Zielone ślady czarnej śmierci. Tak świat odradzał się po najbardziej zabójczej epidemii w dziejach
W 1347 r. do śródziemnomorskich portów wpływały statki handlowe przewożące towary, które trudno uznać za niezwykłe: worki ze zbożem, bele tkanin, jakieś beczki. Rozładunek przebiegał jak zawsze. Tragarze znosili towar na ląd, kupcy targowali się o ceny, urzędnicy liczyli ładunek i pobierali opłaty. A gdzieś pod pokładem, między linami i skrzyniami, krzątały się szczury śniade. Ich pchły przewoziły niewidocznego pasażera, za sprawą którego doszło do najbardziej zabójczej epidemii w historii ludzkości.
W Wenecji pierwsze zgony odnotowano mniej więcej dwa miesiące później. Wkrótce choroba pojawiła się również w Genui i Pizie, a w pierwszych miesiącach 1348 r. rozpełzła się po całym Półwyspie Apenińskim. Z kolejnych miast napływały podobne wiadomości: gorączka, obrzęki, śmierć i opustoszałe ulice. W ciągu następnych pięciu lat zaraza, którą później nazwano czarną śmiercią, rozlała się po znacznej części Europy, zachodniej Azji i Afryki Północnej.
Przed epidemią nasz kontynent zamieszkiwało prawdopodobnie ok. 75 mln ludzi. Kilka lat później mogło ich pozostać ok. 50 mln, choć historycy do dziś spierają się o dokładne liczby i regionalne różnice. Według niektórych szacunków populacja Europy mogła się zmniejszyć nawet o połowę. Niektóre miasta straciły większość mieszkańców. Wenecki kronikarz oceniał straty miasta na ponad trzy czwarte jego ludności. Giovanni Boccaccio, który w „Dekameronie” zdał szczegółową relację z dramatycznego przebiegu epidemii we Florencji, pisał, że od marca do czerwca 1348 r. „więcej niż sto tysięcy mieszkańców straciło życie”. Po zarazie „świat wydawał się niezamieszkany” – zauważano.
Zielona Europa
Intuicja podpowiada, że Europa, która w ciągu kilku lat straciła tak wielu mieszkańców, powinna stać się bardziej zielona. Opuszczone pola, na których nie było komu pracować, miałyby zamienić się w schronienie dla dzikich roślin i zwierząt, a zniknięcie ludzi zapoczątkowałoby proces odradzania się naturalnej przyrody, przez stulecia ustępującej miejsca polom, pastwiskom i ludzkim siedzibom. Tak się rzeczywiście stało w wielu regionach, choć nie do końca w sposób, którego się spodziewano. Średniowieczna przyroda napisała inny scenariusz.
Zespół Jonathana Gordona z University of York zajrzał nie do kronik, lecz do osadów jeziornych i torfowisk. Rok po roku odkładały się w nich pyłki roślin powszechnie rosnących w najbliższej okolicy. Dane pochodzące ze 109 stanowisk w całej Europie pozwoliły odtworzyć zmiany różnorodności gatunkowej przed i po czarnej śmierci. Wcześniej ci sami badacze przeanalizowali dziesiątki tysięcy próbek pyłków z niemal 1,8 tys. miejsc. „Co najmniej od środkowego holocenu – stwierdzili – działalność człowieka na kontynencie przyczyniała się do zwiększenia, a nie zmniejszenia bogactwa gatunków roślin”.
Nie wynikało to z tego, że lasów nie ubywało – przeciwnie, karczowano je na ogromną skalę. Chodziło o coś innego. Średniowieczne rolnictwo było rozdrobnione: niewielkie pola przeplatały się z łąkami, pastwiskami, zagajnikami, mokradłami, oczkami wodnymi i nieużytkami oraz oczywiście drogami i osadami. W takim mozaikowym krajobrazie dobrze odnajdywały się rośliny.
A później nadszedł XIV w. Czarna śmierć zabrała nie tylko ludzi, lecz także ich aktywność, a przecież w tamtych czasach 80–90 proc. mieszkańców Europy mieszkało na wsi. W wielu miejscach przestano uprawiać pola, łąk nie koszono, pastwiska się kurczyły, a krajobraz, który przez stulecia wymagał nieustannego podtrzymywania, zaczął się zmieniać. Początkowo mogło to wyglądać jak odrodzenie przyrody: pojawiały się gatunki pionierskie, wkraczały krzewy, wyrastały młode drzewa. Gdy jednak lata zamieniły się w dekady, mozaika znikała. Las wracał, lecz bioróżnorodność malała – ustalili badacze.
W podsumowującym badania artykule w „Ecology Letters” zespół Gordona pisze, że w niektórych miejscach powrót do stanu sprzed epidemii mógł zająć przyrodzie 150–200 lat. Największe zmiany nastąpiły tam, gdzie zaraza szalała najbardziej, doprowadzając do wyludnienia się nie pojedynczych wsi, lecz całych rejonów wiejskich. „Nieszczęśliwi kmiecie marli na polach, drogach i w domach nie jak ludzie, ale jak bydlęta. Ludzie każdego dnia na śmierć czekali i nie przykładali nijakiej pilności do uprawy pól; przeciwnie, całkiem starali się roztrwonić płody swej pracy” – relacjonował Boccaccio w „Dekameronie” (przekł. Edward Boyé).
Nie wszędzie tak oczywiście było. Europa w zróżnicowany sposób przeszła przez zarazę. Podczas gdy jedne regiony utraciły znaczną część ludności wiejskiej, inne czarna śmierć oszczędziła, przy okazji ocalając mozaikowy krajobraz kulturowy. Wykazał to m.in. kilka lat temu międzynarodowy zespół, którym kierowali Adam Izdebski z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Alessia Masi z Sapienza Università di Roma (pracują też w Max-Planck Institüt für Geoanthropologie w Jenie). Oni także postanowili sięgnąć po próbki pyłków roślin – łącznie przeanalizowali ich ponad 1,5 tys., a pobrali je z rdzeni wydobytych z 261 torfowisk i osadów jeziornych.
Po zarazie
Założenie było proste: tam, gdzie ludzie masowo umierali, pola powinny znikać z krajobrazu, a ich miejsce miały zajmować zarośla i las. Tam, gdzie masowych zgonów nie było, zestaw pyłków – w tym pyłków zbóż, jeśli wokół znajdowały się pola orne – nie powinien się gwałtownie zmienić. Z badań faktycznie wyłonił się obraz Europy nierówno potraktowanej przez zarazę. Na przykład zdziesiątkowała ludność południowej części Półwyspu Skandynawskiego, ale nie zrobiła większej krzywdy mieszkańcom Europy Środkowej, którzy – jak sugerują badania – nadal uprawiali swoje pola, jakby nic się nie stało.
Jest jeszcze jeden sposób, by sprawdzić, co wydarzyło się po zarazie: zapytać drzewa. Na niewielkiej wyspie Montecristo na Morzu Tyrreńskim oraz w górach Aspromonte na południu Włoch badacze przyjrzeli się dębom. Tak starym, że pamiętającym średniowiecze, jak wykazały datowania wykonane przez zespół, którym kierował Gianluca Piovesan. Chociaż miejsca te dzieli 500 km, w obu stwierdzono wyraźną nadreprezentację drzew, które wyrosły w pierwszej połowie XV w. „Gdy presja człowieka na środowisko spadła gwałtownie i na długo, przyroda zareagowała bardzo szybko. Las powrócił w obu miejscach w ciągu kilku dekad. W strukturze wieku prastarych lasów śródziemnomorskich do dziś zachował się ślad po katastrofie demograficznej spowodowanej przez czarną śmierć” – napisali badacze w artykule opublikowanym w czerwcu w „PNAS”.
Pałeczki dżumy istniały od dawna, a szlaki handlowe od stuleci łączyły Azję, Morze Czarne i Morze Śródziemne, dlaczego epidemia wybuchła akurat pod koniec lat 40. XIV w.? Okazuje się, że przyczynić mogła się przyroda nieożywiona. Badania genetyczne wskazują, że szczep odpowiedzialny za czarną śmierć mógł się pojawić najpierw na terenie dzisiejszego Kirgistanu. W pobliżu wielkiego śródgórskiego jeziora Issyk-kul znaleziono grobowce z lat 1338–39. W napisach wspomina się o nagłej zarazie, a analiza DNA ze szczątków siedmiu osób tam pochowanych potwierdziła obecność pałeczki dżumy. Stamtąd bakteria miała przesuwać się na zachód z ludźmi, towarami, gryzoniami i ich pasożytami wzdłuż szlaków handlowych. Dlaczego okazała się taka zabójcza?
Odpowiedź może się kryć w ciągu zdarzeń łączącym wulkany, klimat, klęskę głodu i handel zbożem – twierdzą klimatolog Ulf Büntgen z University of Cambridge i historyk Martin Bauch. W artykule w „Nature Communications Earth & Environment” dowodzą, że ok. 1345 r. doszło gdzieś na Ziemi do bardzo silnej erupcji wulkanicznej – albo nawet ich serii. Do stratosfery mogły trafić duże ilości związków siarki odbijających część promieniowania słonecznego. Epizod ten zapisał się w słojach drzew, a kronikarze z Włoch, Francji, Niemiec, ale też z Chin i Japonii, opisywali serię wyjątkowo chłodnych i mokrych lat.
Chłód i nieurodzaj
Sama erupcja nie wywołuje pandemii. Może jednak osłabić społeczeństwo, zanim pojawi się śmiertelny wróg. Rekonstrukcje klimatu, którymi podpierają się Büntgen i Bauch, sugerują, że okres 1345–47 należał do wyjątkowo chłodnych w umiarkowanych szerokościach półkuli północnej.
W ślad za chłodami i skróconym okresem wegetacyjnym przyszedł nieurodzaj, który objął m.in. znaczną część Hiszpanii, południowej Francji, północnych i środkowych Włoch oraz Egipt i Lewant – i być może inne regiony Europy, z których relacje się nie zachowały. Ceny żywności rosły, lokalne zapasy przestawały wystarczać, a zatem pod koniec 1346 r. w północnych Włoszech zaczęły się szerzyć głód i choroby, ale wśród nich nie było jeszcze dżumy.
Aby zaradzić niedoborom zboża, Wenecja, Genua i Piza zaczęły je sprowadzać najpierw z południa Półwyspu Apenińskiego, a gdy to nie wystarczyło – z północnych wybrzeży Morza Czarnego i znad Morza Azowskiego, dzięki zawarciu wiosną 1347 r. rozejmu ze Złotą Ordą. Miało to uratować miasta przed głodem, a sprowadziło do nich śmiertelnie groźne bakterie.