Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Struktura

Żaden pancernik nie nosi puklerza. Kolejny głos w dyskusji o artykule „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”

Mopek jest tylko jeden. Kolejna polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”
Środowisko

Mopek jest tylko jeden. Kolejna polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”

Ze zdumieniem przeczytaliśmy artykuł Wojciecha Piaseckiego i Tomasza Heesego. Jako współautorzy współczesnego polskiego nazewnictwa ptaków i ssaków czujemy się zobowiązani do zajęcia stanowiska. [Artykuł także do słuchania]

Kawia kontratakuje. Polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”
Środowisko

Kawia kontratakuje. Polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”

Historia naszych słowników, zielników i podręczników dowodzi, że język opisu przyrody zawsze był tworem uczonych, nie ludu. [Artykuł także do słuchania]

Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie. Nadgorliwi Polacy zmieniają nazwy roślin i zwierząt
Środowisko

Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie. Nadgorliwi Polacy zmieniają nazwy roślin i zwierząt

Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój? Orzeł biały? Niestety, już nie. Gdyby ten ptak wiedział, jak go nazywają niektórzy polscy naukowcy, poczerwieniałby ze wstydu…

Wszyscy wypowiadający się w pulsarze na temat nazewnictwa gatunków zwierząt i roślin autorzy pominęli zasadniczy aspekt sprawy: pytanie, po co te nowe polskie nazwy i dla kogo? Fachowcy i tak będą się posługiwać międzynarodowym nazewnictwem łacińskim. Czy więc ma to być odpowiedź na potrzeby milionów Polaków, którzy biologami nie są? [Artykuł także do słuchania]

Konsultując od prawie czterdziestu lat filmy przyrodnicze dla telewizji stosuję – w miarę ich istnienia – polskie nazwy gatunków zwierząt i roślin. Od dłuższego czasu korzystam w tym celu także z internetu, gdzie pojawiły się nazwy nowe, często odmienne od już istniejących, dziwaczne czy wręcz wprowadzające w błąd. Źródłem ich jest opublikowana przez Muzeum i Instytut Zoologii PAN w roku 2015 licząca aż 362 strony książka autorstwa Jana Cichockiego i in. „Polskie nazewnictwo ssaków świata”. Jej autorzy postawili sobie za cel nadanie wszystkim istniejącym gatunkom i wielu podgatunkom ssaków polskich nazw dwuwyrazowych, tworząc nazewnictwo ściśle odpowiadające nomenklaturze naukowej (łacińskiej). Jak do tej pory komentowałem te nazwy prześmiewczo tylko podczas wykładów na Wydziale Biologii UW, jednak po przeczytaniu krytycznego artykułu Wojciecha Piaseckiego i Tomasza Heesego, apologetycznej odpowiedzi Piotra Panka oraz wypowiedzi samych autorów książki, postanowiłem zabrać głos także publicznie. Uważam bowiem, że wszyscy autorzy pominęli zasadniczy aspekt sprawy: pytanie, po co te nowe polskie nazwy i dla kogo? Fachowcy i tak będą się posługiwać międzynarodowym nazewnictwem łacińskim. Czy więc ma to być odpowiedź na potrzeby milionów Polaków, którzy biologami nie są?

