes, który w swoim dziele o wojnie peloponeskiej (431–404 r. p.n.e.) sformułował jedną z pierwszych (jeśli nie pierwszą) ogólną teorię wojny, która od 2,5 tysiąca lat nie przestaje inspirować politologów. W ujęciu greckiego historyka zarzewiem wojny, a zarazem prawem rządzącym konfliktami zbrojnymi w ogóle, jest strach „starego” mocarstwa przed „wschodzącą” potęgą innego państwa. Idąc tą logiką Tukidydes winą za wybuch wojny peloponeskiej obarczył Spartan, którzy obawiali się rosnącej siły Aten. Tak rozumiana „pułapka Tukidydesa” stała się popularnym narzędziem myślowym tłumaczącym, dlaczego w danych okolicznościach wojna między mocarstwami jest nieunikniona.

Z drugiej strony, wczytując się dokładnie w dzieło Tukidydesa można znaleźć równie dużo (o ile nawet nie więcej) dowodów, że o wojnie decyduje czynnik ludzki. W jednym z rozdziałów historyk wkłada w usta Peryklesa takie słowa: „biedaka rozzuchwala nędza i konieczność, bogacza zaś buta i zarozumiałość napełnia rządzą krzywdzenia drugich; poza tym i w innych przypadkach pcha ludzi na niebezpieczną drogę namiętność jako coś od nich silniejszego i nie do odparcia”.

Jeśli zatem nie istnieje żaden mechanizm, ani zależność, którą można zawczasu zauważyć i jej przeciwdziałać, a za wojnami stoją wybory i namiętności jednostek, to muszą być one nieprzewidywalne, tak jak nieprzewidywalni są ludzie. Ten dogmat przetrwał okres nowożytnej rewolucji naukowej właściwie nietknięty.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Clausewitz: Czy wojna nie ma logiki, a tylko gramatykę?

Nie naruszył go również jeden z najsłynniejszych zachodnich teoretyków Carl von Clausewitz, który ogólną teorię konfliktów zbrojnych próbował sformułować w swoim dziele „O wojnie”. Pruski generał podkreślał rolę przypadku, nieprzewidywalności i dysproporcji w relacji pomiędzy przyczyną a skutkiem. Dawał tym samym do zrozumienia, że wielkie skutki mogą wynikać z małych albo nawet niezauważalnych danych początkowych.

Wojny nie da się prowadzić w sposób naukowy, ponieważ (w odróżnieniu od polityki) nie ma ona określonej logiki, ma tylko gramatykę – mówi Clausewitz. Dlatego najpoważniejszym wkładem pruskiego myśliciela w teorię wojny jest ścisłe podporządkowanie jej logice polityki. W jego ujęciu wojna powinna opierać się na prawdopodobieństwie i racjonalnej kalkulacji – politycznej właśnie. Później w XX w. owa – oczywista wydawałoby się – intuicja Clausewitza została twórczo wykorzystana i rozwinięta przez komunistycznych partyzantów w Chinach (podczas wojny domowej w latach 1927–1949) oraz komunistów z Północnego Wietnamu podczas amerykańskiej interwencji. Dla nich wszystko – włącznie z taktycznym odwrotem, czy poświęceniem dużej części swoich sił – było dopuszczalne, pod warunkiem, że służyło zwycięstwu politycznemu. Clausewitzowska koncepcja „wojny totalnej” posłużyła zaś do uznania społeczeństwa w jego całej złożoności, jako pełnoprawnego uczestnika wojny (zarówno na płaszczyźnie czysto wojskowej, jak i politycznej).

Mimo niezaprzeczalnego wkładu w filozofię wojny, Clausewitz – choć był dzieckiem oświecenia – nie podjął jednak próby ilościowego jej ujęcia.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Richardson: Czy istnieją matematyczne przyczyny wojen?

Aby się do tego przymierzyć, potrzebny był bezprecedensowy postęp w naukach ścisłych w pierwszej połowie XX w., wraz z jego zdolnością przekładania najbardziej nawet złożonych i pozornie losowych zjawisk na język liczb. Wszystkie wcześniejsze badania w wymiarze metodologicznym stanowiły bowiem połączenie analizy literackiej i historycznej. Przedstawicielem nowej epoki, a zarazem pierwszym człowiekiem, który na tym polu podjął próbę odwołania się do narzędzi matematyki był Lewis Fry Richardson. Urodzony w 1881r. w Wielkiej Brytanii zasługuje na miano prawdziwego polimaty: studiował matematykę, fizykę, chemię, botanikę i zoologię; później, celem lepszego zrozumienia zjawisk społecznych, rozpoczął studia z zakresu psychologii, a podczas I wojny światowej pracował w biurze meteorologicznym. Będąc kwakrem i pacyfistą Richardson chciał wiedzieć, czy istnieją matematyczne przyczyny wojen, a zarazem poznać odpowiedź na pytanie, czy I wojna światowa była anomalią?

Wychodząc z założenia, że relacjami między państwowymi rządzą ludzie, ci zaś kierują się irracjonalnymi, emocjonalnymi przesłankami, Richardson nie zajmował się indywidualnymi decyzjami przywódców państw czy dowódców. Koncentrował się raczej na psychologii społecznej, cyklach ekonomicznych, czy np. tak nieoczywistych kwestiach, jak długość granic między konkretnymi państwami. Jego pierwsza publikacja na ten temat, „The Mathematical Psychology of War” ukazała się w 1935 r. W tym przypadku Richardsonowi nie udało się wychwycić żadnych istotnych zależności, poza dość ogólnym założeniem, że może istnieć związek między wojną i handlem (w myśli zasady, że wraz z wzrostem poziomu wymiany handlowej, prawdopodobieństwo wojny maleje).

Dalsze badania zajęły Richardsonowi ponad dekadę, a ich zwieńczeniem była książka „Statistics of Deadly Quarrels”. Jako definicję wojny przyjął tu „walkę z udziałem zorganizowanej siły zbrojnej, w trakcie której śmierć poniosło nie mniej niż tysiąc osób”. Wedle tej definicji wyselekcjonował tytułowe „śmiertelne kłótnie” z lat 1815–1945, po czym rozmieścił je na skali logarytmicznej według liczby zabitych. Podobnie jak skala Richtera dla trzęsień ziemi, wykresy Richardsona umożliwiły spojrzenie na wszystkie konflikty – od najmniejszych po największe – jako na pojedyncze zjawisko w jednej skali.

Mimo innowacyjnej metody Richardsonowi nie udało się jednak odszukać jakichkolwiek ogólnych praw. Ogólne wnioski sprowadzały się do stwierdzenia, że ludzkość o wiele częściej doświadcza małych „śmiertelnych kłótni”, które skutkują niewielką liczbą ofiar, niż ogromnych wojen zabijających miliony. Te zaś są co prawda anomaliami, ale mieszczą się w skali i są jak najbardziej możliwe.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Bouthoul: Czy istnieje przepis na trwały pokój?

Dorobek Richardsona okazał się bardzo ważny naukowo. Już w 1937 r. francuski socjolog i ekonomista Gaston Bouthoul postulował powołania dziedziny podejmującej badanie przyczyn wojen oraz analizę ich struktury i dynamiki. Zaproponowana przez niego nazwa – polemologia – wywodzi się z greckiego słowa polemos – wojna.

W rozumieniu Bouthoula ta nowa dziedzina była interdyscyplinarna – czerpała po równo z historii, politologii, demografii, ekonomii, socjologii, nauki o obronności i bezpieczeństwie. Francuz koncentrował się na pytaniu: dlaczego zjawisko wojny się pojawia? Liczył przy tym, że polemologia przybliży nas do znalezienia „przepisu” na trwały pokój, w myśl powiedzenia „jeśli chcesz pokoju, poznaj wojnę”.

Dorobek Bouthoula i Richardsona stał się wstępem do zainicjowanego w 1963 r. na Uniwersytecie Michigan projektu „Correlates of War”. Jego pomysłodawca, politolog J. David Singer, stawiał sobie za cel zebranie jak największej ilości danych na temat zjawisk powiązanych z wojną. To studium – reklamowane jako najambitniejsza próba jej ujęcia statystycznego – posłużyła m.in. do opracowania „syntetycznego wskaźnika narodowych możliwości”, który mierzył wojskowy, przemysłowy i demograficzny potencjał państw. W żaden sposób nie przybliżył on natomiast ludzkości do poznania „wzoru na pokój”.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Ferguson: Czy stan rynków giełdowych prognozuje konflikt?

Wojna tylko pozornie wydaje się zjawiskiem bardzo policzalnym: proste porównanie sił, czyli ludzi i sprzętu walczących stron, mówi wiele o szansach na zwycięstwo. Ale gdy trzeba za pomocą liczb opisać prawdopodobieństwo jej wybuchu lub odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje związek przyczynowo-skutkowy między nią a innym zjawiskiem, powstaje problem. Odpowiedzią miało być połączenie wojen z globalnymi cyklami ekonomicznymi, szczególnie popularne w drugiej połowie XX w.

Klasycznym przykładem tragedii, której nikt nie przewidział była I wojna światowa. Jej wybuch i skala zaskoczyła wszystkich – zarówno bywalców gabinetów rządowych, jak i przedstawicieli światowej finansjery. Brytyjski historyk Niall Ferguson w swojej książce „1914: Why the World Went to War” („1914: Dlaczego świat poszedł na wojnę”), przeanalizował ceny obligacji rządowych przed konfliktem, traktując je jako wystawioną przez ówczesne rynki ocenę prawdopodobieństwa wybuchu wojny. Były one stabilne.

Okazało się, że traktowanie rentowności obligacji jako miernika zagrożenia jest złudne. Ferguson zupełnie nie brał bowiem pod uwagę swoistego znieczulenia rynków na wzrastające napięcie między mocarstwami, wynikające z przeświadczenia, że delikatna współzależność międzynarodowych finansów czyni wojnę niemożliwą.

Klęska sprzężenia praw wojny z prawami gospodarki nie odstraszyła jednak liberalnych ekonomistów od podejmowania kolejnych prób. Po zakończeniu zimnej wojny pojawiły się głosy, że zwycięski pochód wolnego rynku uczyni prowadzenie wojen nieopłacalnymi. Światowej sławy ekonomista Thomas Friedman stwierdził, że z punktu widzenia coraz bardziej zintegrowanego gospodarczo świata, to po prostu zbyt kosztowny anachronizm. A w 1996 r. sformułował pokojową teorię „złotych łuków”, zawierającą się w chwytliwym bon mocie, że „żadne dwa kraje nie rozpoczęły ze sobą wojny, odkąd oba mają restauracją McDonald’s”. Oczywiście był w błędzie, o czym szybko mógł się przekonać. W 1999 r. amerykańskie lotnictwo zbombardowało Belgrad, by zatrzymać ludobójstwo na terenie byłej Jugosławii. Restauracja McDonald’s funkcjonowała w tym mieście już od kilku lat.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Taleb: Czy wojna należy do gatunku zjawisk nieprzewidywalnych?

Liberalni myśliciele nie tracili jednak wigoru i nadal starali się dowieść, że postęp ekonomiczny i rosnąca zamożność społeczeństw czyni wojnę coraz mniej prawdopodobną. Amerykański psycholog i lingwista Steven Pinker w wydanej w 2011 r. książce „Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury”, powołując się na imponującą liczbę wykresów i statystyk, doszedł do wniosku, że żyjemy w najbardziej pokojowym okresie w historii ludzkości. Przekonywał, że z naukowego punktu widzenia liczba ludzi zabitych w konfliktach zbrojnych nieprzerwanie maleje, co przemawia za tym, że nieuchronnie zmierzamy w kierunku świata bez wojen. Decydującą zmienną w tym równaniu był także statystyczny spadek zachowań agresywnych w ogóle: od niewolnictwa, przez morderstwa, po przemoc domową. Wszystko to ma miało zaś być wyrazem triumfu „rewolucji humanitarnej” zapoczątkowanej w dobie Oświecenia. I dowodzić, że wojny są dzisiaj rzadsze oraz mniej krwawe niż w poprzednich epokach.

Z krytyką pracy Pinkera wystąpił Nassim Nicholas Taleb, autor światowego bestsellera „Czarny łabędź”, który jako nastolatek przeżył wojnę w Libanie. Według niego wojna jest zjawiskiem par excellence nieprzewidywalnym, a szczegółowe wyliczenia i tabele zawarte w „Zmierzchu przemocy” są niczym więcej tylko magią liczb. Skupienie się na spadającej liczbie ofiar tradycyjnie rozumianych wojen, z podziałem na dwie strony konfliktu i wskazaniem pola bitwy – mówi Taleb – zamazuje istotę rzeczy, ponieważ nie bierze pod uwagę liczby ofiar wśród cywilów, która statystycznie rzecz biorąc rośnie. Pinker po prostu patrzy na wojnę w bardzo tradycyjny sposób, jako na starcie między dwoma państwami – tymczasem nowoczesne wojny nazywa się „operacjami”, „misjami stabilizacyjnymi”, „rozmieszczeniem wojsk” i coraz częściej biorą w nich udział różnej maści najemnicy i bojówki.

