Koniec społeczeństwa, rozpad jednostki. Nie jesteśmy w Polsce wyjątkowi, ale przeżywamy to po swojemu
Jednym ze skutków pandemii Covid-19 okazał się gwałtowny wzrost popytu na psychoterapię. Potrzebie tej towarzyszy powszechne przekonanie, że usługę taką powinno finansować państwo. Dziesiątki artykułów i analiz ujawniły, jak dramatycznie wygląda w Polsce opieka psychiatryczna, zwłaszcza osób młodych. Dyskusja o dostępie do psychoterapii w dużej mierze z kolei została zdominowana przez walkę o kontrolę lukratywnego rynku poprzez sposób licencjonowania osób uprawnionych do świadczenia usług.
„Dostęp do terapii zdecydowanie zdystansował takie zadania państwa, jak tworzenie warunków sprzyjających rodzeniu się dzieci, zapewnienie możliwości mieszkania tym, których na to nie stać, zapewnienie minimum warunków życia bezrobotnym czy zapewnienie każdemu pracy” – można przeczytać w raporcie z badań społecznych Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadury.
Oczywiście państwo takich oczekiwań spełnić nie da rady. Z popytem próbuje więc sobie poradzić rosnący rynek usług terapeutycznych. Jeśli popatrzeć na polskie społeczeństwo z perspektywy statystyk prób samobójczych i samobójstw, odsłoni się zdumiewający, ponury obraz. W 2017 r. liczba prób samobójczych wśród osób do 18. roku życia sięgnęła 730, w 2021 – już 1496, w 2023 – 2139. W całej populacji nastąpił wzrost z 8575 zgłoszonych przypadków prób samobójczych w 2013 r. do 15 133 w 2023. Sprawa nie dotyczy jednak jedynie kondycji psychicznej mieszkańców Polski. Podobne doniesienia płyną z innych krajów. Co podpowiada socjologom, że problem nie jest indywidualny, lecz chore jest całe społeczeństwo: cierpi na anomię i osłabienie więzi, na których opierały się relacje solidarności i struktury zbiorowego wsparcia w trudnych sytuacjach. To szczególnie odbija się na ludziach młodych.
Czytaj też (Polityka): Stan psychiczny młodych Polaków. To, co kiedyś trapiło dziesięć osób, dziś skupia się w jednej
Samotność i anomia
Dobry wgląd dają tu wyniki badania „Stan młodych” ogłoszonego na początku roku przez Fundację Ważne Sprawy i Fundację More in Common Polska. Ujawniają, że aż 81 proc. osób w wieku 18–30 lat doświadcza samotności, a tylko 13 proc. nie miało z tym problemu. Na pytanie, jak radzą sobie w sytuacjach kryzysowych, 68 proc. mówi o przekonaniu, że muszą liczyć na siebie i najbliższych. Na pomoc instytucji państwa liczy 32 proc. Najbliższa im instytucja publiczna, szkoła, zdaniem blisko połowy nie zapewnia wsparcia w trudnych sytuacjach życiowych, tylko 34 proc. jest odmiennego zdania.
Podczas dyskusji nad tymi badaniami w Fundacji im. Stefana Batorego mocno przebijał się temat trudności nawiązywania relacji romantycznych w młodym pokoleniu, a więc najważniejszych, bo decydujących o powstawaniu trwałych związków i rodzin. Schemat „dorośleję, zakochuję się, biorę ślub i zakładam rodzinę, której żywotność wyrażają kolejne rodzące się dzieci”, przestał obowiązywać. Jeszcze w 2014 r. zawarto w Polsce ok. 190 tys. małżeństw i urodziło się 375 tys. dzieci. Rok 2024 to 135 tys. małżeństw i 252 tys. urodzonych dzieci. Choć oczywiście związek między relacją małżeństwa a posiadaniem potomstwa jest też coraz słabszy i coraz więcej dzieci rodzi się w związkach nieformalnych (w 2024 r. było to ok. 30 proc.). O coraz większych trudnościach w tworzeniu relacji romantycznych i związków opartych na miłości opowiadał socjolog Tomasz Szlendak w rozmowie z Joanną Podgórską.
Konsekwencje indywidualizacji
Dominującym procesem charakteryzującym całą epokę nowoczesną jest indywidualizacja, czyli uniezależnianie się jednostek spod dominacji struktur społecznych. Człowiek w epoce feudalnej poprzez rodzinę przynależał do konkretnego stanu, co z kolei określało jego miejsce na Ziemi (najczęściej dosłownie, z przypisaniem do ziemi i pana). O jego indywidualnej kondycji decydowała kondycja społeczna – z takimi aspektami jak możliwość miłości włącznie. Nowoczesność zrujnowała ten uporządkowany schemat. Procesy modernizacji gospodarczej umożliwiły emancypację jednostki, która zyskała narzędzia do realizacji własnej autonomii i ubiegania się o podmiotowość.
Skutkiem długiego procesu nowoczesności i związanej z nią indywidualizacji były kolejne rewolucje polityczne i społeczne, stawiające jednostkę w centrum jako indywidualnego posiadacza praw ludzkich i obywatelskich. Upadek komunizmu w 1989 r. podpowiadał optymistom, że modernizacyjny proces dopełnił się – jednostka wygrała, uwalniając się z ostatnich złogów opresyjnego systemu, jakim był realny radziecki socjalizm. Nastał kres historii, czyli epoka demokracji liberalnej jako uznanego przez wszystkich optymalnego systemu politycznego i związany z nią wolnorynkowy kapitalizm jako najlepszy ustrój społeczno-gospodarczy.
Czytaj też (Polityka): Sam jak Polak. Samotność to już „nowa normalność”, związek i rodzina przed tym nie chronią
Koniec końca historii
Zwolennicy koncepcji końca historii nie dostrzegli, że raz uruchomione procesy emancypacyjne i indywidualizacyjne nie mają zamiaru się zatrzymać. Jednostka uzbrajana w kolejne narzędzia wolności, tym razem głównie pochodzące ze świata technologii cyfrowych, zaczęła wyzwalać się nie tylko spod kontroli struktur społecznych, ale i instytucji odpowiedzialnych za organizację życia społecznego. Państwo wraz ze swym aparatem pełniące funkcję „żelaznej klatki racjonalności”, czegoś w rodzaju komputera odpowiedzialnego za rozwiązywanie problemów i zarządzanie społeczne w oparciu o procedury i instytucje, zyskało konkurenta.
Kanadyjski badacz cyfrowego społeczeństwa sieciowego Barry Wellman nazwał tego konkurenta społecznym systemem operacyjnym. Mieszkaniec współczesności coraz więcej spraw załatwia za pośrednictwem cyfrowych sieci i serwisów. Staje się indywidualistą, ale usieciowionym. Z jednej strony może dzięki technologicznemu wzmocnieniu lepiej realizować swoje plany, pozyskując i koordynując niezbędne zasoby. Jednocześnie stopniowo wyzwala się spod kontroli nowoczesnego państwa, które ciągle tkwi w zardzewiałej już klatce proceduralnej racjonalności. I usieciowiony indywidualista odkrywa, jeśli jest spostrzegawczy, że osaczają go algorytmy – racjonalność podporządkowana logice maksymalizacji zysku i akumulacji kapitału przez korporacje, takie jak Meta/Facebook, Google, X i wiele innych.
Niby wszystko inne działa, jak działało, instytucje publiczne ciągle posługują się pieczątkami przystawianymi do dokumentów opisujących status mieszkańca w danym momencie. Jednak opisane już wcześniej trendy pokazują, że coraz częściej odkrywamy iluzoryczność dotychczasowych „twardych” reguł. Małżeństwo potwierdzone wizytą w urzędzie stanu cywilnego? Kiedyś rzeczywiście był to akt niezbędny, fundujący powstanie nowej komórki społecznej. Dziś raczej zachętą do formalizacji jest nacisk rodziców, sentyment, ale nie strukturalna potrzeba wynikająca z powszechnej społecznej presji.
Wirtualizacja
Innym polem przemian jest kultura. Badanie przeprowadzone w grudniu 2024 r. z inicjatywy ministry kultury Hanny Wróblewskiej pokazało, że ponad 70 proc. osób na co dzień korzysta z kultury wyłącznie za pośrednictwem urządzeń elektronicznych. W gronie osób w wieku 18–24 lat ten odsetek wzrasta do 93 proc. Co nie oznacza, że maleje zainteresowanie formami kultury „ucieleśnionej”, wymagającej obecności – przeciwnie, intensywność praktyk cyfrowych sprzyja intensywności praktyk realnych. Tylko że jedne i drugie kontrolowane są w coraz mniejszym stopniu przez instytucje, a w coraz większym przez społeczny system operacyjny cyfrowych sieci.
Z przemianą tą mierzyło się i mierzy wielu badaczy. Wielokrotnie relacjonowaliśmy ich prace na łamach „Polityki”. Należy przywołać Alaina Touraine’a, nieżyjącego już wielkiego socjologa francuskiego. W 2013 r. doszedł do wniosku, że musi zamknąć wcześniejszy, 60-letni okres pracy i uznać, że kilkadziesiąt powstałych wówczas dzieł nadaje się co najwyżej do archiwum. A to dlatego, że przedmiot, którym się zajmował – społeczeństwo – już nie istnieje („La société n’existe plus”). Stwierdzenie to rozwinął do książki „La fin des sociétes” (Koniec społeczeństw).
Touraine nie przeczy, że przetrwały formy życia społecznego – ciągle jesteśmy razem, potrafimy podejmować działania zbiorowe. Tyle tylko, że motywy do tych działań nie mają swojego źródła w poczuciu przynależności do większych struktur społecznych będących źródłem przynajmniej części indywidualnej tożsamości. Są więc dziś pracownicy i robotnicy, ale nie tworzą już klasy robotniczej zdolnej do łączenia w zbiorowy podmiot polityczny.
Czytaj też (Polityka): Epidemia samotności: droga i zatrważająca. Rozwiązania leżą na ulicy. Dosłownie
Ja – nowy podmiot
Touraine upatrywał źródeł tego rozpadu struktur społecznych w presji współczesnego kapitału finansowego, który wyemancypował się spod wszelkiej kontroli. Podporządkował sobie rzeczywistość, uzyskał możliwość zarządzania zindywidualizowanym i coraz bardziej zatomizowanym, nieistniejącym społeczeństwem. Francuski myśliciel próbował być optymistą, licząc, że nowy podmiot – jednostka/osoba – będzie gotowy do tworzenia nowych relacji i form życia zbiorowego opartych na solidarności. Nie dostrzegł tego, co od lat twierdziła izraelska socjolożka Eva Illouz. Nastąpił rozpad nowoczesnych form koordynacji społecznej opartych na idei solidarności, czyli zdolności do współdzielenia trudu i odpowiedzialności za całość z ludźmi, których nigdy się nie pozna, ale uznaje za należących do tej całości.
Do życia zbiorowego wkroczyły emocje, solidarność oddała pole empatii. Proces ten w zaskakujący z pozoru sposób uchwycił Przemysław Czapliński, literaturoznawca z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W książce „Rozbieżne emancypacje. Przewodnik po prozie 1976–2020” omawia około tysiąca polskich dzieł literackich. Jak zwykle nie ogranicza się do analizy literaturoznawczej, lecz na podstawie lektury wyciąga głębokie wnioski socjologiczne. A te pokrywają się z rozpoznaniem Touraine’a i Illouz. Emancypacja ustępuje w Polsce przed terapią. Polki i Polaków łączy poczucie różnych traum, które lepiej poddać terapii, niż czynić z niej temat narodowych opowieści.
Koniec wszystkiego
Nie jesteśmy w Polsce wyjątkowi, ale przeżywamy koniec społeczeństwa na swój polski sposób. Inni też mają podobne problemy. Carlo Bordoni, współpracownik Zygmunta Baumana, już po śmierci swojego mistrza napisał w 2022 r. książkę „Post-Society”. Bogatszy o doświadczenie pandemii domknął w niej tezy Touraine’a. Wymuszona izolacja i dystans społeczny, jeszcze większa wirtualizacja relacji i poczucie niepewności, jakie niosło pandemiczne zagrożenie, kończą proces społecznej rekonstrukcji. Jego zwieńczeniem ma być społeczeństwo dywiduów – „Society of Dividuals”. To tytuł najnowszej, jeszcze nieopublikowanej książki Bordoniego.
Z innych publikacji autora zrozumieć można główną tezę – wirtualizacja i oddanie się w zarząd społecznemu systemowi operacyjnemu oznacza nie tylko rozpad społeczeństwa jako autonomicznej całości. Kolejny etap to także rozpad jednostek – indywiduów – na dywidua, obiekty o wielu tożsamościach kreowanych w przestrzeni tworzonej dziś przez połączenie rzeczywistości materialnej i cyfrowej.
W wymiarze cyfrowym jednostka traci swoją integralność, wyraża się w zależności od kontekstu jako różny zbiór danych: kim innym jest jako użytkownik Facebooka, kim innym jako pracownik korporacji, wykorzystujący do kreowania swojego ja serwis LinkedIn, jeszcze inaczej jawi się specjalistom od marketingu, próbującym na podstawie dostępnych danych zrekonstruować użyteczny profil takiej osoby, który można będzie zaoferować jako potencjalnego konsumenta, partnera do związku intymnego lub wyborcę.
Trudno się dziwić, że nie tylko konserwatyści są zaniepokojeni takim kierunkiem przemian społecznych. Iluzją jest, co pokazuje wspomniany Tomasz Szlendak, przeciwstawianie się im przez obronę „tradycyjnych” wartości metodami przymusu prawnego i politycznego. Można tkwić przy tradycyjnej definicji rodziny, nie zatrzyma to jednak procesu indywidualizacji i dywiduacji, bo te wynikają z przemian makrostrukturalnych. Ich pierwotnym źródłem jest współczesny kapitalizm, a nie lewactwo czy – jak twierdzą konserwatyści – marksizm kulturowy.