Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Człowiek

Trzecia kultura Siwczyka. Béla Tarr: Wyrozumiały Lucyfer

Trzecia kultura Siwczyka. Ryszard Koziołek. Spec od pozytywizmu z uporem do sięgania w marzenia
Człowiek

Trzecia kultura Siwczyka. Ryszard Koziołek. Spec od pozytywizmu z uporem do sięgania w marzenia

Nagle odkryłem, że stawką jego niby lekkiej książki jest walka o prawo do pytań ostrych jak brzytwa, do podawania w wątpliwość statusu naszych poznawczych przyzwyczajeń. [Artykuł także do słuchania]

Wniósł do kina tyleż medytacyjną, silnie kontekstualną, nutę a właściwie suitę rozpaczy, ile stworzył dla niej osnowę w postaci buntu. Bo przecież nie da się jego filmów oglądać bez pragnienia zmiany świata, który referują. [Artykuł także do słuchania]

Z cyklu noworocznych katastrof chyba najbardziej dotkliwą zaliczyłem szóstego stycznia, kiedy odszedł Béla Tarr. Filmowy promotor katastrof wszelakich. Mistrz kina wyzbytego tradycyjnie pojętej akcji. Węgier co się zowie, sceptyk, a jednocześnie człowiek o chyba sercu gołębim. Pedagog, który oddał się nauczaniu kina, które znaczy inaczej niż standardowy seans. Dziś, krótko po śmierci, Tarr zdaje się ulubieńcem portali informacyjnych. Zalicza funeralną jednodniówkę. Można wręcz odnieść wrażenie, że jego filmy są powszechnie oglądane, czego bym sobie oczywiście życzył.

To jakiś porażający zbieg okoliczności, że umarł niemal w dniu urodzin swojego przyjaciela László Krasznohorkaia, świeżo upieczonego noblisty, z którym tworzył jeden z największych tandemów artystycznych w światowym kinie mającym ambicje wielkiej sztuki. Mogę sobie tylko wyobrazić, co czuje teraz Krasznohorkai, dostarczyciel literackich materiałów wyjściowych dla arcydzieł w rodzaju „Szatańskiego tanga”, do którego nie będzie już dwojga.

***

Tarr odszedł w wieku siedemdziesięciu lat. Na ostatnich zdjęciach wygląda na Matuzalema. I jestem przekonany, że co, jak co, ale ze trzy jego filmy będą wieść żywot wieczny. Skądinąd nakręcone zostały właśnie „przeciwko” czasowi, radykalnie wystawiły widza na percepcyjną próbę ognia. Oczywiście mam na myśli „Potępienie”, „Sátátango” i „Konia turyńskiego”. Te obrazy bronią godności kina jako narzędzia oporu wobec pauperyzacji, jakie je spotyka zawsze, kiedy chcemy w nim widzieć rozrywkę, te dwie godziny ucieczki od realności, jakieś panaceum na znój życia, w które zostaliśmy wrzuceni, a które sala kinowa obiecuje na moment zawiesić. Tarr na powrót odzyskał dla widza życie w kinie i zrobił to faktycznie „po całości” filmowej formy, która nie bierze jeńców w niekończących się ujęciach – dajmy na to, jak w „Koniu turyńskim”, gotowania i jedzenia ziemniaków.

Po tym filmie reżyser zadeklarował, że kończy z kręceniem filmów i w tej decyzji był morderczo konsekwentny. Miała ona w sobie coś z etycznej surowości, tak jakby Tarr dotarł do ściany własnego języka filmowego, który swoją oryginalnością bije na głowę wszystko, co przed i po nim.

Każdy z jego filmów wieszczy zresztą pewien kres możliwości opowiadania historii, wobec których autor „Ludzi z prefabrykatów” zawsze był nieufny. Uważał, że każda historia jest taka sama, że na dobrą sprawę nie ma o czym mówić, że ostatecznie liczy się ożywiona materia, która pod postacią zmęczonych ludzi, trwa w egzystencji zbolałej, wystawionej na razy zimnego wiatru. W permanentnym zamgleniu brodzi w błocie świata rozlicznych manipulacji, wyzysku, podłości politycznej i miłosnej obsceny, by skończyć w barze „Titanik” jak w kongenialnym „Potępieniu”, które ustawiło mi Tarra jako koryfeusza filozoficznej deziluzji.

***

Pierwszy raz widziałem ten obraz chyba na dużej retrospektywie, którą zorganizował Roman Gutek w Cieszynie, podczas festiwalu Nowe Horyzonty. Tarr przyjechał wtedy do Polski. Był mniej więcej w moim obecnym wieku, wydawał mi się już wtedy stary. Z grupą przyjaciół podeszliśmy do niego – siedział w knajpie z Romanem, który nas przedstawił. Ten jeden uścisk dłoni pamiętam do dziś. Tarr miał niesamowicie łagodne oczy skryte w diabolicznej twarzy. Robił wrażenie wyrozumiałego Lucyfera, kogoś, kto przenicował człowieczy los, wywracając wielki gmach metafizyki spowijającej nasze dni w melancholijnej obietnicy istnienia innego niż wcinanie ziemniaków porządku. A jednocześnie oglądanie jego filmów, przy całym bólu egzystencjalnym, przynosiło mi jakiś rodzaj dziwnej ulgi współuczestniczenia w końcu świata, który na dobrą sprawę ustanawia swój sens w błahości metafizycznych lęków. W ich miejsce Tarr wstawia po prostu wspólnotę – jak pisał poeta Philip Larkin, inny śledziennik i apostata – „mniej oszukanych”. W postapokaliptycznych pejzażach jego filmów możemy paradoksalnie odnaleźć siebie nawzajem, potępionych organików, rzuconych na kolana na wysypisku śmieci historii, w gruzach odszczekujących się agresywnemu psu, jak w miażdżącej, finałowej scenie „Potępienia”.

Béla Tarr tyleż wniósł do kina medytacyjną, silnie kontekstualną, nutę a właściwie suitę rozpaczy, ile stworzył dla niej osnowę w postaci buntu. Bo przecież nie da się jego filmów oglądać bez pragnienia zmiany świata, który referują. I chyba w roli pedagoga buntu świetnie Tarr odnalazł się w założonej przez siebie Film Factory w Sarajewie, gdzie wspierał młodych, niezależnych bez pardonu atakując konformizm światowego przemysłu filmowego.

Miał cudownie niewyparzony język, co pięknie wyszło na niektórych zapisach rozmów, które łatwo odnaleźć w sieci. Jedna, umieszczona pod adresem DAFilms, zdaje mi się instruktażowa dla tych, którzy kiedyś sięgną po kamerę, żeby zmierzyć się ze swoim końcami światów. Podczas tzw. masterclass w roku 2023 powiedział: „Wiesz, kiedy zaczynałem, miałem szesnaście lat. Najważniejsze jest jednak to, że kiedy masz szesnaście lat, jesteś pełen gniewu, nienawidzisz tego pieprzonego społeczeństwa i chcesz zmienić świat. Jeśli nie chcesz zmieniać świata, jesteś pieprzonym konformistą”. Cóż, ten artystyczny program Tarr spełnił z nawiązką.

***

Wtedy w Cieszynie był jeszcze przed nakręceniem „Konia turyńskiego”, być może najbardziej angażującego emocjonalnie i intelektualnie filmu, jaki zrobił. (Jak powszechnie przyjęto, epizod z okładanym batem przez woźnicę koniem, przyczynił się wiele lat wcześniej do poważnego pogorszenia stanu zdrowia psychicznego Fridricha Nietzschego, który w tymże Turynie próbował ująć się za cierpiącym zwierzęciem, tuląc się do niego i płacząc. Później wielki filozof już niczego nie napisał). Tarr, portretując ludzką „gehennę z ziemniakami”, śledząc losy woźnicy i jego córki, doprowadza widza niemal do szaleństwa empatii. Trudno bowiem na tym filmie pozostać obojętnym wobec cierpienia tych ludzi, którymi się okazujemy. Prowadzona właściwie bez dialogów historia, odprowadza również za rękę w ciemności, które czają się już poza filmowym kadrem. Tam, gdzie, daj Bóg, da się usłyszeć przynajmniej końskie rżenie. Skoro Bóg umarł, jak zadekretował autor „Narodzin tragedii”, musi nam wystarczyć jak na razie ta, którą przeżywamy między gotowaniem a spożyciem ziemniaków. Być może to jedyny, uczciwy głód metafizyczny, który da się zaspokoić sztuką. Akurat dzieła, które pozostawił po sobie Béla Tarr, wykarmić mogą całą ludzkość.

Reklama