Peter Brannen: Dwutlenek węgla sprawia, że Ziemia to planeta wyjątkowa. Jest jednak kilka „ale”
Kiedy mówimy o dwutlenku węgla, narracja zwykle przypomina współczesny moralitet. Słyszymy o gigatonach emisji CO2, o rozgrzewającej się Ziemi i o złowrogich, a puszczanych mimo uszu ostrzeżeniach klimatologów. W tych opowieściach dwutlenek węgla często jawi się nie tyle jako niema, zwykła cząsteczka chemiczna, ile jako swego rodzaju podstępny złoczyńca – złowroga siła, która od wieków knuje, by siać spustoszenie na naszej planecie i rujnować nasze życie.
Jednak zdaniem dziennikarza naukowego Petera Brannena ta ponura wizja jest zdecydowanie przesadzona. W swojej najnowszej książce The Story of CO2 Is the Story of Everything (Historia CO2 to historia wszystkiego, Ecco 2025) przedstawia nowe spojrzenie na ten ukazywany w krzywym zwierciadle i być może najbardziej niezrozumiały związek na Ziemi.
Mając za sobą wiele inspirujących i wzbogacających dyskusji z czołowymi planetologami, Brannen z pasją dowodzi, że CO2 to nieporównanie więcej niż tylko zanieczyszczenie przemysłowe, to raczej kluczowy gracz w trwającej cztery miliardy lat epopei życia na Ziemi. To cząsteczka, która zbudowała naszą planetę i uruchomiła globalny obieg węgla regulujący klimat, kształtujący geologię i napędzający przez eony ewolucję. Pokazuje, jak rosnące lub malejące stężenie CO2 w atmosferze wpływało w ciągu całej historii naszej planety na niemal wszystko, co na niej się działo – od najwcześniejszych etapów życia po rozwój ludzkiej cywilizacji i globalnego systemu gospodarczego. Brannen dowodzi, że zrozumienie CO2, od najdawniejszych czasów do współczesności, pozwala zrozumieć samą istotę funkcjonowania naszego świata.
„Scientific American” rozmawia z Peterem Brannenem o jego nowej książce, o tym, jak doszedł on do wniosku, że ten niepozorny gaz jest głównym autorem i aktorem planetarnego dramatu, i co długa historia CO2 może nam powiedzieć o naszej niepewnej teraźniejszości – i trudnej do przewidzenia przyszłości.
Poniżej zredagowany zapis tego wywiadu.
Na początek standardowe pytanie: jak powstała ta książka?
Moja poprzednia, The Ends of the World [Końce świata, ukazała się w 2017 roku], opowiadała o pięciu największych wymieraniach znanych z historii Ziemi. Paleontolodzy przyjrzeli się tym wydarzeniom i odkryli – tak, to już niemal banalna prawda – że najmłodsze z nich, to z końca okresu kredowego, sprzed 66 mln lat, które doprowadziło do zagłady dinozaurów, było skutkiem upadku na Ziemię dużego okruchu skalnego. Niewiele jednak wskazuje, by również pozostałe katastrofy były związane z uderzeniami planetoid lub komet. Cała pozostała czwórka – wielkie wymierania z końca ordowiku, dewonu, permu i triasu – a także dziesiątki innych mniejszych katastrof, wiążą się z istotnymi wydarzeniami biogeochemicznymi, zazwyczaj obejmującymi znaczące skoki stężenia CO2 w atmosferze. Następstwem tych ogromnych zmian jego poziomu było zawsze intensywne globalne ocieplenie, zakwaszenie oceanów i wszystkie inne nieprzyjemne skutki zmian klimatu, którymi dziś słusznie tak bardzo się niepokoimy.
Wygląda na to, że eksperyment, który obecnie fundujemy naszej planecie, spalając paliwa kopalne, niezbyt odbiega od tych prawdziwie zabójczych ogólnoplanetarnych zdarzeń, jakie miały miejsce w odległej przeszłości Ziemi.
Ale w trakcie zbierania materiałów do tej książki zdałem sobie sprawę – nie jestem w tym zresztą odosobniony! – że opowieść o CO2 jest znacznie bogatsza i barwniejsza, bo nie jest to tylko jeden z licznych przemysłowych produktów ubocznych, które wydobywają się z dymiących kominów lub puszek po aerozolach, takich jak metylortęć czy chlorofluorowęglowodory. Ta cząsteczka jest zasadniczo, chciałoby się powiedzieć – cudownie – odmienna. Życie na Ziemi – to, co naukowcy nazywają biosferą – opiera się na węglu, a źródłem tego węgla jest właśnie CO2. Kiedy wielkie ilości dwutlenku węgla nagle dostają się do atmosfery, powoduje to złowrogie skutki, ale w „normalnych” czasach, krążąc między biosferą, powietrzem, skałami i oceanami (to tzw. globalny obieg węgla), gaz ten jest kluczowym czynnikiem, dzięki któremu Ziemia jest planetą wyjątkową, stwarzającą warunki do istnienia życia.
Gdyby w atmosferze nagle zabrakło całego CO2, doszłoby do gwałtownego spadku temperatury. Niedługo potem lodowce rozprzestrzeniłyby się aż do tropików, zamarzłyby oceany, a większość biosfery uległaby zagładzie w następstwie powstania czegoś, co nazwano „Ziemią śnieżką” lub ziemską kulą śniegową.
Tak więc CO2 w atmosferze jest absolutnie kluczowe i niezbędne, ale może być go zdecydowanie za dużo lub zbyt mało, i wielkości te podlegały w dziejach Ziemi znacznym wahaniom.
Jedną z rzeczy, które podobają mi się w Pana książce, jest sposób, w jaki traktuje Pan ludzi, czy raczej ludzkość, jako istotną część tego znacznie większego obrazu. Czy mógłby Pan nam to przybliżyć?
Jasne. I dziękuję za to pytanie. Chodzi o to, że aby naprawdę zrozumieć historię życia na Ziemi, a także to, co dzieje się obecnie w związku ze zmianami klimatu, trzeba zrozumieć globalny obieg węgla, o którym wspomniałem, bo życie jest z nim ściśle związane. W dalszej części książki staram się pokazać, jak całą historię ludzkości można postrzegać przez ten pryzmat – można na przykład spojrzeć na społeczeństwa i imperia z punktu widzenia przepływu węgla w biosferze. Okazuje się, że sposób, w jaki nasze społeczeństwo i polityka rozwijały się w ciągu ostatnich kilku stuleci, jest ściśle powiązany z takimi zjawiskami i procesami z odległej i bliskiej przeszłości, jak gromadzenie się węgla w skałach Appalachów i jego późniejsza eksploatacja, czy wzbogacenie pierwotnie beztlenowej atmosfery w tlen. Dostrzeżenie tych powiązań może pomóc wyjaśnić, jak do tego doszło, że ludzie stali się potężną geomorfologiczną siłą naszej planety – i jak dziwny i ważny może być ten moment w historii Ziemi.
To, co jest tak niezwykłe w naszej obecnej sytuacji, to fakt, że jeden gatunek na końcu jednej gałęzi gigantycznego drzewa życia odkrył nagle ten ogromny, prastary, podziemny rezerwuar węgla, który powstał z dawnego życia – i postanowił go podpalić. A ta reakcja chemiczna – spalanie bogatej w węgiel materii organicznej, w wyniku czego powstaje CO2 i uwalnia się energia – jest w istocie tym samym, czego całe życie tlenowe, wszystkie zwierzęta i rośliny używają do napędzania swojego metabolizmu na poziomie komórkowym. Po prostu jest to koszmarna, upiorna wersja tego samego – spalamy cały przerobiony przez życie węgiel zalegający pod naszymi stopami. W pewnym sensie przywołaliśmy te planetarne siły, wskrzeszając pogrzebane duchy wszelkiego życia, które kiedykolwiek istniało, sprowadzając je z powrotem, wszystkie naraz, na powierzchnię Ziemi.
Tak naprawdę to nie jest książka o chemii, ale muszę dodać, że jedynym sposobem, aby to wszystko jakoś działało, jest zapewnienie dużej ilości wolnego tlenu w atmosferze, który reaguje z węglem. Powietrze, którym dziś oddychamy, zawiera ponad 20% wolnego tlenu, co jest o tyle interesujące, że przez większość historii Ziemi było go w powietrzu znacznie mniej. Okazuje się, że wzrost zawartości tlenu w atmosferze nie jest ot tak konsekwencją wynalezienia fotosyntezy przez niektóre mikroorganizmy przed kilku miliardami lat. By tlen mógł nieprzerwanie gromadzić się w powietrzu przez setki milionów lat, węgiel musiał być stale usuwany z powierzchni Ziemi, zagrzebywany w skałach i osadach głębinowych wraz z masami martwych roślin i glonów; w przeciwnym razie oba te pierwiastki wchodziłyby ze sobą w reakcję, co wiązałoby wolny tlen. Dopiero gdy cały węgiel zostanie odizolowany w skorupie ziemskiej, tlen zyskuje możliwość gromadzenia się w powietrzu. Masy dawnych szczątków roślinnych uwięzione w skorupie ziemskiej, zwłaszcza w tych miejscach, gdzie można je w opłacalny sposób eksploatować, znane są lepiej pod nazwą paliw kopalnych. Jestem pewien, że mało kto wie, że może dziś swobodnie oddychać tylko dlatego, że pod naszymi stopami znajdują się zasoby paliw kopalnych.
Wyobraźnia podsuwa mi obraz interakcji między węglem w skorupie ziemskiej a tlenem w powietrzu jako swoistej ogromnej baterii planetarnej, w której dwie części Ziemi – bardzo reaktywna, utleniająca atmosfera i bardzo zredukowana materia organiczna pod powierzchnią – pozostają w stanie nierównowagi, co skutkuje ogromnym potencjałem energii. I nagle pośrodku tych dwóch rezerwuarów pojawia się dziwna istota, która wykradła ogień i w ciągu kilku ostatnich stuleci nauczyła się ponownie łączyć te rozdzielone pierwiastki, aby pozyskiwać tkwiącą w nich energię. Mówimy więc o niemal natychmiastowym rozładowaniu tej wielkiej planetarnej baterii, której tworzenie trwało tak długi czas.
Powiada Pan, że wszyscy jesteśmy ognistymi chochlikami tańczącymi na granicy tych dwóch zbiorników – bogatej w tlen powierzchni Ziemi i obfitujących w węgiel obszarów poniżej. A rozwój naszej cywilizacji sprowadza się do tego, że stajemy się coraz lepsi w rozładowywaniu ziemskiej baterii, rozpraszając całą potencjalną energię ponad tą barierą.
No tak, tak to właśnie wygląda. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak kosmici mogliby to postrzegać, opisując, co tak naprawdę robią różne organizmy na Ziemi. Prawdopodobnie zauważyliby takie rzeczy, jak bakterie nitryfikacyjne, czyli organizmy, które pobierają azot z atmosfery, aby nawozić resztę biosfery. Ale zauważyliby też, że istnieje jedno niezwykłe stworzenie, które po prostu przenosi cały węgiel z wnętrza skorupy ziemskiej do atmosfery – i tymi ognistymi chochlikami jesteśmy oczywiście my.
Ale musimy zachować ostrożność: mówiąc o tym w ten sposób, wywołujemy wrażenie, że to, co robimy, to po prostu naturalny i nieunikniony proces, a nie wydaje mi się, by tak było naprawdę. Wszystko to wyrosło w ramach jednej konkretnej części ludzkiej populacji, w określonym miejscu i czasie, i było następstwem takich wynalazków, jak maszyna parowa i rozwój kapitalizmu. To, co robimy dzisiaj, jest pod pewnymi względami skrajnie nienaturalne, ale zarazem dziwnie znajome: wszystkie żywe organizmy poszukują, znajdują i rozpraszają darmową energię, aby utrzymać się przy życiu i osiągać swoje cele. Nasza cywilizacja robi w gruncie rzeczy to samo, ale na niewyobrażalnie większą skalę, ponieważ całkiem niedawno odkryła największe źródło darmowej energii, jakie kiedykolwiek istniało na Ziemi. ®
Jak Pan sądzi, co się stanie dalej? Czy historia Ziemi daje nam jakieś podpowiedzi? Czy jesteśmy skazani na wywołanie kolejnego wielkiego wymierania ze wszystkimi tego przykrymi konsekwencjami, czy też istnieje jakieś wyjście? Łatwo pytać, wiem.
Historia Ziemi mówi nam, że spalanie paliw kopalnych nie jest zrównoważone w skali czasu geologicznego. Nie ma wystarczających rezerw paliw kopalnych, aby utrzymać nasze trwanie nieskończenie długo, a jeśli spalimy wszystko, co jest dostępne, obieg węgla ustanie, co będzie prowadzić do katastrofy. Dzisiejsza era paliw kopalnych wygląda na eksplozję; to nie może trwać wiecznie. Jeśli więc chcemy uniknąć tragicznego końca, musimy bardzo szybko znaleźć inne równie wydajne źródło energii, które zdoła zapewnić nam przetrwanie.
Pocieszające jest to, że debata publiczna, w przeważającej mierze, nie dotyczy już podstawowych kwestii naukowych. Tych nikt już nie kwestionuje. Dyskusji podlegają inne sprawy – jak bardzo złożony i jak ściśle powiązany jest globalny system obiegu węgla i jakie miejsce zajmuje w nim człowiek, jaki jest jego związek z polityką i gospodarką i jaki wpływ na niego wywieramy lub możemy wywierać.
Aby zrozumieć przyszłość i to, co może się wydarzyć, musimy nie tylko rozpoznać takie kwestie, jak reakcja wiecznej zmarzliny na globalne ocieplenie czy zdolność oceanów do pochłaniania dwutlenku węgla, ale także zrozumieć jaką rolę pełnią ludzie w przebiegu tych naturalnych systemów. Dlatego uważam, że badanie i przekazywanie wiedzy na temat zmian klimatycznych to najważniejsze i najbardziej interdyscyplinarne działania, jakie powinniśmy dziś podjąć. Nie da się bowiem oddzielić trudnych i często drażliwych kwestii dotyczących sposobów organizacji społeczeństw i alokacji naszych zasobów od bardziej globalnych pytań związanych z funkcjonowaniem planety. Zmiany klimatu są tak istotne i wszechogarniające, że każdy z nas powinien zająć się jakimś konkretnym ich wycinkiem. Ze swej strony myślę, że moją rolą jest jak najlepiej je przedstawić, pokazać jak ważny i nurtujący jest to problem.
Wspomniał Pan, że nauka jest już ustalona i oczywiście się z tym zgadzam. Ale negacjonizm klimatyczny wciąż kwitnie, często kryjąc się pod niewinnie brzmiącymi zapewnieniami o zwykłym „zadawaniu pytań” o istniejące wciąż wątpliwości wśród naukowców. Bywa to dość podstępne – zwłaszcza gdy dyskusje dotyczą procesów toczących się w różnych zakresach czasu geologicznego. Pisze Pan na przykład w swojej książce o anonimowym, inteligentnym i bystrym znajomym laiku, który słusznie zauważył, że obecny poziom CO2 w atmosferze jest niższy niż przez większość historii Ziemi, a kilka dziesiątków milionów lat temu był dramatycznie wyższy niż obecnie. Czy nie jest to ten rodzaj „punktu zaczepienia”, który łatwo wykorzystać do minimalizowania i ignorowania współczesnych obaw dotyczących zmiany klimatu? Czy nie obawia się Pan, że ta bardzo racjonalnie brzmiąca idea przedstawienia „szerokiego obrazu” naszej obecnej sytuacji w kontekście całej historii Ziemi może prowadzić na manowce?
Ta wspomniana wymiana zdań dotyczyła głównie okresu zwanego wczesnym eocenem, sprzed około 50 mln lat, kiedy to stężenie CO2 w atmosferze wynosiło około 1000 części na milion, Ziemia była cieplejsza o około 12°C – a biosfera i tak świetnie sobie radziła. Tyle, że łączenie tego faktu z naszą obecną sytuacją nie świadczy o zrozumieniu znaczenia ani znajomości głębokiego czasu geologicznego – wręcz przeciwnie.
To prawda, 50 mln lat temu stężenie CO2 było znacznie wyższe niż obecnie, w Arktyce przechadzały się krokodyle i rosły palmy, a życie było całkiem szczęśliwe. Ale jeśli nieco bliżej przyjrzeć się temu argumentowi, straci on sens, bo przez ostatnie kilka milionów lat żyliśmy na planecie, która charakteryzowała się nietypowo niskim poziomem CO2 w atmosferze. Zanim to nastąpiło, przechodziliśmy okres powolnego i długotrwałego obniżania się stężenia CO2 i temperatury, a więc przejścia od „szklarniowego” świata epoki dinozaurów. Od szklarni do lodówki – a to oznacza, że większość biosfery jest dziś przystosowana do zupełnie innego, lodowcowego, świata. Technicznie rzecz biorąc, nadal żyjemy w epoce lodowej, bo wciąż na biegunach mamy czapy lodowe. I żyjemy na planecie, która jest obecnie poszatkowana granicami państwowymi i ma ponad 8 mld ludzi zależnych od upraw rolnych związanych w określonych miejscach z konkretną pogodą i klimatem. Jeśli więc odwrócimy teraz utrwalone przez miliony lat tendencje i w ciągu zaledwie jednego lub dwóch stuleci osiągniemy eoceński poziom CO2 w atmosferze, możemy znów znaleźć się w świecie, w którym krokodyle będą się czuć komfortowo w Arktyce. Ktokolwiek sądzi, że nasza globalna cywilizacja spokojnie wytrzyma ten szok, ma znacznie więcej wiary w ludzkość niż ja.
Istnieją precedensy w zapisie geologicznym dla tego, co dzieje się teraz – i patrzenie na nie przeraża. Na przykład wydaje nam się normalne, że mamy cały kontynent, Antarktydę, pokryty grubą na kilka kilometrów czapą lodową. Ale w historii Ziemi to coś bardzo nietypowego. By znaleźć przykład czegoś podobnego, należałoby cofnąć się w czasie do ordowiku, kiedy też istniały całe kontynenty pokryte lądolodami, które następnie – wraz z nastaniem ziemskiej szklarni – nagle zanikły. Skończyło się to wielkim wymieraniem. A było to 445 mln lat temu, zanim jeszcze na naszej planecie pojawiły się pierwsze drzewa. To zupełnie obcy świat!
Albo przyjrzyjmy się, ile i jak szybko wprowadzamy CO2 do atmosfery. Wielkie wymieranie permskie, największe, jakie znamy, wiązało się z potężnymi erupcjami wulkanicznymi, które wprowadziły do atmosfery więcej CO2, niż bylibyśmy w stanie to zrobić, gdyby udało nam się spalić wszystkie dostępne paliwa kopalne. To zakłóciło obieg węgla w przyrodzie i zaburzyło klimat na całej Ziemi. I znów – skończyło się potężnym efektem cieplarnianym i wymieraniem biosfery na niespotykaną nigdy wcześniej i potem skalę.
Można pomyśleć: nie jest źle, skoro nie możemy uwolnić tyle CO2, ile wszystkie wulkany w tamtych czasach, nawet gdybyśmy próbowali. Z tym że nie chodzi tylko o ilość uwolnionego CO2, ale i tempo tych procesów. Te erupcje trwały przez dziesiątki tysięcy lat. Dziś, na ile możemy to wyliczyć, emitujemy CO2 10 razy szybciej niż w okresie poprzedzającym permskie superwymieranie. To, co się obecnie dzieje, nie ma precedensu w całej historii Ziemi – wkraczamy na zupełnie nieznane terytorium. Nie znaczy to, że jesteśmy skazani na apokalipsę dorównującą wydarzeniom z końca permu, ale na pewno przyszłość nie rysuje się w różowych barwach.
Skoro już jesteśmy przy przyszłości, czy jest Pan bardziej optymistą, czy pesymistą – i jak Pana zdaniem moglibyśmy kiedykolwiek dojść do tego, że nie spalamy już paliw kopalnych?
Można mi wierzyć lub nie, ale mój pesymizm jest teraz mniejszy niż wtedy, gdy zaczynałem pisać tę książkę w 2020 roku; wiele się zmieniło w ciągu ostatnich pięciu lat. W ostatnich czasach zacząłem bardziej doceniać niezwykle postępy, jakie dokonują się w dziedzinie energii słonecznej. Staje się ona zadziwiająco tania, a Chiny i wiele krajów rozwijających się stawiają na energię słoneczną i samochody elektryczne, a nie na paliwa kopalne, z jednego powodu: to po prostu lepsza i tańsza technologia. Z energią słoneczną nie wiążą się te wszystkie ponure konsekwencje geopolityczne, jakie rodzi energia jądrowa czy paliwa kopalne. Jasne, wciąż istnieją problemy, takie jak na przykład łańcuchy dostaw metali ziem rzadkich. Ale niezaprzeczalnym faktem jest też, że mamy na niebie reaktor jądrowy zwany Słońcem, który po prostu emituje darmową energię, z której wszyscy możemy korzystać.
Możemy sobie łatwo wyobrazić, jak dzięki energii słonecznej pożegnamy się z paliwami kopalnymi, podobnie jak nie tak dawno dzięki paliwom kopalnym pożegnaliśmy świat napędzany siłą końskich mięśni. Prosta ekonomia: łatwiej i taniej było kupić benzynę i zatankować nią traktor – a może raczej wydobyć z ziemi cały ocean łatwopalnej ropy naftowej – niż utrzymywać w stajniach niezliczone zastępy koni. I to właśnie może nas czekać – energia słoneczna stanie się tańsza i łatwiejsza w użyciu i wyprze paliwa kopalne w większości dziedzin.
Co powiedziawszy, nie uważam – jak często można usłyszeć – że w kwestiach klimatycznych powinniśmy unikać popadania w zbyt alarmistyczne tony. Myślę, że takie panikowanie ma swoje pozytywne strony, łatwo bowiem popaść w samozadowolenie, oglądając na przykład wykresy pokazujące niezwykły postęp w dziedzinie wykorzystania energii słonecznej i wnioskując na tej podstawie, że jesteśmy już na dobrej drodze i nieuchronnie zmierzamy w kierunku nowego, lepszego świata. To może być gruby błąd i bez skoordynowanej akcji politycznej na rzecz ograniczenia konsumpcji paliw kopalnych nasz optymizm może okazać się płonny.
Dobrze, że wspomniał Pan o tym, jak wiele zmieniło się w ciągu ostatnich pięciu lat w zakresie energii niskoemisyjnej i dlaczego mogą istnieć powody do optymizmu. Ale, żeby, jak Pan mówi, nie popadać w samozadowolenie, jak poradzić sobie z rozwojem sztucznej inteligencji, której centra danych i moce obliczeniowe wymagają ogromnych ilości energii?
Nie jestem zbyt mocny w tych sprawach, ale wszystkie te firmy zajmujące się sztuczną inteligencją przepalają miliardy dolarów i nie generują w wielu dziedzinach potężnych zysków, choć w innych, takich jak choćby biotechnologia, są niezwykle przydatne, potrafiąc skrócić trwające kiedyś rok badania do zaledwie kilku godzin. Ale wszyscy istotnie zdają się bagatelizować fakt, że do zasilania tych urządzeń trzeba ogromnych mocy, na przykład budowy reaktorów jądrowych, a to jest bardzo kosztowne. Wydaje mi się, że może się to skończyć podobnie, jak z bańką technologiczną z lat 2000. – pojawi się trochę naprawdę wyjątkowych, wręcz przełomowych aplikacji, ale większość projektów upadnie, bo nie da się bezkarnie tracić miliardów dolarów, zmagając zarazem ze stale rosnącym zapotrzebowaniem na energię. Dlatego sądzę, że sytuacja dojrzała do radykalnej zmiany.
Stany Zjednoczone ledwo radzą sobie z obecną siecią energetyczną, trudno więc marzyć o jej całkowitej przebudowie, by zyskać dwukrotnie większą moc. Jak to jest z wieloma innymi rzeczami, w pewnym momencie boom na sztuczną inteligencję napotka ograniczenia, które zderzą się z polityką, gospodarką lub fizyką. Mój optymizm tutaj się kończy. Wprawdzie byłoby wspaniale, gdyby okoliczności spowodowały jakiś przełom energetyczny, ponieważ, jak wiadomo, potrzeba jest matką wynalazków. Nie sądzę jednak, byśmy w krótkim czasie zdołali osiągnąć coś takiego, jak energię z kontrolowanej syntezy termojądrowej, nawet korzystając ze sztucznej inteligencji.
Rozmawialiśmy wcześniej o problemie głębokiego czasu geologicznego i o tym, jak nasza niezdolność do jego właściwego zrozumienia nie pozwala nam dostrzec, co tak naprawdę robimy naszej planecie. A to skłania mnie do pytania, jak Pan, po napisaniu dwóch książek na podobne tematy, patrzy teraz na te sprawy? Jak zmieniła Pana myślenie ta intelektualna podróż?
Mieszkam w Massachusetts, gdzie trudniej dostrzec ten geologiczny aspekt spraw. Ale gdy jadę na zachód i patrzę na jakąś skalną ścianę, gdzie zapisały się dziesiątki milionów lat historii – od dna oceanu, przez lagunę, koryto rzeki, pustynię i z powrotem na dno oceanu – to trudno nie odczuwać pokory. Co znaczy twoje życie wobec tego majestatu głębokiego czasu? Można w tym nawet znaleźć pocieszenie; zważywszy jak bardzo rzeczywistość wymyka nam się spod kontroli i jak bardzo się zatracamy, przeglądając media społecznościowe i śledząc wiadomości, możemy znaleźć ukojenie w kontemplacji czasu mierzonego milionami, a nawet miliardami lat. Wiedząc, że w historii Ziemi zdarzyło się tak wiele chaotycznych i wręcz apokaliptycznych rozdziałów, znajduję pewne pocieszenie w fakcie, że za milion lat wszystko jakoś się ułoży.
Lecz przecież głęboki czas nie ma w istocie żadnego bezpośredniego związku z naszym codziennym życiem. Nie żyjemy w czasie geologicznym i możemy troszczyć się tylko o to, co jest tu i teraz. Nasze osobiste relacje i ludzie, których kochamy – to jest dla nas najważniejsze. Nie będę ukrywał – miałem z tym problem. Kiedy pisałem pierwszą książkę, zmarła moja mama i jej brak nie dawał mi spokoju, choć w tym samym czasie zyskiwałem tę nową, kosmiczną perspektywę spojrzenia na Ziemię i nasze na niej miejsce. Nigdy do końca nie udało mi się pogodzić tych dwóch perspektyw – osobistego doświadczenia i tej głębszej, kosmicznej przynależności.
Pozostaje nam wrócić do kontemplacji piękna naszego wspólnego świata. Jesteśmy częścią wspaniałego korowodu życia i w tym tkwi całe piękno. Myślę o mojej mamie i o niezliczonych zastępach matek i ich dzieci, które w ciągu całej historii Ziemi obdarzały się miłością. Kiedy patrzę na odciski stóp dinozaurów, które zarejestrowały scenę sprzed, powiedzmy, 93 871 252 lat, scenę, w której dinozaurowa matka i jej dziecko tańczyły razem na piaszczystej równinie, odczuwam całe piękno tej chwili. A przecież to tylko jedna z niezliczonych chwil, które cudem utrwaliły się w zapisie kopalnym. To prawdziwy zaszczyt być świadkiem tego zdarzenia i zarazem poczuć się maleńką częścią o wiele większej historii.
* Autor używa tu pojęcia biosfera w znaczeniu sumy wszystkich żywych organizmów. W geologii jednak termin ten stosowany jest raczej w odniesieniu do tej części planety, która zajęta jest przez życie lub pozostaje pod jego wpływem, a więc jako „sfera”, podobnie jak litosfera – sfera skał, hydrosfera – sfera wody, czy atmosfera – sfera powietrza, z którymi to „sferami” biosfera zresztą się przenika.