„Wiedza i Życie”: Okno na świat powstałe z głodu, braku i ogromnej potrzeby edukacji
Dowiedz się więcej
We wrześniu 1910 r. w Wilnie ukazała się jednodniówka „Wiedza i Życie”. Wydał ją Tadeusz Rechniewski – socjalista, zesłaniec syberyjski, jeden z organizatorów Uniwersytetu dla Wszystkich i redaktor związanych z nim pism, regularnie zamykanych przez cesarskie władze. Sposobem na oszukanie cenzury były nieustające zmiany tytułów – gdy znikła „Wiedza”, pojawiało się „Światło”, a potem „Nowe Życie”. Ta ciuciubabka z zaborcą była dla wydawcy walką o „zbliżenie między wiedzą i życiem”, które – jak sądził – jest jedną z najpilniejszych potrzeb społecznych. Rechniewski był przekonany, że znajomość praw przyrody czy ekonomii nie powinna być cechą wyłącznie akademii i salonów, tylko narzędziem zmiany i fundamentem wolności.
Ekscentrycy od faktów
„Wiedza i Życie” nie pojawiła się w próżni. Europa i Ameryka Północna przeżywały okres, w którym zamknięta dotąd w aulach uniwersytetów nauka wyszła na ulicę. Za oceanem od 1845 r. „Scientific American” (jego polska wersja „Świat Nauki” jest również wydawana przez POLITYKĘ SKA) tłumaczył wszystkim, na czym polega ewolucja i jak stal oraz para zmieniają życie; w Londynie od 1869 r. robiło to „Nature”, a we Francji cztery lata później zaczęła się ukazywać bogato ilustrowana „La Nature”. Powstawały towarzystwa naukowe, które powoływały do życia własne periodyki.
Polska była pod zaborami, ale we Lwowie już w 1876 r. Polskie Towarzystwo Przyrodników im. Kopernika zaczęło wydawać „Kosmos”, a w Warszawie od 1882 r. zaczął wychodzić „Wszechświat” – założony przez wychowanków Szkoły Głównej. Bolesław Prus nazywał ich ekscentrykami dopłacającymi do interesu, byle tylko budzić w ziomkach „zmysł do natury i wiedzy”. Podobny cel postawiła sobie „Wiedza i Życie”. O ile jednak na Zachodzie proces powstawania pism o nauce był zazwyczaj wynikiem rosnącego bogactwa oraz istnienia stabilnych instytucji, nad Wisłą rodziła się z głodu, braku i ogromnej potrzeby edukacji.
Gdy w marcu 1926 r. „Wiedza i Życie” zaczęła ukazywać się jako regularny miesięcznik, Polska była państwem młodym, biednym, ale ambitnym. Redaktor naczelny Janusz Jędrzejewicz zapowiadał, że pismo będzie „specjalną opieką otaczać samouków”. To słowo – samouk – brzmi dziś archaicznie, ale wtedy było programem cywilizacyjnym. Kraj, który wyszedł z zaborów, miał poważny problem z analfabetyzmem i potrzebował przewodników. Dlatego już pierwszy numer był małym kompendium nowoczesności. Obszerny reportaż z sensacyjnego odkopania grobu Tutanchamona zaspokajał ciekawość, ale tekst o walce z chorobami zakaźnymi był w kraju szalejącego tyfusu i gruźlicy instruktażem przetrwania. W innych artykułach analizowano mechanizmy marzeń sennych i zastanawiano się nad rozumem zwierząt, co było świeże i odważne. A zainteresowani kosmosem mogli zbudować sobie lunetę z tektury. Doniesienia ze świata nauki miały być dostępne, łatwe w odbiorze i namacalne.
W kolejnych latach miesięcznik stał się oknem na świat. Opowiadał o radioodbiornikach kryształkowych, demokratyzujących informację. Drukowano teksty o higienie i owadach roznoszących zarazki, gdy kultura sanitarna dopiero się rodziła. Uczono, jak rozumieć budżet państwa i czym są pożyczki publiczne. Jednocześnie pismo było lustrem epoki, dlatego w latach 30. pojawiały się w nim teksty o szkodliwej maskulinizacji kobiet w nauce. Wówczas był to główny nurt publicznej debaty, dziś oburzający i zaprzeczający światowym trendom.
Nauka uwikłana
Po wojnie uwikłanie stało się systemowe. W 1948 r. wydawcą zostało Towarzystwo Wiedzy Powszechnej, a dwa lata później pierwszy numer otwierał kilkunastostronicowy tekst o Stalinie jako „wodzu bloku pokoju”. Nauka miała służyć budowie socjalizmu, choć w tekstach wyraźna była wielka fascynacja postępem – po kilku stronach propagandy można było przeczytać szczegółowy opis projektu atomowego parowozu, pisano też o „mózgach elektronowych” i biologii komórki. „Wiedza i Życie” może i pełniła funkcję domowego uniwersytetu, ale miała ograniczenia – niemal przemilczała np. lądowanie człowieka na Księżycu w 1969 r., ponieważ był to sukces amerykańskiej, a nie bratniej nauki.
„Wiedza i Życie” miała też swój epizod opozycyjny, kiedy na przełomie lat 70. i 80. redakcja była konspiracyjnym zapleczem organizacyjnym Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Dyskutowano tam o problemach politycznych, społecznych i gospodarczych Polski i o jej naprawie.
Pismo z kolejnych kryzysów wyciągał upór ludzi, którzy w naukę wierzyli bardziej niż w systemy polityczne. Poza czasem drugiej wojny światowej, kiedy wstrzymano jego wydawanie, prawdziwy test przetrwania przyszedł w latach 80. – Kiedy trafiłam do redakcji, było to pismo cienkie, czarno-białe, na papierze gazetowym. Dominowały tematy społeczne i kulturalne oraz porady prawne. Nauki nie było prawie wcale – wspomina Joanna Zimakowska.
Koncern RSW rozważał likwidację tytułu jako nierentownego. Zimakowska z byłymi kolegami z „Życia Warszawy” – Janem Rurańskim i Andrzejem Gorzymem – postanowili uratować pismo. Redakcje, które założyły spółdzielnię dziennikarską, mogły ubiegać się o przejęcie tytułu. I tak „Wiedza i Życie” stała się własnością ludzi, którzy pod starym tytułem przekształcili miesięcznik w kolorowy magazyn o nauce. Jako jeden z pierwszych w Polsce był w całości składany komputerowo. – To na naszych łamach Alek Bartnik, profesor fizyki, prowadził elementarny kurs obsługi e-maila i korzystania z internetu – wspomina Andrzej Gorzym.
Wiedza: reaktywacja
Miesięcznik, który w nowej odsłonie wyszedł w styczniu 1989 r., czytano na potęgę. Przyczynił się do tego nie tylko wolny rynek, ale też zjawisko dziś trudne do wyobrażenia: nauka w atrakcyjnym wydaniu okazała się pożądanym towarem. Wydany przez spółdzielnię na kredowym papierze „Atlas zwierząt świata”, którym bukiniści handlowali z łóżek polowych, rozszedł się w prawie 200 tys. egzemplarzy, a głodni wiedzy i zachodnich standardów Polacy wywindowali nakłady pisma do 180 tys. egzemplarzy.
Wolny rynek okazał się polem minowym. Kilka chybionych decyzji inwestycyjnych sprawiło, że spółdzielnia znalazła się pod ścianą. Gdy w 1991 r. widmo zniknięcia z rynku stało się realne, dr Mieczysław Prószyński, astrofizyk, który budował swoje wydawnictwo, przejął „Wiedzę i Życie” nie tylko jako biznesmen, ale też popularyzator. Miesięcznik znów rozkwitł i zaangażował się w organizację takich imprez jak Festiwal Nauki i Piknik Naukowy. Na jedną z nich w 1998 r. udało się sprowadzić z NASA kawałek skały Księżyca z misji Apollo 15. Andrzej Gorzym wspomina: – „Teleexpress” ogłosił, że ten kamień wart jest ponoć 5 mln dol., więc zatrudniliśmy dwóch uzbrojonych ochroniarzy, a na noc woziliśmy go do bankowego sejfu.
„Wiedza i Życie” stała się drogowskazem dla zainteresowanych nauką. Ankieta z tamtego okresu wykazała, że aż 90 proc. studentów prestiżowych Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim wychowywało się na lekturze miesięcznika. Dzięki Radzie Naukowej, w której skład wchodzili rozpoznawalni badacze, czytelnik miał gwarancję jakości wiedzy. – Pisywali do nas biolog prof. Leszek Kuźnicki, fizycy prof. Andrzej Kajetan Wróblewski i prof. Łukasz Turski, genetyczki prof. Magdalena Fikus oraz prof. Ewa Bartnik. Prof. Jerzy Vetulani prowokował esejami o mózgu, a prof. Michał Różyczka prowadził rubrykę astronomiczną. Wielu wertowało kolejne numery, szukając artykułów o dinozaurach paleontologa Karola Sabatha – przypomina Andrzej Gorzym, ówczesny naczelny. Ambicją redakcji było wprowadzanie najnowszych osiągnięć nauki pod strzechy, dlatego do zadań redaktorów należało przekształcanie hermetycznych tekstów w przystępniejsze dla czytelnika.
Początek XXI w. przyniósł zmianę cywilizacyjną – czytelnicy, zwłaszcza ci młodsi, zaczęli masowo emigrować do internetu. Wiedza, dawniej elitarna i reglamentowana, nagle stała się darmowa, szybka i podawana w formie krótkich, często powierzchownych newsów. Tradycyjne pismo popularnonaukowe stanęło przed konkurencją darmowej Wikipedii i YouTube’a. Choć szata graficzna „Wiedzy i Życia” piękniała, a artykuły trzymały poziom, ekonomiczna rzeczywistość była nieubłagana. Spadek sprzedaży i zmieniające się nawyki czytelnicze sprawiły, że wydawca podjął trudną decyzję o rozstaniu z tytułem. We wrześniu 2020 r. miesięcznik trafił do portfolio POLITYKI, co uznaliśmy za najbardziej naturalny sojusz – w końcu od dekad tłumaczymy meandry życia politycznego i społecznego, a bez zrozumienia zmian w nauce ten obraz jest niepełny.
Ewolucja zdumienia
W pierwszym historycznym numerze z 1926 r. redaktorzy postawili odważne pytanie: „Ileż jest prawd, których dziś nie przeczuwamy nawet w marzeniach sennych, a które będą zdobyczą dopiero naszych wnuków?”. Przeglądanie roczników pisma pokazuje, że niemal co dekadę zmieniały się naukowe mody i trendy, które wpływały na masową wyobraźnię i obiecywały nową erę ludzkości. Od zainteresowania archeologią po odkryciu grobu Tutanchamona, przez zachłyśnięcie się światem technologii, po fascynację atomem i podbojem kosmosu. Najciekawszy był jednak moment, gdy „marzenia senne” zaczęły stawać się codziennością.
Kiedy w latach 80. „Wiedza i Życie” jako pierwsza w polskiej prasie popularnej donosiła o klonowaniu, brzmiało to jak czysta fantastyka naukowa. Redakcja pisała o in vitro, gdy w Polsce nie istniał jeszcze język publicznej debaty bioetycznej, i tłumaczyła genetykę molekularną, zanim ta stała się medialnym skrótem. To, co pozostaje niezmienne od stu lat, to owa „ewolucja zdumienia”. Przed wojną dziwiliśmy się, że głos można przesłać kablem; my dziwimy się, że algorytm potrafi imitować ludzką inteligencję. Cały czas też nasza wiedza o świecie się zmienia, więc to, co w jednym roczniku ogłaszano przełomem, w kolejnym bywało już tylko przypisem. Wyjaśnianie, jak zmiany wpisane są w rozwój nauki, pozostaje jednym z większych wyzwań dla jej popularyzatorów.
Sto lat temu największą barierą były analfabetyzm i brak środków masowego przekazu. Dziś wyzwaniem jest nadmiar. Kiedyś problemem był niedostatek wiedzy, potem jej zideologizowanie, dziś – rozproszenie. Autorytet przestał wynikać z marki instytucji czy tytułu naukowego, zaczął z zasięgu i algorytmicznej popularności. Czy w świecie, w którym każdy może mówić o nauce, ktoś jeszcze chce słuchać uważnie, co ma do powiedzenia?
Epoka algorytmów
Gdy spoglądamy na „Wiedzę i Życie” po stu latach, widać, że misja Jędrzejewicza („opieka nad samoukami”) zyskała zupełnie nowy kontekst. Dziś, gdy informacja nas osacza, tracimy umiejętność odróżniania ziarna od plew. W świecie zdominowanym przez sztuczną inteligencję, która potrafi wygenerować odpowiedź na każde pytanie w ułamku sekundy, pismo popularnonaukowe staje przed największym wyzwaniem w swojej historii.
Olga Orzyłowska-Śliwińska, obecna redaktorka naczelna, nazywa rzeczy po imieniu: – AI kradnie owoce dziennikarskiej pracy, żeruje na twórczości artystów, dlatego w redakcji świadomie pomijamy obrazy generowane przez algorytmy. Nie chcemy uczestniczyć w tym procederze. Walka o rzetelność przeniosła się na pole bitwy z „halucynacjami” maszyn, internetową dezinformacją i pseudonaukowymi „fake newsami”. W takim świecie redakcja staje się ostatnim filtrem sensu.
To filtrowanie bywa jednak zajęciem wysokiego ryzyka, bo nauka, choć aspiruje do obiektywizmu, coraz częściej staje się polem zaciekłych wojen kulturowych. Paradoksalnie, to nie skomplikowane wzory fizyczne budzą największe emocje, ale ideologiczne okopy, w których lądują tematy szczepionek, klimatu czy ewolucji. – Kiedyś „Wiedza i Życie” miała trafić do szkół jako zalecana prenumerata, ale pojawiły się problemy, bo nie promowała wartości chrześcijańskich. Ja z kolei dostałam maila z zarzutami, że składając czytelnikom życzenia z okazji Bożego Narodzenia, napisałam tylko „wesołych świąt” – mówi naczelna. Hejt i niezrozumienie potrafią uderzyć z najmniej oczekiwanej strony: od czytelniczki oskarżającej o demoralizację młodzieży fragmentem kobiecej piersi na wiekowej pocztówce, po oburzenie za stwierdzenie, że skoro dzielimy wspólnego małpiego przodka ze współczesnymi szympansami, to musimy się pogodzić z faktem, skąd pochodzimy. To pokazuje, że edukacja potrzebna jest nie mniej niż 100 lat temu.
Najtrudniejszym zadaniem pozostaje tłumaczenie złożoności świata, niedające się zastąpić algorytmem. – Często spotykałam się z tym, że naukowcy nie umieją wytłumaczyć własnej dziedziny. Zakładają, że wszystko jest proste, a gdy wskazuję im zagmatwane fragmenty, nie potrafią ich uprościć – przyznaje naczelna. Rozwiązaniem jest „złoty środek”: naukowiec z darem narracji lub dociekliwy dziennikarz, który nie boi się drążyć. Tylko takie osoby stworzą tekst, który nie oszukuje czytelnika płytką sensacją, ale też nie zniechęca go hermetycznym murem terminologii.
Czy w świecie suplementów diety, płaskoziemców, antyszczepionkowców i populizmu „Wiedza” jest nam jeszcze potrzebna, by mądrzej żyć? Według Olgi Orzyłowskiej-Śliwińskiej mądry człowiek zawsze szuka źródła: – Warto poszerzać wiedzę, żeby nikt nas nie oszukiwał. Żeby nie dawać się łapać na obietnice bez pokrycia.
„Wiedza i Życie” po stu latach nie jest już tylko pismem. Jest treningiem krytycznego myślenia (w naszym wydawnictwie także częścią nowoczesnego portalu popularnonaukowego pulsar: projektpulsar.pl). Jej historia nie sprowadza się do opowieści o przetrwaniu jednego tytułu prasowego. To kronika nieustannej walki o to, byśmy nie stracili z oczu faktów. Bo choć w epoce algorytmów odpowiedzi mamy na wyciągnięcie ręki, to umiejętność zadawania krytycznych pytań pozostaje naszą jedyną linią obrony. Cel pisma na kolejne 100 lat powinien pozostawać taki sam: działać niczym filtr, który pozwala odróżnić wiedzę od ideologicznego lub cyfrowego złudzenia.