Dawne choroby zakaźne wciąż są w środowisku. Także błonica
Czteroletnia dziewczynka we Włoszech zmarła, prawdopodobnie z powodu błonicy – choroby, o której już większość z nas, także lekarzy, zapomniało. Kiedy zdarza się taka sytuacja myślimy, jak to możliwe? Mając pod ręką narzędzia nowoczesnej medycyny, nie udało się uratować dziecka? Część z nas nie może uwierzyć, że to była błonica, choroba, której przecież nie powinno być już w środowisku. Pozbyliśmy się jej dzięki szczepieniom. Niestety, to nie takie proste.
Wiele starych, a nawet historycznych chorób zakaźnych nadal jest obecnych w środowisku, utrzymując się w glebie, wodzie, krążąc wśród zwierząt. To, co trzyma je w ryzach, to przede wszystkim szczepienia, ale także większa higiena niż dawniej, lepsze warunki życia, większa wiedza na ich temat, leki, procedury medyczne. To, co im wybitnie sprzyja, to globalizacja na skalę jak dotąd niespotykaną i odwracanie się od naukowych faktów, np. odmawiając szczepień w obawie przed ich (niepotwierdzonymi żadnymi dowodami) działaniami niepożądanymi. Typowym przykładem jest wciąż bardzo silnie trzymająca się „teoria”, jakoby szczepienia na odrę, świnkę i różyczkę wywoływały autyzm u dzieci.
Dziewczynka, która zmarła, nie była zaszczepiona przeciwko błonicy. To choroba zakaźna wywoływana przez bakterie, która może skończyć się porażeniem nerwów, a nawet uduszeniem czy zatrzymaniem akcji serca. Przenosi się drogą kropelkową lub w wyniku bezpośredniego kontaktu z nosicielem. Maczugowiec błonicy wytwarza toksynę, która niszczy tkanki i narządy.
Rodzice uchylili się od szczepienia, a w zasadzie ukryli przed systemem, bo we Włoszech, jak w wielu innych krajach, także w Polsce, szczepienie to należy do obowiązkowych. Zapewne założyli, że ich dziecko jest bezpieczne, bo przecież taka choroba jak błonica już nie istnieje, zapewne nawet nie wiedzieli, czym jest. Obawiali się za to (według doniesień prasy) związku szczepień z autyzmem.
Tymczasem, podobnie jak polio, błonica nigdy nie została oficjalnie uznana przez Światową Organizację Zdrowia za całkowicie wyeliminowaną w skali globalnej. Jest dziś rzadka, ponieważ większa część społeczeństw rozwiniętych szczepi przeciwko niej swoje dzieci. Taka wyszczepialność w skali choćby Polski musi wynosić co najmniej 90 proc. dzieci. Na razie, na szczęście, spełniamy te kryteria, np. w 2024 r. trzy dawki szczepienia otrzymało 94 proc. rocznych dzieci. Jednak rzadkie przypadki zachorowań na błonicę wciąż się zdarzają, także w naszym kraju. Przez ponad dwie dekady (2001–22) w Polsce nie odnotowano ani jednego przypadku. W ostatnich latach pojawiły się pojedyncze zachorowania (jeden przypadek w 2023 r., dwa przypadki w 2024 r. oraz pełnoobjawowy przypadek u niezaszczepionego dziecka powracającego z zagranicy w 2025 r.), co przypomina o znaczeniu ciągłości szczepień.
Wystarczy, że odsetek zaszczepionych spadnie o kilka procent i choroba może powrócić na znacznie większą skalę niż obecnie. W 1943 r. epidemia błonicy w Europie spowodowała milion zachorowań oraz 50 tys. zgonów. W Polsce w 1945 r. zgłoszono 21 tys. 705 zachorowań i 1464 zgony. Szczyt epidemii przypadał na połowę lat 50. XX w., kiedy odnotowano 163 zachorowania na 100 tys. mieszkańców. Na szczęście do tych wartości już raczej nie powrócimy, ale fakt, że bakteria ta wciąż krąży w środowisku i sporadycznie zbiera ofiary, powinien nam przypomnieć, jaki był powód wynalezienia szczepień. Medycyna w tej mierze nas chroni nie dlatego, że tak sobie ktoś wymyślił, ani dlatego, że firmy farmaceutyczne zarabiają na nich kokosy (swoją drogą to nieprawda), tylko dlatego, że ten ktoś nie chciał patrzeć, jak umiera czteroletnie dziecko.