Dla Taleba wojna jest tytułowym „czarnym łabędziem”, zdarzeniem z kategorii nieprzewidywalnych, dlatego też wzbudzającym wielki strach. Istnieją różne mechanizmy, które mają ów strach oswoić: jednym z nich jest poszukiwanie historycznych analogii, inny to próba retrospektywnego racjonalizowania tego co się stało. Nasze mózgi – pisze Taleb – to „cudowne maszyny do wyjaśniania rzeczywistości post factum, które potrafią odnaleźć sens niemal we wszystkim i wygenerować uzasadnienie wszelkiego rodzaju zjawisk, które już się wydarzyły”. Dowodem na to są choćby narracje historyków na temat wybuchu I wojny światowej, którzy pisali (i nadal piszą) o „rosnącym napięciu” i „eskalacji kryzysów” przed 1914 r., co ma sprawiać wrażenie jakoby była ona nieunikniona.

Krajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.WikipediaKrajobrazy frontu zachodniego I wojny światowej.

Natura: Czy wojny są jak lawiny?

Wszystkie dotychczasowe próby nakreślenia popartych naukową wiedzą „praw” wojny zakończyły się niepowodzeniem. Złożona natura tego zjawiska sprawiła, że ostatnimi laty zamiast szukać jednej organizującej zasady bądź wzoru, naukowcy skupili się raczej na wychwytywaniu pewnych podobieństw. Aby określić, na jakiej zasadzie konflikty zbrojne powstają i się rozszerzają, naukowcy z Instytutu w Santa Fe w Nowym Meksyku, przyrównali je np. do lawin i pożarów. Badali dynamikę reakcji kaskadowych w systemach o dużym stopniu złożoności. Wykorzystali w tym celu dane z Armed Conflict Location and Event Data Project dotyczące konfliktów, które zaistniały w Afryce w ciągu ostatnich dwudziestu lat – oraz dorobek Lewisa Fry Richardsona, a przede wszystkim dowiedziony przez niego fakt, że wojna jest systemem skalowalnym (niezależnie od tego, czy konflikty mają wymiar globalny, czy lokalny, istnieją między nimi podobieństwa).

Artykuł na ten temat opublikowano w 2020 r. na łamach szanowanego periodyku „Physical Review”. Wynika z niego, że wojny wykazują podobieństwo do zjawisk fraktalnych – cechuje je powtarzalność w różnych skalach. Jeśli pojedynczy liść jest przeskalowanym drzewem, a kamień przeskalowaną górą, to mały przygraniczny konflikt może przypominać przeskalowaną wojnę światową. Taktyki, operacje, strategie wojskowe, liczba zaangażowanych osób czy wielkość zasobów – wszystko co na pozór wydaje się nieregularne i nieprzewidywalne – w istocie jest większą bądź mniejszą wersją tego samego układu. Zmianie rozmiaru obiektu nie towarzyszy zaś zmiana jakościowa. Zatem wojny są procesem, w którym cele i środki wpływają na siebie nawzajem w różnych skalach czasu i przestrzeni.

Ale jak to wszystko ma się do zjawisk naturalnych? Okazało się, że krzywa przeanalizowanych w badaniu wojen miała stosunkowo płaską trajektorię – budowały się one stopniowo, po czym następował wybuch, który następnie na chwilę przycichał, by za chwilę znów wybuchnąć. Jak z wydmą z piasku o stromych i wysokich zboczach, w wypadku której dodanie choćby kilku ziarenek powoduje lawinę, wtedy wydma się spłaszcza, ale zaraz potem jej zbocza znów wznoszą się ku górze.

Na razie wszystko to ma oczywiście charakter szkicowej hipotezy, która musiałaby zyskać potwierdzenie na podstawie analizy większej liczby konfliktów z różnych części świata. Dzięki metodom ilościowym badania nad naturą wojen niewątpliwie mają szansę odsłonić przed nami ich nieznany wymiar, lecz na razie nie ma podstaw, by sądzić, że jakichkolwiek uniwersalne „prawa” w tym wypadku istnieją i jesteśmy bliscy ich odkrycia. Mimo wszystko pytania o mechanizmy i organizujące zasady będą wracać, dopóty ludzie nie przestaną ze sobą walczyć, a później dochodzić przyczyn, dla których to robili.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną