Reklama
Muzeum Andersena w Odense Muzeum Andersena w Odense Museum Odense / Archiwum
Struktura

Duńczycy specyficznie dbają o zabytki. Nie o wszystkich kartach swojej historii chętnie jednak mówią

Wikingowie: inne spojrzenie
Człowiek

Wikingowie: inne spojrzenie

Do tej pory Skandynawowie kojarzyli nam się wyłącznie z najeźdźcami. Nowe ustalenia archeologów odkrywają nieznane oblicze ludów Północy. [Artykuł także do słuchania]

Konserwatorzy na całym świecie się zastanawiają, czy odbudowywać zniszczone budowle, pozostawiać je jako romantyczne ruiny czy może współczesną architekturą dopisywać do nich kolejne rozdziały, Duńczycy od dawna wybierają tę trzecią możliwość. [Artykuł także do słuchania]

W Roskilde właśnie zaczyna się jedno z ciekawszych przedsięwzięć konserwatorskich w Europie. Pięć wikińskich statków wydobytych z dna fiordu lada moment opuści otwarte w 1969 r. modernistyczne muzeum, ponieważ światło wpadające przez przeszklenia szkodzi zakonserwowanemu drewnu, a stojącemu nad wodą budynkowi coraz bardziej zagrażają sztormy i podnoszący się poziom morza. Już ruszyła przebudowa starej hali, ale ponieważ zdążyła stać się zabytkiem, Duńczycy planują jej unowocześnienie, zachowując 90 proc. betonu i 80 proc. cegieł.

To modelowy przykład duńskiego podejścia do zabytku i przeszłości. Podczas gdy konserwatorzy na całym świecie się zastanawiają, czy odbudowywać zniszczone budowle, pozostawiać je jako romantyczne ruiny czy może współczesną architekturą dopisywać do nich kolejne rozdziały, Duńczycy od dawna wybierają tę trzecią możliwość. To, co dziś robią z Muzeum Łodzi Wikińskich w Roskilde, jest kolejną odsłoną sposobu myślenia o zachowaniu zabytków i o roli przeszłości we współczesnym świecie.

Baśń o ruinie z przyszłością

W połowie XIII w. na granicy Królestwa Danii i księstwa Szlezwiku król Krzysztof I wzniósł Twierdzę Koldinghus. Kilkaset lat była jedną z ważniejszych rezydencji duńskich monarchów, dopóki w marcu 1808 r. stacjonujący na zamku żołnierze nie zaprószyli ognia. W ciągu kilku godzin twierdza zamieniła się w ruinę. Przez 170 lat dyskutowano, co z nią zrobić, aż zdecydowano się na projekt Inger i Johannesa Exnerów, którzy niezwykle udanie pokazali, jak kolejne epoki dopisywały nowe rozdziały do tego miejsca. Dobudowane dębowe schody, stalowe konstrukcje, betonowe stropy i przeszklone galerie nie udają, że są średniowieczne, wkomponowano je jednak w historyczne mury tak, że doskonale widać, gdzie kończy się mur z XIII w. i zaczyna interwencja z końca XX w.

Podejście zwane adaptive reuse ma uzasadnienie ekologiczne, bo adaptacja ruiny wymaga mniej energii i materiałów niż jej wyburzenie i wzniesienie atrapy zabytku. W ten sposób ochrona dziedzictwa łączy się z dbałością o środowisko, co doskonale widać też w Helsingør, gdzie nieczynny dok stoczniowy z lat 50. XX w. zaadaptowano na nowoczesne Muzeum Morskie.

Otwarte w 2013 r. M/S Museet for Søfart zaprojektowała pracownia Bjarke Ingelsa, której udało się odwrócić tradycyjne myślenie o muzeum jako budynku służącym za „opakowanie” dla zbiorów. Tam sam budynek miał opowiadać historię duńskiej żeglugi, dlatego zwiedzający wchodzą łagodną rampą do holu głównego, którego podłoga też delikatnie opada, a półki z muzealnymi gadżetami wiszą na linach niczym wyposażenie okrętu.

Lekki przechył sprawia, że zanim zobaczy się pierwszy eksponat, ciało zaczyna odbierać przestrzeń inaczej. Sale wystawowe rozmieszczone są wokół suchego doku i łączą się przeszklonymi mostkami zawieszonymi nad betonową niecką, co czyni ją najważniejszym eksponatem. Zakopane w ziemi muzeum znajduje się tuż przy Zamku Kronborg, który stanowi dalszą, bardziej klasyczną część opowieści o duńskiej dominacji na morzu.

Choć renesansową twierdzę większość kojarzy jako zamek Hamleta, w którym pada słynne zdanie „Źle się dzieje w państwie duńskim”, w rzeczywistości Szekspir raczej jej nie odwiedził, a władający nią Duńczycy radzili sobie całkiem nieźle. Twierdzę zbudowano nad szeroką na zaledwie 4 km cieśniną Sund, kluczową drogą z Morza Północnego na Bałtyk. Kto ją kontrolował, ten czerpał krociowe zyski z handlu morskiego, tym bardziej że od 1429 r. przepływające nią statki uiszczały cło sundzkie (Øresundstolden).

Wprowadził je Eryk Pomorski – urodzony w Darłowie Bogusław, jako kilkulatek sprowadzony na dwór Małgorzaty I, która po śmierci jedynego syna, następcy tronu, adoptowała krewniaka, zmieniła mu imię i przygotowała go do roli władcy Danii, Norwegii i Szwecji. Po objęciu tronów Eryk/Bogusław popadł w konflikty z możnymi i utracił wszystkie trzy korony, po czym osiadł na Gotlandii i parał się korsarstwem. Zachowane księgi ceł sundzkich są źródłem wiedzy o gospodarce Europy Północnej i dowodzą, że władca ten zapewnił duńskiej monarchii źródło dochodów na kilka wieków. Ostatecznie spoczął jednak w Darłowie, dokąd wrócił w 1449 r., a nie w Roskilde wśród innych duńskich królów.

Muzeum Morskie w HelsingorThijs Wolzak/pulsarMuzeum Morskie w Helsingor

Baśń o wikingach w DNA

W gotyckiej katedrze w Roskilde od XV w. pochowano 39 duńskich monarchów. Choć władze kościelne niechętnie zgadzają się na otwieranie ich grobowców, w 2003 r. zespół genetyka Eske Willersleva przebadał DNA z zębów pierwszych pochowanych tam władców, czyli zmarłego w 1074 r. Swena II oraz kobiety spoczywającej w jednym z filarów prezbiterium. Analizy wykluczyły, żeby była jego matką Estrydą, jak dotąd sądzono. W Roskilde królewska historia zapisana jest w kamieniu i DNA, dzieje zwykłych ludzi epoki wikińskiej są natomiast odczytywane z drewna wydobytych z morza statków. Podczas gdy katedra funkcjonuje głównie jako miejsce pamięci, Muzeum Łodzi Wikińskich od początku było zapleczem badań przeszłości, którą nie tylko chce się zachować, ale i zrozumieć.

W latach 60. XX w. podczas pogłębiania toru wodnego archeolodzy natrafili na pięć wikińskich jednostek zatopionych celowo ok. 1070 r. w najwęższym miejscu fiordu, aby zablokować dostęp wrogiej flocie. W wielu krajach po ich wydobyciu i konserwacji trafiłyby do muzeum, ale Duńczycy założyli w tym miejscu jeden z najważniejszych na świecie ośrodków archeologii eksperymentalnej specjalizujących się w dawnym szkutnictwie i żegludze. Latami analizowali każdy detal wydobytych statków, by zbudować ich pełnowymiarowe repliki, używając tych samych gatunków drewna, narzędzi i technik ciesielskich jak wikińscy szkutnicy. Potem, gdy repliki wypłynęły w morze, badano, ilu ludzi obsługiwało żagle, ile ładunku przewożono, jak szybko i jak daleko można było na nich pływać. Okazało się, że nawet do Ameryki, na co z czasem znaleziono dowody archeologiczne, a teraz i genetyczne.

W 2020 r. zespół Willersleva przeanalizował szczątki 442 osób ze stanowisk wikińskich od Grenlandii po Rosję. Okazało się, że Skandynawia już przed epoką wikingów przyjmowała ludzi z południa i ze wschodu Europy, dlatego jej mieszkańcy nie tworzyli genetycznie jednorodnej populacji i z wikińskim wyposażeniem chowano ludzi o różnych genomach. Jednocześnie się okazało, że mieszkańcy różnych części Skandynawii wyprawiali się „na wiking” (czyli na podbój lub by zakładać faktorie handlowe) w konkretnych kierunkach – ci ze Szwecji parli na wschód i południe Bałtyku, z Norwegii udawali się do Irlandii, Islandii i Grenlandii, a z Danii płynęli głównie do Wielkiej Brytanii.

Eske Willerslev to gwiazda wśród badaczy pradawnego DNA. Już w 2003 r. należał do pionierów odzyskiwania materiału genetycznego z osadów i wiecznej zmarzliny, bez konieczności posiadania kości czy innych szczątków organizmów. Jego zespół wykorzystał DNA zachowane w grenlandzkim lodzie do rekonstrukcji tamtejszego ekosystemu sprzed setek tysięcy lat, a w 2010 r. odczytał pierwszy kompletny genom pradawnego człowieka żyjącego ok. 4 tys. lat temu.

Duńczycy są w doskonałej sytuacji, ponieważ mają do dyspozycji nie tylko tysiące genomów dawnych mieszkańców Europy i zachodniej Azji, lecz także wyjątkowo bogate dane dotyczące współczesnej populacji Danii (biobanki przechowują DNA milionów osób, w tym próbki pobierane od noworodków od lat 80.), co pozwala zestawiać materiał genetyczny współczesny z antycznym i rekonstruować migracje, wymiany ludności oraz śledzić ich konsekwencje.

W 2024 r. Willerslev wykazał np., że część wariantów genetycznych zwiększających ryzyko stwardnienia rozsianego stała się częstsza w północnej Europie wraz z napływem ok. 5 tys. lat temu pasterzy ze stepów pontyjsko-kaspijskich. Dla nich było to korzystne, wzmacniało bowiem odporność na infekcje, ale dziedzictwem jest dziś większa podatność na tę chorobę autoimmunologiczną.

Baśń o przeszłości do przeżycia

Duńczycy zadają przeszłości nowe pytania, również dotyczące takich bohaterów narodowych jak Hans Christian Andersen. Jego muzeum, otwarte w 2021 r. w Odense, bardziej się przeżywa, niż zwiedza. Budynek zaprojektowany przez japońskiego architekta Kengo Kumę powstał, by opowiadać nie tylko o Andersenie, ale przede wszystkim jego językiem.

Z jednej strony jest tu więc historia pisarza, z jego samotnością, kompleksami, nieszczęśliwymi miłościami do kobiet i mężczyzn. Z drugiej – przedstawiono jego baśnie bez disneyowskiego filtra. Nikt nie udaje, że dziewczynka z zapałkami przeżyła, a mała syrenka zdobyła księcia. Okrucieństwo oryginalnych opowieści jest tu obecne, światło, dźwięk i możliwość zabawy eksponatami są po to, by pomóc dzieciom oswoić trudniejsze emocje związane z tym, że miłość bywa niespełniona, cierpienie to część życia, dobro nie zawsze zwycięża i nie ma czegoś takiego jak dziejowa sprawiedliwość. Zwłaszcza w przeszłości.

Podobny sposób myślenia widać w otwartym w czerwcu Egtvedpigens Verden, muzeum poświęconym Dziewczynie z Egtved – jednej z ikon duńskiej archeologii. Nastolatka zmarła ok. 1370 r. p.n.e., a dzięki kwaśnemu środowisku kurhanu zachowały się jej włosy, paznokcie, fragmenty skóry oraz krótka wełniana bluzka i spódnica złożona ze sznurków.

Podobnie jak w Muzeum Morskim w Helsingør najważniejszym eksponatem nie jest tu przedmiot, lecz samo miejsce – tam suchy dok, tutaj krajobraz, w którym 3,4 tys. lat temu pochowano dziewczynę. Zamiast zamykać opowieść w salach wystawowych, rozłożono ją w krajobrazie na pięć części – poświęconych samej dziewczynie, wierzeniom epoki brązu, tajemnicy pochowanego z nią dziecka, dalekim kontaktom oraz życiu mieszkańców ówczesnego Egtved. Twórcy nazywają je „muzeum odwróconym na drugą stronę”, bo zamiast przenosić przeszłość do muzealnego wnętrza, przenieśli muzeum tam, gdzie wydarzyła się historia.

Tym bardziej że historia jego bohaterki wcale nie jest zamknięta. W 2015 r. badacze próbowali odzyskać DNA z jej świetnie zachowanych włosów, ale materiału genetycznego było zbyt mało, więcej informacji przyniosły analizy izotopów strontu z jej zębów, włosów i paznokcia. Początkowo uznano je za dowód, że dziewczyna przybyła do Danii z daleka, być może aż ze Szwarcwaldu, jednak późniejsze badania wykazały, że podobne wartości strontu występują również w okolicach Egtved, co podważyło efektowną rekonstrukcję jej biografii. To kolejny przykład charakterystycznego dla Duńczyków przekonania, że przeszłości trzeba wciąż zadawać nowe pytania i znaleźć współczesny język, którym można o niej opowiedzieć.

Baśń o dobrej Danii

Nie znaczy to jednak, że Duńczycy równie chętnie opowiadają o wszystkich kartach swojej historii. Nie mają problemu z biseksualnością Andersena ani z tym, że pochodzący z Pomorza król Eryk parał się piractwem – takie historie świetnie wpisują się w sympatyczny obraz kraju otwartego, zdystansowanego do siebie i własnej przeszłości.

Gorzej z tym, co uderza w przekonanie, że Dania od dawna jest państwem liberalnym i egalitarnym. Dlatego opowiadano, że choć Dania posiadała karaibskie kolonie i uczestniczyła w handlu niewolnikami, już w 1792 r. jako jedno z pierwszych państw zdecydowała o jego zakazaniu. Nie dodawano, że zakaz wszedł w życie 11 lat później, a niewolnictwo w Duńskich Indiach Zachodnich zniesiono dopiero w 1848 r., i to pod presją buntu zniewolonej ludności. Przez lata też dominowała opowieść o łagodnym kolonializmie i modernizacji Grenlandii, nie wspominano o tysiącach mieszkanek wyspy, którym od lat 60. XX w. zakładano wkładki antykoncepcyjne, często bez ich zgody, za co premier Mette Frederiksen oficjalnie je przeprosiła dopiero w 2025 r.

Wygładzano też pamięć o drugiej wojnie światowej. Dania może być dumna z uratowania niemal całej społeczności duńskich Żydów, których dzięki niezwykłej mobilizacji społeczeństwa przerzucono do neutralnej Szwecji. Ale już mniej bohaterski jest fakt, że po niemieckiej inwazji w 1940 r. kraj skapitulował w ciągu kilku godzin, a przez następne trzy lata rząd i administracja prowadziły politykę współpracy z okupantem. Powojenna opowieść długo eksponowała ruch oporu, spychając kolaborację i kompromisy na dalszy plan. Dziś Duńczycy coraz częściej wracają również do tych mniej chlubnych rozdziałów. Najwyraźniej łatwiej bez kompleksów opowiadać o królach, wikingach i piratach niż o przeszłości na tyle niedawnej, że jej skutki wciąż odczuwają żyjący ludzie.

Baśń o mieście z odzysku

To, co Danii wychodzi doskonale, to łączenie starego z nowym w ekologicznym sosie, dlatego jest jednym z europejskich laboratoriów adaptive reuse, w którym nie chodzi jedynie o ratowanie zabytków, lecz o przekonanie, że najlepszym budulcem przyszłości jest to, co już istnieje.

Ma to ekologiczny wymiar, bo ogromna część śladu węglowego budynku powstaje przy produkcji stali, cementu i szkła oraz przy ich transporcie. Dlatego najambitniejsze kopenhaskie osiedla mieszkaniowe powstają na terenie historycznych założeń: w Carlsberg Byen, gdzie w browarze z 1847 r. zachowano ceglane hale, kominy i bramy, oraz w Nordhavn – dawnym porcie przemysłowym, którego magazyny, silosy, nabrzeża i inne elementy przemysłowej zabudowy wtopiono w nową dzielnicę.

Na pierwszy rzut oka niewiele łączy średniowieczne Koldinghus, suchy dok w Helsingør, Muzeum Andersena, wikińskie statki z Roskilde i dawne browary czy portowe magazyny Kopenhagi. A jednak wszystkie wyrastają z podobnego sposobu myślenia: nie zaczynać od czystej kartki, lecz wykorzystać to, co już istnieje – budynek, ruinę, krajobraz czy wiedzę o przeszłości – i dopisać kolejny rozdział. Bo historia przestaje żyć dopiero wtedy, gdy uznamy, że nie można już zadać jej żadnego nowego pytania. Ale to raczej niemożliwe.

Reklama