Kto łazi po ryjkach, a kto dobrze lepi mury

Czy naprawdę choć jednej osobie w Polsce potrzebna jest lub kiedykolwiek będzie znajomość którejś z aż 31 dwuwyrazowych polskich nazw gatunkowych dla małp z rodzaju Callicebus, czyli titi, albo aż 61 nazw dla gatunków i podgatunków afrykańskiego koczkodana? Co mówią o nieznanym zwierzęciu takie dziwaczne, niespotykane w języku polskim nazwy jak np. „rurkonos” (podaję tylko nazwę rodzaju, wyprodukowano dla niego 15 epitetów gatunkowych), „leworek denny”, czy „chutliwiec” (brzmi dość dwuznacznie i ma aż 12 gatunków, np. skryty, zwinny). Czym/kim jest „irenka andyjska”? Osobiście znam tylko jedną Irenkę, ale ta mieszka na Warmii, natomiast łacińska nazwa rodzaju, Irenomys, przynajmniej zoologowi zasugeruje, że chodzi o jakiegoś „myszowatego” gryzonia. Czym jest „nocołazik czerwonolicy”? „Psinek większy” poza tym, że to komiczny oksymoron, wcale nie jest przedstawicielem psowatych, tylko nietoperzem, a „sierściak wełnisty” to nie kot, tylko gryzoń. Co to takiego „zjawa płowa” albo „wieczorek kubański”? Czy ten ostatni ma coś wspólnego z nocnym spacerem po Hawanie? A „ryjkołaz” (dwa gatunki), „sorkołaz okularowy” i „górołaz szponiasty”? Górołaz to dawna nazwa alpinisty, ale czy to oznacza z kolei, że ten pierwszy „łazi po ryjkach”? Czy nazwa rodzajowa „gołogrzbietek” z 14 gatunkami mówi cokolwiek na temat jej nosicieli? Co nam mówi o nietoperzach z rodziny rudawkowatych nazwa „owocożerek gołonosy” i „owocojadek jaskiniowy”? Chyba to, że ten pierwszy odżywia się sposób mniej kulturalny? Z kolei przedstawicieli innego rodzaju z tej rodziny nazwano „owocnikami”, a owocnik to przecież służąca do rozmnażania cześć grzybów.

Obok istniejącego lemura pojawiła się „lemuria” (13 nazw gatunków, a Lemuria to hipotetyczny zaginiony kontynent na Oceanie Indyjskim), „otolemur” (3 gatunki) i „lepilemur” (28 gatunków; czy „lepilemur zręczny” to taki, który dobrze lepi mury?). Kot bengalski stał się „kotkiem bengalskim”, obok oposa pojawił się takie rodzaje jak „oposowiec”, „oposek”, „opośniczek” i „oposułek” – łącznie aż 32 gatunki! Kto jest najmniejszy: „tenreczek delikatny”, „tenreczek maleńki” czy „tenreczynek”, „mikrusek malutki” czy „mikrusek mniejszy”? A jest też „mikrusek większy”! Hipopotam karłowaty, owszem, karłowaty w stosunku do hipopotama nilowego, stał się „hipopotamkiem karłowatym”. To takie podwójne maleństwo, do 275 kg żywej wagi. W nazewnictwie naukowym chyba powinniśmy unikać zdrobnień: „kotków”, „piesków”, „żyrafek” czy „wielorybków”. „Gazelopka” (gazela Thomsona i inne) przywodzi na myśl skrzyżowanie damskiej salopki, tańca galopka i eskalopków cielęcych. Czy „maoryjka” (w tradycyjnym nazewnictwie jedna z uchatek) to córka Maorysa i Maoryski, czy też Maoryska, która ma „małego ryjka”? Inna z uchatek stała się „uszanką”, a to przecież zimowa czapka. Królik bagienny – „królakiem bagiennym”, a Królak (Stanisław, 1931–2009) to sławny polski kolarz.

Nazwanie foki szarej „szarytką morską” to jakby nazwać jakiś gatunek „jezuitą zaroślowym”, bo szarytki to nazwa istniejącego we Francji od roku 1633, a w Polsce od roku 1652, żeńskiego zakonu Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a’Paulo. Ich dewiza to miłosierdzie – charité, a kolor habitów – uwaga – to granat! Czy to ma coś wspólnego z poprawną polszczyzną, czy świadczy o znajomości ojczystego języka?

Czy Autorzy tych nazw potrafiliby rozpoznać choć 5 proc. gatunków, które nazwali? Czy widzieli je chociaż na obrazku? Chyba nie, skoro np. w obrębie rodziny Chlamyphoridae (to jedna z dwóch rodzin pancerników) wiele rodzajów nazwali: puklerzowiec, włosopuklerznik (tu mój „ulubiony” gatunek – włosopuklerznik wrzaskliwy), puklerzniczek, puklerznik i puklerzyk. Nie ma i nie było takich słów w języku polskim – owszem, byli w średniowieczu tarczownicy i pawężnicy, ale o „puklerznikach” i „puklerzniczkach” nikt nie słyszał. Autorzy albo nie wiedzieli, co to jest puklerz (niewielka, okrągła tarcza o średnicy do 50 cm), albo też nie widzieli na własne oczy żadnego pancernika. Ich elastyczne ciało pokryte jest czymś, co przypomina zbroję łuskową, a niekiedy rzymską lorica tunicata. Żaden pancernik nie nosi puklerza, one naprawdę nie są podobne do żółwi.

Innym przykładem mylnej nazwy jest „pampasowiec grzywiasty”. Nazwa ta sugeruje jedynie, że to prawdopodobnie jakiś ssak lub ptak i że żyje na „pampasach”. Nazwa wilk grzywiasty wskazuje zaś od razu na drapieżnika z rodziny psowatych i kogóż poza wąskim gronem specjalistów obchodzi, że nie z rodzaju Canis, a Chrysocyon. W dodatku nie istnieją „pampasy” – prawidłowa nazwa to pampa, a wilk grzywiasty wcale tam nie występuje, wystarczy porównać jego zasięg z zasięgiem tej formacji roślinnej. Czyli – ani to „pampasowiec”, ani „pampowiec”. Wilk workowaty stał się jakimś potwornym „wilkoworem”, chyba krewnym wilkołaka. W dodatku „tasmańskim”, co jest o tyle nieprecyzyjne, że owszem, żył na Tasmanii do lat 30. XX w., ale żył też 2–3 tysiące lat temu w Australii. Czyli i tu, i tu jest dziś gatunkiem nieobecnym dokładnie w takim samym stopniu.

Nazewniczy chaos pogłębiony jest przez brak konsekwencji. Trzy gatunki słoni należą wszak do odrębnych rodzajów, więc zgodnie z założeniami samych autorów słoniem nie powinien nazywać się albo słoń indyjski (Elephas), albo oba gatunki afrykańskie (Loxodonta). Nosorożce to zaś pięć gatunków należących do aż czterech różnych rodzajów. Z kolei żubr (dlaczego „europejski”, czy są inne?) i bizon (czemu „amerykański”, czy są inne?) to ten sam rodzaj – Bison. Więc czemu nie „żubr europejski” i „żubr amerykański” albo „bizon europejski” i „bizon amerykański”?

Wszystkie wielkie koty należą do rodzaju Panthera, czyli lampart, a mimo to zachowały swoje dawne nazwy, niestety z dodatkami. Zamiast tygrysa pojawił się „tygrys azjatycki”, więc tygrys bengalski albo sumatrzański dla niefachowca będą odrębnymi gatunkami, a to po prostu podgatunki tygrysa (bez żadnych przymiotników). Lew stał się „lwem afrykańskim”, choć jeden z jego podgatunków, lew azjatycki/indyjski/perski żyje w Indiach. Nazewnictwo naukowe nie ma z tym problemu, to Panthera leo persica, ale wyobraźmy sobie formalnie poprawnego „lwa afrykańskiego perskiego”!

Chichot „krokut plamistych” i niestabilność lisa

Dwuwyrazowe nazewnictwo polskie niekiedy ma zastosowanie, gdy mamy do czynienia z kilkoma gatunkami z tego samego rodzaju, stykamy się z nimi często, gdy mają znaczenie gospodarcze, są obiektem hodowli lub kolekcjonerstwa. Oczywiście rozumiem sens tworzenia słownika zawierającego nazwy już istniejące, ale absolutnie nie ich hurtową produkcję i dublowanie czegoś już będącego w użyciu. Na całym świecie nikt nie wpadł na pomysł tworzenia dwuwyrazowego nazewnictwa, powielającego naukowe. Nie zrobili tego ani znani ze swej drobiazgowości Niemcy, ani Anglicy i Amerykanie, dysponujący wręcz niewyobrażalną liczbą popularnych nazw roślin i zwierząt. W dodatku w języku angielskim małpy człekokształtne to nie monkeys, a apes – czyli nie są małpami. Ślimaki nagie to nie snails, a slugs – czyli nie są ślimakami. Meduzy i żebropławy, choć to nie ryby, to jellyfish, a świnka morska to żadna „kawia” a guinea pig. Jakoś nikomu spośród 360-400 milionów ludzi, dla których angielski jest językiem ojczystym, to nie przeszkadza.

Pojawia się też problem rewizji taksonomicznych. Na przykład lis polarny, czyli piesiec, został przeniesiony z rodzaju Vulpes do rodzaju Alopex, czyli przestał być lisem i stał się już tylko pieścem, po czym po kilku latach, w wyniku kolejnych badań, powrócił do rodzaju Vulpes, czyli ponownie stał się lisem!

A jak sobie z nazewnictwem radzi Nauka (przez duże „N”)? Międzynarodowy Kodeks Nomenklatury Zoologicznej zawiera ścisłe przepisy mające zapewniać stałość i powszechność nomenklatury zoologicznej oraz odrębność nazw naukowych taksonów. Jedną z najważniejszych obowiązujących zasad jest prawo priorytetu. Mówi ono, że jeżeli kilku badaczy nieświadomie opisze ten sam gatunek, rodzaj lub rodzinę pod różnymi nazwami, to za obowiązującą uznaje się tę opublikowaną najwcześniej, a pozostałe stają się synonimami. Zwracam tu uwagę na słowo „opisze”, bo nadanie nazwy to dopiero ostatni akt pracy naukowej. Czy ktoś z autorów opisał któryś z gatunków, nie mówiąc już o tym, czy był w tym w Polsce pierwszy? Co zrobić z wcześniejszymi nazwami: z całą literaturą naukową, popularnonaukową, podróżniczą i przygodową, od „W pustyni i w puszczy” poczynając? Czy będzie trzeba ją „poprawiać”, by podróżnicy słuchali nocnego chichotu „krokut plamistych”, zamiast hien? I uwaga – niekiedy przepisy Kodeksu mogą zostać, za zgodą Międzynarodowej Komisji Nomenklatury Zoologicznej, zmodyfikowane lub pominięte, „w interesie stabilności nomenklatury”. Przykładowo, nie można obecnie nadawać epitetów gatunkowych będących jednocześnie nazwami rodzajowymi, ale czasami zachowuje się je ze względu na tradycję jako tzw. nomina conservanda. Lis pospolity to nadal Vulpes vulpes, a ryś to Lynx lynx – od formalnej poprawności ważniejsza okazuje się właśnie stabilność.

Jeszcze uwagi do Wikipedii, która natrętnie promuje te nowe nazwy, sugerując, że są one obowiązujące, że tak się te zwierzęta nazywają. Tymczasem to po prostu nieprawda: nazwy w językach narodowych nikogo nie obowiązują, a użycie ich jest kwestią zwyczaju. Celowo nie użyłem tu określeń „nazwy popularne, zwyczajowe, tradycyjne”, bo – by posłużyć się przykładem świnki morskiej – to właśnie ta nazwa jest popularna, zwyczajowa i tradycyjna, nie ta nieszczęsna „kawia domowa”. A tradycja ma służyć zachowaniu więzi międzypokoleniowej. Po drugie, jest wręcz nieetyczne, że przy zachowanych niektórych dawnych nazwach (np. nosorożec jawajski czy borowiec wielki) cytowana jest tylko pozycja Cichocki i in. 2015, skoro są one wymieniane w licznych wcześniejszych opracowaniach. Świat naprawdę nie zaczął się dopiero w roku 2015!

A wszystkich miłośników filmów z misiem Paddingtonem zapewniam, że był, jest i będzie on niedźwiedziem, a nie jakimś koszmarnym „andoniedźwiedziem”. Tak jak nadal jest śliniak, a nie „podgardle dziecięce” i krawat, a nie „zwis męski ozdobny”. I tylko przychodzi mi czasem do głowy przerażająca myśl, że może pojawić się jakiś szalony entomolog, który zechce „ubogacić” nasz ojczysty język (100–140 tys. słów) o nowe polskie nazwy dla 400 tys. znanych obecnie gatunków chrząszczy.

Reklama