Rosyjscy osadnicy w kazachskich stepach, początek XX w. Rosyjscy osadnicy w kazachskich stepach, początek XX w. Archiwum Akmolińskiego Obozu Żon Zdrajców Ojczyzny (AŁŻIR) w Kazachstanie / pulsar
Opinie

Wielkorus z toporem w ręku

Władze w Moskwie chcą wycinać lasy w Ukrainie i sprzedawać drewno, żeby sfinansować dokonywane tam zbrodnie. Taki pomysł doskonale wpisuje się w charakterystyczny dla Rosji schemat działania: przychodzimy, niszczymy i idziemy niszczyć gdzie indziej.

W zalewie informacji z zaatakowanej przez Rosję Ukrainy przemknęła i ta: ukraiński wywiad ujawnił, że oto minister obrony narodowej Federacji Rosyjskiej Siergiej Szojgu zwraca się do Władymira Putina z prośbą o zgodę na wyrąb ukraińskich lasów na terenach kontrolowanych przez armię. Po co? Bo w lasach kryją się partyzanci? Nie. Bo jak podczas Wojny Kaukaskiej w XIX w. inaczej nie daje się zdobyć terenu? Także nie. Środki uzyskane z wyrębu mają być przeznaczone na cele „obronne”. Krótko mówiąc swołocz chce sprzedać trochę drzewa, żeby sfinansować kolejne rzezie miejscowej ludności. Pytanie, jakie we mnie się rodzi, nie dotyczy jednak tej konkretnej sprawy, ale wpisanego w rosyjską kulturę „genu niszczenia”.

Tak, wiem, nóż otwiera się w kieszeni, ale będzie kulturalnie. Nie zacznę od wymachiwania Kadłubkiem, że „Rusini to barbarzyńcy, tchórze, łupieżcy i grabieżcy” itd. Nie sięgnę też po XIX-wieczne teorie Franciszka Duchińskiego. Ów urodzony na Ukrainie w spolonizowanej rodzinie ukraińskiej „Aryjczyk” przekonywał na francuskich salonach, że cywilizacja rosyjska nosi w sobie element „turański”. Niedługo później zaś zrusyfikowani Ukraińcy, trzon ruchu eurazjatyckiego, twierdzić będą z kolei, że cały obszar od Karpat po Pacyfik to jedna wielka i niepodzielna kraina, mistyczny organizm „rosyjskiego lądu”. No nie, panowie. W żadnym razie. Co za pomysł w ogóle! Dlaczego, jak już ktoś coś na tej Ukrainie (jeszcze „na” nie „w”) wymyślił, to musiał tak od razu „jechać po bandzie”? Tak, Ukraina nie znosiła jeszcze wtedy „symetryzmu”, siedzenia okrakiem. Widać za bardzo wyczuwało się tu granicę dwóch światów. Musiałeś być albo z jednymi, albo z drugimi, tertium non datur. Trzeba było się od tamtych wyraźnie odróżnić. Zostawmy wszystkie te napuszone teorie i uwznioślone banialuki sprzed stu lat i więcej, że tam „wschód”, „Azja”, Bizancjum, a tu łacińskość, że jak poskrobiesz Rosjanina, to ci Tatarzyn wyjdzie itd. Najważniejsze sa fakty, jak mawiał inspektor Clouseau. A zatem krótki kurs historii gospodarczej.

Do XVI w. na terenie centralnej Rosji głównym sposobem uprawy pozostawała metoda wypaleniskowa. Co kilka lat na miejscu wypalonego lasu gleba jałowiała i ludzie przenosili się w inne miejsce. Można to za Richardem Pipesem podsumować krótkim stwierdzeniem: „Ekstensywny, bardzo marnotrwany charakter rosyjskiego rolnictwa i potrzeba nowych ziem, które zastąpiłyby grunty wyjałowione zbyt intensywną uprawą i zbyt słabym nawożeniem, zmuszały Rosjan do ciągłego marszu naprzód, poza granice kraju”. Dosadniej ujmuje sprawę nasz Jan Kucharzewski:

„Nie tworzyć, nie uprawiać, nie użyźniać upartym trudem tego, co moje, lecz sięgać po to, co obce, co uprawione cudzym trudem. (...) Lud bez oświaty i bez kultury, bez poczucia prawa (...) rzucający z wielką łatwością siedzibę ojców i wedrujący gdzieś daleko, gdzie podobno ma być lepiej, znajdujący się w jakimś okresie przejściowym między koczownictwem a osiadłością”.

No dobrze, jakiś postęp? Tak, miejsce metody wypaleniskowej stopniowo zajmie i panować będzie niepodzielnie aż do XX w. mało wydajna trójpolówka. Jedna trzecia ziemi leży odłogiem. Ogromne przestrzenie, ziemi uprawnej mało, a gąb do wyżywienia dużo. Za premierostwa Stołypina (tego co to wołał, żeby dać Rosji 20 lat spokoju, a sami zobaczycie), masy bezrolnego chłopstwa ruszyły więc kolonizować Syberię i kazachskie stepy. Obserwował swym fachowym okiem ten wielki ruch ludzki znany ekonomista, statystyk i specjalista od polityki przesiedleńczej późnego caratu Aleksander Kaufman:

„Wiadomo, że Wielkorusom i Małorusom jako kolonizatorom przypisuje się te albo inne zalety, ale kiedy sprawy zahaczą o spełnienie jakiejkolwiek społecznej powinności, to i jedni i drudzy stają się Azjatami – mogą rozkoszować się życiem, kiedy wkoło panuje straszny smród (…), albo moknąć na deszczu, czy też drżeć z zimna, kiedy mają dosłownie dwa kroki do dziewiczego lasu… Nic ich nie obchodzi los współtowarzyszy niedoli: czy będzie ktoś mieszkać po ich odejściu w tym miejscu, które zabrudzili, albo w tej jurcie, z której ukradli wojłoki – o tym nikt nie myśli… Spróbujcie ich zmusić do wyczyszczenia obozu, albo przekonać, że chorzy na skórę wymagają izolacji – usłyszycie tylko głupie gadanie, że po co?, że nie trzeba…”.

Drogi Aleksandrze Arkadiewiczu, odpieprzcie się wy wreszcie do cholery od tych „Małorusów”! Po pierwsze to nie żadni „Małorusi”, tylko Ukraińcy, po drugie oni właśnie nie chcą być tacy, jak te wasze mużyki! „Azjaci” też nic do tego nie mają. Azjaci, he, he… Weźmy taką Japonię. Pod względem kulturowo-społecznym całkowite przeciwieństwo Rosji (oddawać łobuzy Kuryle!). Tu każdy, najmniejszy kawałek ziemi, wydarty naturze ubóstwia się i przebóstwia, pielęgnuję, obrabia, zamienia w czarodziejski ogród. Nie zostawia się go, nie porzuca, jak już się zapaskudziło, wyrąbało miejscowy las i objadło.

Wszystko oczywiście można jakoś uzasadnić i obszyć fikuśnymi falbankami. Na przełomie XIX i XX w. rosyjski historyk Wasylij Kluczewski stworzył oto „psychologię Wielkorusa”, na której – jego zdaniem – niezatarte piętno odcisnęła otaczająca przyroda. Krótkie lato miało nauczyć Wielkorusa pracować szybko i gorączkowo przez krótki okres, a długa jesień i zima – spędzać długie miesiące bezczynnie. To oduczyło go systematycznej i wytrwałej pracy. Rzadko rozrzucone i oddzielone pasami gęstych lasów wsie, nie zaszczepiły zaś organizacji wspólnotowej opartej na zbiorowym wysiłku. „Wielkorus pracował nie w otwartym polu, na oczach wszystkich, jak na południu. On walczył z przyrodą sam samiuteńki, w leśnej głuszy i z toporem w ręku”.

Tego „Wielkorusa z toporem w ręku” bolszewiccy fanatycy alchemii społecznej zapędzą do fabryki. Żeby już nie był „sam w otwartym polu”, ale przy maszynie, w kolektywie. Ale Wielkorus w fabryce, już bez topora, nie dbał wcale o swoją tokarkę, nie czyścił, nie oliwił jej, nie przecierał szmatką, a ona niszczała, rdzewiała. Nasz wybitny przedwojenny sowietolog Marian Zdziechowski, gdy jak głos wołający na pustyni, ostrzegał przed zagrożeniem ze wschodu, poczynił jedną – na pozór mało znaczącą, ale jak się okaże proroczą – uwagę. Pisząc w okresie, gdy Związek Sowiecki ogarnął amok forsownej industrializacji, czerpiącej zresztą garściami z amerykańskiego know-how, spostrzega on przy tym właśnie kupę rdzewiejącego żelastwa. Tak, tu nikt nie myślał o konserwacji sprzętu, produkcji. Nikt nie oliwił tokarek, maszyn, silników. Zepsuje się coś, zardzewieje, zostawiasz i idziesz dalej. I to jest właśnie istota postsowieckiego krajobrazu: zalegające wszędzie pokłady rdzewiejącego żelastwa. Tak, jak by ktoś to wszystko zostawił w cholerę i poszedł gdzieś indziej.

Tak, tak, takuju stranu prosrali. Ale nowych już nie szukajcie! Russkij wojennyj korabl’…

Na zdjęciu rosyjscy osadnicy w kazachskich stepach, początek XX w. Zasoby archiwalne kompleksu muzealnego Akmolińskiego Obozu Żon Zdrajców Ojczyzny (AŁŻIR) w Kazachstanie.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną