Atlantyda i kosmici nie znikną. Archeologia przegrywa z pragnieniami
Internet już dziś zalewają dziś filmy, podcasty i obrazy „archeologicznych odkryć”, których nikt nigdy nie widział w terenie, ale które wyglądają wystarczająco wiarygodnie, by w nie uwierzyć. Sztuczna inteligencja nie tylko przyspieszyła tempo produkcji takich treści – ona nauczyła się dokładnie tego, czego chcą odbiorcy: sensacji, tajemnicy, poczucia, że „oficjalna nauka coś ukrywa”. A skoro takie historie się klikają, będzie je wzmacniać. To nie spisek. To mechanizm.
W tym nowym krajobrazie dezinformacji wyjątkowo trudne staje się opowiadanie o przeszłości. Archeologia – nauka oparta na cierpliwym zbieraniu danych, datowaniach, kontekstach i statystyce – przegrywa z narracją, która daje natychmiastowe potwierdzenie wyobrażeń, że ktoś kiedyś wiedział więcej; że człowiek „sam by sobie nie poradził”; że musiała istnieć jakaś nadrzędna inteligencja – bogowie, kosmici, zaginiona cywilizacja.
Z tym przekonaniem od lat mierzy się Flint Dibble, archeolog z Cardiff University, przy czym jego argumenty są zaskakująco proste i – co gorsza dla zwolenników wielkich tajemnic – bardzo solidne. Jeśli bowiem istniała globalna, zaawansowana cywilizacja sprzed 20 tys. lat, musiałaby po sobie zostawić ślady, których nie da się „ukryć”. Metalurgia na dużą skalę zostawia charakterystyczny zapis w atmosferze, widoczny dziś w rdzeniach lodowych. Rolnictwo zmienia krajobraz pyłkowy, ponieważ gwałtownie rośnie udział zbóż. Tymczasem w danych z epoki lodowcowej nie ma ani jednego takiego sygnału. Nie dlatego, że archeolodzy czegoś nie chcą zobaczyć, lecz dlatego, że tych śladów po prostu nie ma.
Co więcej, często powtarzany argument o globalnej katastrofie, która miała „zmyć” dowody, również nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Katastrofy nie niszczą zapisu archeologicznego, tylko go konserwują. Podręcznikowym przykładem są tu Pompeje. Gdyby wysoko rozwinięta cywilizacja rzeczywiście istniała, jej ślady byłyby dziś dla badaczy darem, nie problemem.
Szczególnie pouczające jest w tym kontekście Göbekli Tepe – monumentalne sanktuarium sprzed ok. 12 tys. lat wzniesione przez łowców-zbieraczy. Bez państwa, bez pisma, bez metalu. To przykład, który jednocześnie obala mit „cywilizacji-matki” i pokazuje coś znacznie ciekawszego: że ludzie potrafili organizować się, współpracować i tworzyć rzeczy zdumiewające zanim pojawiło się rolnictwo i miasta.
Dlaczego więc teorie o Atlantydzie czy kosmitach są tak odporne na dane? Odpowiedź nie leży w archeologii, lecz w psychologii i kulturze. Żyjemy w epoce lęku przed upadkiem – klimatycznym, technologicznym, cywilizacyjnym. Historie o wielkiej katastrofie sprzed tysięcy lat są jak mroczne lustro współczesnych obaw. Dają też wygodne pocieszenie, że skoro kiedyś istniała wyższa wiedza, to może i dziś ktoś „nad tym panuje”.
Nie bez znaczenia jest też inny, bardziej niewygodny aspekt tych narracji. Opowieści o wyjątkowych nauczycielach – czy to kosmitach, czy ocalałych z Atlantydy – odbierają sprawczość rdzennym społecznościom. Sugestia, że piramidy Majów, Egipcjan czy budowle Andów musiały mieć „zewnętrzne źródło”, powtarza bardzo stare, kolonialne schematy myślenia: ktoś mądrzejszy musiał przyjść skądinąd.
Taki Graham Hancock i jego „Prehistoryczna apokalipsa”, nie są zatem centrum problemu, lecz jego najbardziej medialnm objawem. Dibble, świadomy siły tych narracji, postawił nie na frontalny atak, lecz na strategię zaczerpniętą z badań nad dezinformacją – najpierw fakty, potem obalenie mitu, na końcu znów fakty. Jak sam przyznaje, reakcje odbiorców pokazały, że zapotrzebowanie na rzetelną archeologię wcale nie zniknęło, tylko zostało zagłuszone. Paradoks naszych czasów polega na tym, że wiara w wielki umysł przeszłości wraca dziś wzmocniona przez wielki sztuczny mózg teraźniejszości. Sztuczna inteligencja nie tworzy tych mitów z własnej woli – ona tylko uczy się naszych pragnień. A my wciąż chcemy historii, które potwierdzają nasze wyobrażenia, zamiast je komplikować.
Archeologia robi coś dokładnie odwrotnego. Nie obiecuje cudów. Pokazuje, że to zwykli ludzie – bez kosmicznej pomocy i bez zaginionej wiedzy – potrafili zmieniać świat. I być może właśnie dlatego ta opowieść jest dziś najtrudniejsza do przyjęcia.