Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Środowisko

Mopek jest tylko jeden. Kolejna polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”

Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie. Nadgorliwi Polacy zmieniają nazwy roślin i zwierząt
Środowisko

Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie. Nadgorliwi Polacy zmieniają nazwy roślin i zwierząt

Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój? Orzeł biały? Niestety, już nie. Gdyby ten ptak wiedział, jak go nazywają niektórzy polscy naukowcy, poczerwieniałby ze wstydu…

Kawia kontratakuje. Polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”
Środowisko

Kawia kontratakuje. Polemika z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”

Historia naszych słowników, zielników i podręczników dowodzi, że język opisu przyrody zawsze był tworem uczonych, nie ludu. [Artykuł także do słuchania]

Ze zdumieniem przeczytaliśmy artykuł Wojciecha Piaseckiego i Tomasza Heesego. Jako współautorzy współczesnego polskiego nazewnictwa ptaków i ssaków czujemy się zobowiązani do zajęcia stanowiska. [Artykuł także do słuchania]

Autorzy artykułu Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie. Nadgorliwi Polacy zmieniają nazwy roślin i zwierząt (Pulsar) przedstawiają proces porządkowania i aktualizowania nazw wernakularnych (krajowych, zwyczajowych) zwierząt jako zjawisko nowe, masowe i destrukcyjne, będące skutkiem „nadgorliwości” wąskiego środowiska. Taka narracja jest nie tylko nieuprawniona, lecz także świadczy o braku elementarnej znajomości historii polskiej zoologii. Polskie nazewnictwo ssaków i ptaków, podążające za podziałem systematycznym, ma w Polsce ponad 240-letnią tradycję sięgającą prac Krzysztofa Kluka (1779), Feliksa Pawła Jarockiego (1821), a następnie Gustawa Belkego, Benedykta Dybowskiego i wielu innych autorów XIX i XX w.

W systemie Karola Linneusza większość drobnych gryzoni była pierwotnie zaliczana do rodzaju Mus. Wraz z rozwojem wiedzy i zmianami w systematyce stopniowo tworzono i porządkowano polskie nazwy rodzin, rodzajów i gatunków. Z logiki prezentowanej przez Panów Profesorów wynikałoby zatem, że nie powinniśmy używać takich nazw jak badylarka, nornik, nornica, orzesznica, żołędnica czy karczownik, ponieważ pierwotnie wszystkie te formy należały do rodzaju Mus, a więc „były po prostu myszami”. Tego rodzaju rozumowanie prowadzi do oczywistych absurdów i podważa sens jakiegokolwiek rozwoju nazewnictwa.

Czytaj też (Polityka): Kawia i orłan kontratakują! Spór o nazwy zwierząt rozpala język i naukę

Zastanawiająca niechęć

Szczególnie rażące są przykłady, którymi autorzy próbują zilustrować rzekome „absurdy” nowego nazewnictwa. Przypisanie twórcom aktualnych list ptaków wprowadzenia nazwy „orłan” dla bielika Haliaeetus albicilla jest po prostu nieprawdą. W żadnej wersji oficjalnych wykazów nazw ptaków – od 1999 r. do dziś – taka nazwa nie została użyta. „Orłan” jest dawnym, marginalnym synonimem innego gatunku – bielika olbrzymiego Haliaeetus pelagicus, funkcjonującym sporadycznie w literaturze historycznej i – niestety – w niektórych ogrodach zoologicznych (Łódź, Zamość).

Autorzy artykułu sugerują, że „nietoperz stał się mopkiem”, co ma rzekomo dowodzić sztucznego i arbitralnego tworzenia nowych nazw. Tymczasem „mopek” odnosi się do jednego konkretnego rodzaju i gatunku – Barbastella barbastellus – i funkcjonuje w języku polskim od drugiej połowy XIX w. To stabilna, dawno ugruntowana nazwa wernakularna, od dziesięcioleci obecna w literaturze naukowej, atlasach, kluczach do oznaczania oraz materiałach dydaktycznych. W środowisku chiropterologicznym – specjalistów od nietoperzy– nigdy nie była przedmiotem kontrowersji ani problemów terminologicznych.

Autorzy artykułu są specjalistami w zakresie parazytologii i hydrobiologii, a nie biologii ssaków czy ptaków, co może tłumaczyć pominięcie podstawowych opracowań oraz realiów funkcjonowania nazewnictwa wernakularnego w tych grupach zwierząt. Zastanawiające jest również, czy deklarowana niechęć do polskich nazw ptaków i ssaków miałaby obejmować także inne dziedziny biologii i medycyny. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by w parazytologii – dziedzinie, którą zawodowo reprezentuje jeden z autorów artykułu – konsekwentnie rezygnowano z nazw wernakularnych na rzecz wyłącznego używania terminów łacińskich. Czy należałoby zatem uznać za niewłaściwe określenia takie jak zarodziec dla Plasmodium czy tasiemiec dla Taenia? Czy lekarz miałby informować rodzica, że dziecko zakażone jest Enterobius vermicularis, zamiast użyć powszechnie rozumianej nazwy „owsiki”? Nazwy chorób pasożytniczych – takich jak bąblowica, glistnica czy rzęsistkowica – są od dawna integralną częścią języka medycyny i dydaktyki akademickiej.

Czytaj też (Pulsar): Czy palma jest drzewem? A bambus? Tego się nie dowiesz z podręcznika do przyrody

Niezrozumienie różnic

Uproszczeń i nieścisłości w artykule jest więcej. Na przykład nazwy „pływacz” i „długopłetwiec”, przedstawiane jako rzekome współczesne neologizmy, są w rzeczywistości określeniami o długiej tradycji. Funkcjonowały w języku polskim już w latach 30. XX w., a jako pierwszy użył ich w publikacjach prof. Michał Siedlecki – protozoolog zajmujący się m.in. biologią morza, zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Zostały one następnie utrwalone w klasycznych opracowaniach, takich jak „Polskie nazewnictwo zoologiczne. Ssaki” (Anonymus 1968) oraz „Mały słownik zoologiczny. Ssaki” (1973) pod redakcją prof. Kazimierza Kowalskiego.

Autorzy artykułu zdają się nie rozumieć różnicy między systematyką, etymologią a nazewnictwem wernakularnym. Krytykują rozróżnianie nazw takich jak „mysz” (rodzaj Mus) i „myszarka” (rodzaj Apodemus), sugerując, że wprowadza ono zamęt i jest zbędne dla odbiorcy. Tymczasem odrębność tych rodzajów była podkreślana przez wybitnych polskich teriologów już kilkadziesiąt lat temu. Dr Andrzej L. Ruprecht z Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży wielokrotnie zwracał uwagę na fakt, że gryzonie z rodzaju Apodemus nie są „myszami” w sensie biologicznym.

Rozróżnienia tego typu funkcjonują powszechnie w wielu językach i nie są traktowane jako problem, lecz jako narzędzie porządkowania wiedzy o różnorodności biologicznej. Nazwa „świnka morska” (rodzaj Cavia) była zmieniana wielokrotnie. W wielu opracowaniach pojawiają się takie nazwy jak kawie, świnki, skowyki, morświnki, a teraz znowu są kawie. Warto wspomnieć, że nazwę „kawia” pierwszy zaproponował Stanisław Bonifacy Jundziłł w 1807 r.

Anachroniczne podejście

Wbrew sugestiom autorów artykułu proces tworzenia i aktualizowania nazw wernakularnych nie jest polską osobliwością ani lokalną fanaberią. To standardowa praktyka międzynarodowa realizowana w sposób systematyczny i zespołowy. Zaktualizowane listy nazw w językach niemieckim, angielskim, hiszpańskim i francuskim zostały opublikowane m.in. w „Illustrated Checklist of the Mammals of the World” (2020). We wrześniu 2025 r. ukazało się także nazewnictwo ssaków świata w języku bułgarskim. Nazwy wernakularne traktowane są jak niezbędne narzędzie komunikacji, edukacji i popularyzacji wiedzy biologicznej.

Aktualnie opisanych jest ponad 6,4 tys. gatunków ssaków, a liczba ta systematycznie rośnie wraz z postępem badań molekularnych i rewizji systematycznych. W tej skali uzupełnianie i porządkowanie nazw wernakularnych nie jest „mnożeniem bytów”, lecz naturalną konsekwencją wzrostu wiedzy o bioróżnorodności. Polega na systematycznym uzupełnianiu luk tam, gdzie wcześniej nazw krajowych nie było. Fakt, że w starszych opracowaniach wiele gatunków pozostawało bez nazw polskich, wynikał nie z zasady metodologicznej, lecz z ograniczonego dostępu do okazów, wiedzy i kontaktu z fauną pozaeuropejską. Dzisiejsza skala poznania świata przyrody czyni takie podejście anachronicznym.

Autorzy artykułu całkowicie pomijają fakt, że nazwy zwyczajowe odgrywają dziś kluczową rolę nie tylko w edukacji szkolnej, lecz także w ochronie przyrody, komunikacji społecznej, działalności organizacji pozarządowych, turystyce przyrodniczej oraz debacie publicznej. Ludzie chcą nazywać organizmy w języku, którym posługują się na co dzień. Oczekiwanie, że użytkownicy przyrody będą posługiwać się wyłącznie nazwami łacińskimi, jest nie tylko nierealistyczne, ale i sprzeczne z praktyką stosowaną w innych dziedzinach biologii oraz medycyny.

Odnosząc się do zapowiedzi skierowania sprawy do Rady Języka Polskiego, trudno nie zadać pytania, czego właściwie miałaby ona dotyczyć. Nazwy wernakularne w przypadku świata ożywionego nie są przedmiotem normatywnego rozstrzygania w sensie językoznawczym. Warto przypomnieć, że polskie nazewnictwo ptaków – jako pierwsze z nowoczesnych opracowań tego typu – było konsultowane z językoznawcami, w tym z wybitnym znawcą onomastyki, słowotwórstwa i dawnej polszczyzny prof. Januszem Strutyńskim. Jednym z kluczowych wniosków było uznanie nazw wernakularnych organizmów za nazwy własne, a więc za pełnoprawne elementy systemu języka.

Autorów artykułu w „Polityce” gorąco zachęcamy do zapoznania się przynajmniej ze wstępem „Polskiego nazewnictwa ssaków świata”, publikacji Muzeum i Instytut Zoologii PAN z 2015 r., której jesteśmy autorami. Jej lektura pozwoliłaby uniknąć wielu nieporozumień i błędów obecnych w omawianym tekście. Ze względu na ograniczoną objętość odpowiedzi nie możemy się do nich wszystkich odnieść.

Czytaj też (Pulsar): Chrząszcz Hitlera, ćma Marksa? I bądź tu modry! Przyrodnicy czyszczą katalogi fauny i flory

Nietrafione uproszczenia

Warto spojrzeć na ten spór szerzej – nie tylko jako na techniczną dyskusję o systematyce, lecz także jako na pytanie o rolę języka w opisie świata. Nazwy wernakularne nie są konkurencją dla nomenklatury naukowej ani jej uproszczoną wersją. Są elementem języka, kultury i komunikacji społecznej, a ich funkcjonowanie obok nazw łacińskich jest standardem w nowoczesnych społeczeństwach. W polskiej tradycji nie jest to myśl nowa ani kontrowersyjna.

Już w XVI w. Mikołaj Rej świadomie opisywał świat przyrody po polsku, nie widząc w tym zagrożenia dla rzetelności opisu, lecz jego naturalne dopełnienie. Trudno uznać, że to, co było fundamentem nowoczesnej polskiej kultury, miałoby dziś stać się przejawem „nadgorliwości” czy nieporządku. Dlatego warto, by w dyskusji o nazwach zwierząt i roślin brać pod uwagę fakty, znajomość tradycji oraz realiów współczesnej nauki, a nie sugestywne, lecz nietrafione uproszczenia, wynikające z braku znajomości podstawowej literatury przedmiotu. Spór o nazwy nie jest bowiem sporem o słowa, lecz o to, jak chcemy mówić o świecie, który poznajemy, chronimy i przekazujemy kolejnym pokoleniom.

dr Jan Cichocki, Uniwersytet Zielonogórski
prof. dr hab. Wiesław Bogdanowicz, Muzeum i Instytut Zoologii PAN
mgr Włodzimierz Cichocki, emerytowany pracownik Muzeum Tatrzańskiego im. dr. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem
mgr Paweł Mielczarek, emerytowany pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego
dr Agnieszka Ważna, Uniwersytet Zielonogórski

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną