Reklama
Poławiacze gąbek nurkujący w Morzu Egejskim (fresk z Akrotiri na Santorynie, ok. XVII w. p.n.e.). Poławiacze gąbek nurkujący w Morzu Egejskim (fresk z Akrotiri na Santorynie, ok. XVII w. p.n.e.). Wiimedia / Archiwum
Człowiek

Bartosz Kontny: Człowiek od tysięcy lat sprawdza, na jak długo można zniknąć pod wodą

Koreańskie haenyeo: ostatnie strażniczki oceanu
Człowiek

Koreańskie haenyeo: ostatnie strażniczki oceanu

Wyspa Jeju słynie ze skał, wiatru i poławiaczek haenyeo. Pracują do osiemdziesiątki, codziennie nurkując na bezdechu na głębokość 20 m. Nic dziwnego, że ich ciała są niezwykłe. [Artykuł także do słuchania]

Starożytni nurkowali bez sprzętu po gąbki, perły i skarby. Jakimi technikami się posługiwali? Opowiada archeolog i nurek prof. Bartosz Kontny z Uniwersytetu Warszawskiego. [Artykuł także do słuchania]

Prof. Bartosz KontnyLeszek Zych/PolitykaProf. Bartosz Kontny
Prof. Bartosz Kontny (ur. 1971 r.) z Uniwersytetu Warszawskiego – archeolog podwodny, bronioznawca i badacz okresu wpływów rzymskich na terenach Barbaricum. Autor licznych publikacji, m.in. książki „Archeologia wojny”. Płetwonurek (instruktor KDP/CMAS), który łączy badania nad przeszłością z własnym doświadczeniem pracy pod wodą.

AGNIESZKA KRZEMIŃSKA: – Czy ludzie w pradziejach często nurkowali?
BARTOSZ KONTNY: – Człowiek od zawsze wiedział, że jeśli nabierze powietrza, może na chwilę zniknąć pod wodą. I od tysięcy lat sprawdza, jak długo ta chwila może trwać. U nas nurkowano zapewne zarówno w jeziorach i rzekach, jak i u wybrzeży Bałtyku, by zamontować pułapki na ryby, wydobyć zatopioną dłubankę czy ranne zwierzę, np. upolowaną fokę. W ciepłych morzach komfort termiczny był większy, nurkowano zatem częściej i głębiej, głównie po gąbki i owoce morza, jak uchowce, jeżowce, skorupiaki czy ośmiornice, ale też w poszukiwaniu skarbów, w tym naturalnych pereł.

W eposie o Gilgameszu z końca III tys. p.n.e. główny bohater nurkuje w pierwotnych wodach Apsu po roślinę dającą młodość. W Zatoce Perskiej jednak naprawdę poławiano perły, a w Morzu Śródziemnym – gąbki, koralowce i ślimaki, z których pozyskiwano królewską purpurę.
Najstarsza gąbka w kontekście archeologicznym liczy blisko 6,5 tys. lat i pochodzi z predynastycznego Egiptu. Drapieżne szkarłatniki wydobywano ponad 4 tys. lat temu. A najstarsza perła, ze stanowiska na wyspie Marawah w emiracie Abu Zabi, ma nawet 7,8 tys. lat. Trochę młodsze perły i muszle perłopławów znane są też z Mezopotamii, co tłumaczy obecność w sumeryjskim słowa ńińri, czyli nurkować. Stąd zapis prawny z kodeksu Hammurabiego, regulujący wydobycie przez flisaków z dna rzek zatopionych łodzi, czy właśnie wspomniany epizod z eposu o Gilgameszu.

Czytamy w nim, że bohater użył ciężarków, by zejść na dno. Czy znamy stosowane w pradziejach techniki nurkowe?
Arystoteles wspomina, że nurkowie wynurzali się co pewien czas niczym delfiny, ale też, że niektórzy z nich korzystali z urządzenia do oddychania pod wodą. Może chodziło o fajkę oddechową? Nie mogła ona jednak być zbyt długa, bo zaczerpnięcie powietrza z głębokości większej niż 40 cm wymaga pokonania różnicy ciśnień przekraczającej możliwości mięśni klatki piersiowej przeciętnego człowieka.

Ponadto wydychane powietrze pozostawałoby wewnątrz rurki, co oznacza, że z każdym kolejnym wdechem rosłoby w niej stężenie dwutlenku węgla. Z tych powodów na pewno nie używano żadnych kapturów, z których wychodziły na powierzchnię długie, skórzane węże.

Plutarch, Pliniusz Starszy i grecki poeta Oppian (II w.) pisali, że poławiacze gąbek przed zanurzeniem wypełniali usta oliwą, którą wypluwali w wodzie, dzięki czemu poprawiała się widoczność. Rzeczywiście?
Naukowcy odnosili się do tej kwestii rzadko. Jedynie w 2021 r. turecki archeolog, chemik oraz fizyk stwierdzili, że warstwa oliwy na powierzchni wody może wygładzać fale i sprawiać, że światło załamuje się bardziej równolegle, poprawiając widoczność dna z powierzchni. Tyle że opisy starożytnych odnosiły się do nurków, więc postanowiłem to sprawdzić podczas badań w grudniu 2025 r. w porcie Ptolemais w Libii.

Pomimo że zanurzałem się i wypluwałem oliwę na różne sposoby, używałem różnych jej rodzajów, a nawet przykładałem dłoń do oczu, spodziewając się, że oleista emulsja będzie lepiej załamywać światło, nie objawiła się żadna jasność czy snop światła. Każdy eksperyment kończył się konstatacją, że kuliste drobiny oliwy przemieszczają się ku powierzchni – poza tymi, które pokrywały moją twarz i brwi. Na tafli wody nie tworzyło się przy tym żadne „okienko” ułatwiające spojrzenie w głębinę. Może starożytni nurkowie wykształcili lepszą akomodację, jak Mokenowie, „morscy nomadzi” z Tajlandii, u których pod wodą ekstremalnie zwężają się źrenice. Nie wiem jednak, jak miała im w lepszym widzeniu pod wodą pomagać oliwa.

Może stosowano ją w innym celu?
Może, ale też dawna oliwa mogła mieć inne parametry albo stosowano technikę pozbywania się jej, której nie opanowałem. Możliwe też, że zimowe słońce zbyt nisko operowało podczas moich prób. Starożytni jednak często powielali nieprawdziwe historie, by ubarwić opowieść, więc nie należy wierzyć ani w wielogodzinne zanurzenia, ani w kaptury z wężem do nurkowania czy w przebijanie nozdrzy i błon bębenkowych, by wyrównywać ciśnienie w uchu środkowym. Zapewne żaden piszący o tych technikach autor nigdy sam się nie zanurzył. To samo dotyczy zresztą ogromnej większości współczesnych komentatorów zajmujących się historią nurkowania.

Pan starał się zweryfikować kwestię oliwy, a dwaj archeolodzy – Hakan Öniz i Ahmet Denker – stwierdzili, że do schodzenia na dno służyły nurkom obręcze z kamienia lub ołowiu, znalezione u południowych wybrzeży Turcji.
Według nich antyczni nurkowie wskakiwali głową w dół, mając w dłoni lub na ramieniu obciążnik. Biorąc pod uwagę opisy starożytne oraz analogie etnograficzne, sądzić można, że śmiałków zabezpieczano liną przewiązaną w talii. Na dnie odcinano nożami urobek, który trafiał do sakw na szyi lub przy pasku, a następnie nurek pociągał za linę, by pomocnik wyciągnął go na powierzchnię.

Mam trzy wątpliwości co do szczegółów technicznych, dotyczących zastosowania pierścieniowatych obciążników. Trudno pracować pod wodą z uwiązaną ręką, a przecież kosztowna obręcz też była raczej zabezpieczona liną. Poważnym zagrożeniem jest w takim wypadku splątanie dwóch lin. A co najważniejsze – lepiej zanurzać się nogami do dołu. W takiej pozycji skutecznie wyrównuje się ciśnienie w uchu, co uzyskuje się przeważnie poprzez zaciskanie palcami płatków nosa i wydmuchiwanie przez nie powietrza. Można wówczas stanąć na obręczy, a dołączoną do niej linę trzymać w zagięciu łokcia – i ma się wolne ręce. Poza tym w tej pozycji to nie głowa uderza w niespodziewane przeszkody.

A co z dzwonami nurkowymi, o których także pisze Arystoteles?
Na pewno je znano, ale skala zastosowania jest trudna do oszacowania. Wszystko zależało od wielkości – im były większe, tym większą wyporność miało zamknięte w nich powietrze i trzeba było użyć większego ciężaru, by je zanurzyć i zrównoważyć siłę wyporu. Być może genialny Archimedes byłby w stanie zbudować taki dzwon, ale najsłynniejsze wzmianki o jego użyciu są baśniowe. Według tzw. Pseudo-Kallistenesa Aleksander Wielki podczas oblężenia Tyru w 332 r. p.n.e. zanurzył się w szklanej beczce lub dzwonie na dno oceanu, gdzie przez wiele dni obserwował stworzenia morskie. Niewykluczone, że to dalekie echo rzeczywistych wydarzeń, kiedy władca dokonywał inspekcji działań nurków macedońskich podczas oblężenia fenickiego miasta. Ci jednak raczej pływali z fajkami oddechowymi lub nurkowali na bezdechu, a nie w dzwonach.

Czy tę umiejętność ceniono?
Myślę, że w tym fachu zawsze nieźle się zarabiało, bo łowienie pereł lub ślimaków do produkcji purpury czy wydobywanie skarbów to był intratny biznes. Prawo rodyjskie regulowało, jaka część wyciągniętych z wraków towarów należy się nurkowi. Jeśli znajdowały się poniżej 90 stóp (27,4 m – przyp. red.), zatrzymywał nawet połowę. Według Herodota Skyllias ze Skione wyciągnął z wraków floty perskiej mnóstwo kosztowności dla króla Kserksesa, ale nie otrzymał zapłaty. W zemście przeciął liny kotwiczne i uciekł do Artemizjum, pokonując pod wodą 80 stadiów, co odpowiada kilkunastu kilometrom, więc nie jest możliwe. Z napisu na steli z Ostii z połowy II w. wiemy, że rzymscy nurkowie urinatores tworzyli gildie, a z innej inskrypcji – że nurkowie zawarli sojusz z rybakami, zapewne po to, by wspólnie decydować o cenach owoców morza.

Czyżby łacińska nazwa urinatores miała jakiś związek z sikaniem?
Według jednych wzięła się od czasownika urinari, czyli „być zanurzonym w wodzie”, ale za Johnem Peterem Olesonem uważam, że termin może nawiązywać do oddawania moczu. Podczas schodzenia na dno występuje zjawisko diurezy zanurzeniowej, skutkujące zwiększoną produkcją uryny przez organizm, więc każdy nurek musi w pewnym momencie opróżnić pęcherz.

Etymologia nie miała wpływu na to, że nurkowie byli poszukiwanymi specjalistami, pomagającymi przy pracach podwodnych w portach czy podczas konfliktów zbrojnych.
W trakcie wojny peloponeskiej (w latach 431–404 p.n.e.), jak o tym wspomina Tukidydes, wykorzystywali ich Spartanie podczas oblężenia na wyspie Sfakteria, a ateńscy nurkowie uszkadzali wbite przez syrakuzańskie wojsko pale, które miały uniemożliwić wpłynięcie do portu. Pauzaniasz pisze natomiast o wspomnianym już Skylliasie, że wraz z córką Hydną pod osłoną nocy dopłynął do miejsca, gdzie flota Kserksesa schroniła się przed sztormem, i poprzecinał liny okrętów, co pozwoliło Grekom wygrać pod Artemizjum w 480 r. p.n.e. Uznano ich za bohaterów i wystawiono w Delfach posągi, więc wygląda na to, że mamy tu do czynienia z postaciami historycznymi, a tym samym jedynymi starożytnymi nurkami znanymi z imienia.

Czyli kobiety w Grecji też mogły nurkować?
Tak, ale zapewne było im trudniej, a według Pauzaniasza musiały to być dziewice.

Inaczej niż w Japonii, gdzie wśród poławiaczy pereł ama były kobiety, czy w Korei, gdzie po owoce morza haenyeo nurkowały wyłącznie one. Był to jednak fach trudny, przypłacany chorobami związanymi z wychłodzeniem.
Gdy długo nurkowałem zimą w Libii, pomimo że miałem piankę, po trzech godzinach byłem solidnie wymęczony i zmarznięty. A myślę, że starożytni nurkowie spędzali w wodzie mniej więcej tyle czasu.

Jak głęboko byli w stanie zejść i jak długo potrafili wytrzymać pod wodą?
Dzisiejsze rekordy w konkurencjach rozgrywanych mniej więcej zgodnie z dawnymi realiami sięgają ponad 100 m. Tyle że antyczni nurkowie najprawdopodobniej nie zanurzali się tak głęboko. Nie dlatego, że nie umieli (część zapewne mogła osiągać nawet takie wyniki), tylko dlatego, że mieli do wykonania pracę. Sądzę, że docierali do 30–40 m. Mniej więcej do tej głębokości sięgają bowiem promienie słoneczne w stopniu umożliwiającym obserwację dna bez masek nurkowych, a było to jedyne źródło światła, jakim dysponowali. Przypuszczalnie, podobnie jak ama, haenyeo czy polinezyjscy nurkowie, wytrzymywali na bezdechu 2–4 min – to wystarcza, by rozejrzeć się, znaleźć gąbkę, odciąć ją, włożyć do sakwy i wypłynąć. Później wyrównywano oddech, odpoczywano i znów nurkowano.

Gdy koreańskie nurkinie się wynurzają, z ich ust wydobywa się gwizd, może antyczni nurkowie też tak robili?
Chodzi o oczyszczenie płuc z dwutlenku węgla przed kolejnym zanurzeniem. Może to być przeciągły gwizd, przyspieszone lub bardzo długie wdechy i wydechy aż do rozkasłania, z twarzą zanurzoną w wodzie, co jest moją ulubioną techniką. Nie trzeba tu jednak przesadzić, bo może to doprowadzić do omdlenia.

W antyku nurkowie ze sobą rywalizowali?
Na pewno ci najbardziej utalentowani budzili podziw, więc myślę, że była między nimi jakaś rywalizacja – ale nie o to, kto głębiej zejdzie, bo to było trudno sprawdzić, tylko o to, kto więcej wyłowi. W XIX i na początku XX w. konkurencja między tureckimi, włoskimi i greckimi poławiaczami gąbek (nurkującymi w skafandrach) była olbrzymia, czasami na śmierć i życie.

Czy teksty wspominają o lękach przed niebezpieczeństwami czyhającymi w morskich głębinach?
Tak. Najbardziej obawiano się rekinów, które zwano „morskimi psami”. Pliniusz Starszy twierdził, że są najniebezpieczniejsze przy samej powierzchni, więc podczas powolnego wyciągania nurek powinien odpędzać drapieżnika nożem, a później zwinąć się w kłębek, żeby towarzysze mogli gwałtownie podjąć go z wody, jednocześnie odpychając drapieżnika harpunami. Elian na przełomie II i III w. zalecał natomiast malowanie dłoni i stóp na czarno, co miało utrudnić rekinowi dostrzeżenie pływającego.

Za kolejne zagrożenie uważano ośmiornice i wielkie muszle przydaczni, ponieważ bano się, że mogą uciąć nogę lub rękę. Choć zdarzały się nieliczne przypadki uwięzienia kończyny przez pokrywy wielkiego małża, ani one, ani ośmiornice, ani nawet rekiny nie stanowiły aż tak poważnego zagrożenia. W rzeczywistości najczęstszymi przyczynami śmierci były utonięcie wywołane uderzeniem w przeszkodę czy omdleniem, skrajne wyczerpanie, zachłyśnięcie czy ciężka hipotermia.

A o chorobie ciśnieniowej pisano?
Nie, bo lekarze nie mieli szans, żeby ją zaobserwować. Jednak nurkowie polinezyjscy, pomimo że nie oddychają sprężonym powietrzem, zapadają na postać choroby ciśnieniowej zwaną taravana. Dochodzi do niej wskutek kumulacji azotu w organizmie podczas wielokrotnych głębokich zejść. Objawia się nagłym zamroczeniem, utratą orientacji, bełkotliwą mową i problemami z koordynacją, a w skrajnych przypadkach paraliżem.

Czy nurka można rozpoznać po szczątkach kostnych?
Niektóre zmiany wywołane chorobą ciśnieniową mogą manifestować się na kościach u wielorybów, te jednak schodzą na głębokość nawet 3 km. Czy byłoby zatem możliwe stwierdzenie takich zmian u nurków z Polinezji, nie wiem, a dopiero gdyby rezultaty były pozytywne, można byłoby poszukać takich zmian w starożytnych szkieletach z grobów u wybrzeży Grecji czy Rzymu. Może wówczas udałoby się zidentyfikować jakiegoś antycznego nurka? Niestety, jest to tylko pobożne życzenie, bo o ile wiem, nikt dotychczas nie podjął się takich badań. A co więcej, starożytni bardzo często praktykowali ciałopalenie.

ROZMAWIAŁA AGNIESZKA KRZEMIŃSKA

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną