Gargulce lub chimery na katedrze Notre Dame w Paryżu. Gargulce lub chimery na katedrze Notre Dame w Paryżu. Shutterstock
Opinie

Alla bolognese

Dlaczego zaczynam ten odcinek od pochwały uzdolnień bolończyków. Zgadnijcie, gdzie książę Bonnie Charlie spędził najlepsze lata wygnania? Gdzież byście się udali na jego miejscu, szukając intelektualnej pogawędki, towarzystwa eleganckich kobiet i sposobności do pofolgowania sobie w jedzeniu i piciu?

Muszę wyznać, że żywię ogromny sentyment do Bolonii. Nie dość, że ma jeden z najstarszych w Europie uniwersytetów i chyba najelegantsze kobiety na tej planecie, to na dodatek jest również stolicą smakoszy w znanej nam części Wszechświata. A posiliwszy się tortellini alla panna, możesz tam delektować się innym równie doskonałym, odbierającym mowę dziełem: biegnącą w poprzek posadzki miejscowej katedry wspaniałą mosiężną li-nią południka.

Ułożył ją gdzieś w 1668 roku Gian Domenico Cassini, najznakomitszy ówczesny astronom. Tak głośny, że sam Jean-Baptiste Colbert, prawa ręka Ludwika XIV, złożył mu propozycję nie do odrzucenia: objęcia kierownictwa nowo powstałego Obserwatorium Paryskiego. W konsekwencji Cassini uczestniczył w wielkim francuskim przedsięwzięciu ustalania kształtu Ziemi (nie wiedziano wówczas, że jest ona spłaszczona na biegunach).

Colbertowi ta wiedza była potrzebna, by organizowana przezeń marynarka wojenna mogła — w zależności od położenia okrętu na otwartych morzach świata — odpowiednio przeliczać wysokości kątowe gwiazd (inne w przypadku Ziemi spłaszczonej na biegunach, a inne w przypadku kulistej). Dzięki temu Francuzi potrafiliby lepiej nawigować. I panować na morzach. A kto wie, czy nie spłataliby Anglikom psikusa, przenosząc najważniejszy południk z Greenwich do Paryża. Niefortunnie dla ich amour propre nie znali prawdziwego kształtu Ziemi — z tego to powodu piszę ten odcinek w strefie czasowej Greenwich.

Owe szwindle astronomiczne były istotne w wielkim planie Colberta — uczynienia Francji supermocarstwem handlowym. Obejmował on również ulgi celne dla wszystkich zainteresowanych żeglowaniem (doskonalszym już, jak się spodziewano) do egzotycznych krain i przywożeniem stamtąd luksusowych towarów konsumpcyjnych. W nadziei, że ów handel stanie się francuskim monopolem, przynoszącym kupę szmalu królowi i krajowi. No, powiedzmy — królowi.

Był jeszcze inny nader kuszący sposób, by całkowicie zgodnie z prawem zostać zwolnionym z cła: rabunkowa eksploatacja Senegalu w zachodniej Afryce. Niebawem wszyscy korsarze zaczęli zwozić stamtąd ładunki złota, kości słoniowej, niewolników i gumy. Guma senegalska okazała się dokładnie tym, czego potrzebowano do wyrobu drukowanych maszynowo perkalików (podówczas bzika w modzie europejskiej, rodem z Indii). Umożliwiła nadawanie tkaninom trwałych kolorów. W połowie XVIII wieku pewien Irlandczyk nazwiskiem Francis Nixon opanował metodę błyskawicznego i taniego drukowania na na perkalu dowolnego deseniu. Wyłaczał w tym celu wzory na miedzianych walcach, które pokrywał farbą i przepuszczał pomiędzy nimi tkaninę bawełnianą. Wynaleziony przez niego sposób znakomicie nadawał się do wyrobu zasłon i narzut.

Do roku 1818 Jacob Perkins z Newburyport w stanie Massachusetts wprowadził w metodzie Nixona parę ulepszeń i udał się do Bank of England w Londynie, by ten powierzył mu druk banknotów o zawiłych wzorach, niemożliwych — jak utrzymywał — do podrobienia. Bank zareagował niezwłocznie i już po 18 latach zaakceptował propozycję. (Działo się to przecież w Anglii.) W cztery lata później Perkins ostatecznie zdystansował rywali, załapując się na posadę producenta „Czarnego Pensa”, pierwszego w dziejach znaczka pocztowego.

Czarny Pens (Penny Black), czyli pierwszy samoprzylepny znaczek pocztowy, jaki widział świat.domena publicznaCzarny Pens (Penny Black), czyli pierwszy samoprzylepny znaczek pocztowy, jaki widział świat.

Ludzie biznesu natychmiast kupili ów ekscytujący pomysł, by porozumiewać się za pomocą listów w zaklejonych kopertach. Dzięki wprowadzeniu znaczków w Szwajcarii Berno stało się w 1874 roku siedzibą Światowego Związku Pocztowego, a społeczność międzynarodowa dokonała podziału przesyłek pocztowych na trzy kategorie: listy, paczki i najświeższą nowość zwaną pocztówką. Niektóre ilustracje z pierwszych widokówek wyszły spod piórka Phila Maya, brytyjskiego karykaturzysty, który wielce się zasłużył jako współpracownik rzutkiego magazynu satyrycznego Punch. Pismo to nie zamierzało drukować rysunków, ale splot okoliczności stworzył jedną z takich okazji, o jakich marzą wydawcy. Otóż kiedy mąż królowej Wiktorii, książę Albert, miał podjąć decyzję w sprawie fresków w przebudowanych jako XIX-wieczna imitacja gotyku salach Parlamentu, to, co podobało się najbardziej Jego Królewskiej Wysokości, było do tego stopnia niedorzeczne, że pozostał tylko jeden sposób powstrzymania go: publikacja tych malunków. To poskutkowało.

Ale nawet Punch nie zdołał zapobiec powrotowi do gotyku. Odwiedzając Wielką Brytanię, zwróć uwagę na liczne XIX-wieczne kościoły, które wyposażono w gargulce rynnowe i lampy gazowe. Formy gotyckie były tańsze od neoklasycznych, toteż wiktoriańscy komisarze od budowy kościołów zatwierdzili budowę ponad 500 takich katedr. ”w błędny, jak sądzę, nawrót do średniowiecznego szaleństwa nazywamy dziś romantyzmem. Jego heroldem (znowu średniowiecze!) był młody filozof niemiecki Johann G. Herder, zagorzały zwolennik zjednoczenia rodzaju ludzkiego, miłośnik natury, germańskich pieśni ludowych oraz oszołomstwa z gatunku Sturm und Drang, słowem — epickiego podejścia do życia, tyle że wedle naszych pojęć... stanowczo przesadnego!

Inspiracją dla Herdera był zbiór wierszy celtyckich irlandzkiego poety-wojownika z III wieku, Osjana, które stały się głośne w Niemczech pod koniec XVIII stulecia. Podbiły nie tylko Herdera, ale i Europę. Romantycy słyszeli w ich strofach silne i nieskażone odczucia ludzi prymitywnych. I one zapoczątkowały romantyzm. Takie bywają przyczyny wielkich historycznych przełomów.

Pech chciał, że te poematy okazały się fałszerstwem. Ich „odkrywca”, średniej klasy poeta szkocki James Macpherson, złożył parę ballad zasłyszanych podczas podróży po Szkocji oraz własne wiersze i przedstawił je jako przekład celtyckich oryginałów sprzed półtora tysiąca lat. W ten sposób przyczynił się do obdarowania nas romantyzmem, któremu zawdzięczamy patologię i radio (szerzej na ten temat w innym odcinku). Czemu ktoś taki jak Macpherson zajmował się głównie polowaniem na dawne ballady? Może dlatego, że przyszłość szkockiej kultury wyglądała wówczas niewesoło.

Już od 1715 roku katoliccy Stuartowie zbrojenie rościli pretensje do tronu Anglii, na którym zasiadali protestanccy Niemcy, wywołując powstania. Cała Szkocja pełna była angielskich żołnierzy. I zupełnie serio wieszano wówczas za takie rzeczy jak klany, tartany czy mówienie miejscową gwarą. Anglicy dodali nawet do swego hymnu zwrotkę nawołującą do „zmiażdżenia buntowniczych Szkotów”!

Sprawy sięgnęły szczytu w 1745 roku, kiedy ostatni Stuart, książę Bonnie Charlie, Młodszy Pretendent, zapuścił się ze swą „krwiożerczą bandą morderców” (wedle innej interpretacji „grupą dzielnych patriotów”) głęboko na południe aż po Derby, co spowodowało spadek kursu funta. Robienie bajzlu z Bank of England — tego już było za wiele! Trzeba było z tym skończyć. I tak się stało. Książę po przegranej bitwie zmuszony został do udania się za morze, na kontynent. Do dziś na tę pamiątkę romantyczni Szkoci wznoszą toast „za króla za morzem”.

I na koniec wyjaśnienie, dlaczego zacząłem ten odcinek od pochwały uzdolnień bolończyków. Zgadnijcie, gdzie Charlie spędził najlepsze lata wygnania? Gdzież byście się udali na jego miejscu, szukając intelektualnej pogawędki, towarzystwa eleganckich kobiet i sposobności do pofolgowania sobie w jedzeniu i piciu (wskutek czego książę w końcu wyzionął ducha)? Jakkolwiek byście to rozpatrywali, nie było wyboru — tylko do Bolonii!

Tłumaczył
Bolesław Orłowski


***

Komentarz ukazał się w „Scientific American” w październiku 1996 r.

Reklama

Reklama