Reklama
Awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie. Awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie. Getty Images
Struktura

Fukushima po 15 latach: Promieniowanie mniej zabójcze niż pochopna ewakuacja i medialna histeria

Podkast

pulsar nadaje. sygnał 93. Marek Janiak: Czy promieniowanie to samo zło?

Serial „Fallout” budzi – ledwie tylko uśpiony po awarii w Fukushimie – lęk przed tym, co niewidzialne, a potencjalnie zabójcze. Czy radiofobia ma racjonalne podstawy? Jakie są jej historyczne źródła? Czy każda dawka promieniowania jonizującego skutkuje mutacjami DNA i chorobą? Rozmowa z prof. Markiem Janiakiem, radiobiologiem, immunologiem, epidemiologiem, pułkownikiem w stanie spoczynku, niegdyś komendantem i dyrektorem Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii, wieloletnim kierownikiem Zakładu Radiobiologii i Ochrony Radiacyjnej WIHiE.

Katastrofa w Fukushimie wywołała polityczny chaos w położonym 200 km dalej Tokio. Ówczesny premier Japonii Naoto Kan w swoim telewizyjnym wystąpieniu 11 marca o godz. 17 złożył kondolencje ofiarom żywiołu, a następnie zdawkowo wspomniał, że część reaktorów jądrowych automatycznie wstrzymała pracę. Poprosił też wszystkich o zachowanie spokoju. Za kulisami był jednak daleki od opanowania. Zabrakło go również później. [Artykuł także do słuchania]

Zegar wskazywał godz. 14.46 miejscowego czasu, gdy w piątek 11 marca 2011 r. zadrżało dno Oceanu Spokojnego u wschodnich wybrzeży japońskiego regionu Tōhoku. Wstrząs był tak potężny, że w ciągu zaledwie trzech minut główne wyspy Japonii przesunęły się o ponad dwa metry w kierunku Kalifornii i zapadły w ocean o niemal metr. Wibracje dna morskiego dotarły aż na Antarktydę, gdzie od lodowców z hukiem odrywały się gigantyczne bloki. A po drugiej stronie Pacyfiku, u wybrzeży Chile, powstały fale o wysokości dwóch metrów. Ponadto dzień na całym globie uległ skróceniu o ok. 1,4 mikrosekundy (milionowej części sekundy). Było to następstwem przemieszczenia ogromnych mas skał względem osi obrotu planety. Podobnie jak łyżwiarz, który przyciąga ramiona do ciała podczas piruetu i kręci się szybciej, Ziemia zaczęła się obracać z minimalnie większą prędkością.

Polityczny chaos

Czujniki w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi w nadmorskim miasteczku Ōkuma natychmiast odnotowały potężne wstrząsy. Trzy z sześciu reaktorów, które w tamtej chwili pracowały, zachowały się zgodnie z procedurami i automatycznie wyłączyły. Wskutek uszkodzeń sieci energetycznej uruchomiły się awaryjne dieslowskie generatory, mające dostarczać prąd do potężnych pomp chłodzących, bo uranowe pręty paliwowe nadal wytwarzały duże ilości ciepła. Trzeba też było utrzymywać temperaturę w basenach ze zużytym paliwem jądrowym.

Początkowo wydawało się, że wszystko znajduje się pod kontrolą, ale ok. 50 min po trzęsieniu ziemi w japońskie wybrzeże uderzyła gigantyczna fala tsunami, która w paru miejscach na wschodnim wybrzeżu piętrzyła się na wysokość nawet 40 m. Samą elektrownię zalała ok. 15-metrowa ściana wody. Mur ochronny przygotowany został „tylko” na 5,6-metrowe tsunami, dlatego fala z łatwością przelała się przez tę barierę, niszcząc pompy wody morskiej na linii brzegowej, i wdarła do budynków reaktorów i maszynowni. To tam, w piwnicach ulokowanych 7–8 m poniżej poziomu gruntu, znajdowała się większość awaryjnych generatorów. Tsunami zatopiło 12 z 13 tych urządzeń. Jedyne ocalało w bloku nr 6, umieszczone wyżej niż pozostałe.

Bloki nr 1, 2 i 3 pogrążyły się w mroku, ale kryzys w każdym z nich rozwijał się w innym tempie. W pierwszym układy chłodzenia stanęły niemal natychmiast. Blok nr 3 zdołał przejść na zasilanie akumulatorowe, dzięki czemu awaryjne chłodzenie działało jeszcze przez ponad 20 godz. Z kolei w bloku nr 2 układ chłodzenia napędzany parą kontynuował pracę w znacznej mierze autonomicznie, choć operatorzy dokonali co najmniej jednej interwencji (zmiana źródła wody) przez kolejne 68 godz. Ostatecznie jednak we wszystkich trzech systemy awaryjne przestały działać, więc woda odbierająca ciepło z paliwa jądrowego zaczęła gwałtownie wrzeć i zamieniać się w parę.

Pracownicy Tokyo Electric Power Company (TEPCO) – właściciela i operatora m.in. elektrowni w Fukushimie – rozpoczęli desperacki wyścig z czasem. Ściągnięto wozy strażackie, by wtłoczyć do rdzeni najpierw słodką wodę, a później morską. Jednak ich słabsze pompy nie potrafiły sprostać zadaniu. Konieczny był też szybki zrzut nagromadzonej pary przez zawory bezpieczeństwa. One też wymagały prądu do działania, więc zdesperowani pracownicy wymontowywali akumulatory z samochodów.

Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli. Temperatura rosła, powodując parowanie wody i odsłonięcie prętów paliwowych z uranem. Powłoka paliwa, wykonana ze stopu cyrkonu, zaczęła wchodzić w reakcję z przegrzaną parą wodną, generując znaczne ilości wodoru, który tworzy z tlenem mieszankę wybuchową. Gaz ten, gromadząc się wewnątrz budynków, doprowadził do eksplozji w blokach nr 1 (12 marca) i 3 (14 marca). Nawet w niepracującym wówczas bloku nr 4 doszło 15 marca do wybuchu wodoru, który przedostał się tam z reaktora nr 3 poprzez wspólne instalacje. Wypuszczanie pary wodnej (w celu obniżenia ciśnienia) oraz zniszczenia spowodowane eksplozjami uwolniły do atmosfery substancje radioaktywne, przede wszystkim izotopy jodu i cezu. Mniej uszkodzone bloki nr 5 i 6 udało się schłodzić i bezpiecznie doprowadzić do tzw. stanu zimnego wyłączenia stosunkowo szybko, bo już 20 marca, ale walka o kontrolę nad stopionymi w dużym stopniu rdzeniami reaktorów w blokach 1, 2 i 3 trwała miesiącami.

Katastrofa w Fukushimie wywołała polityczny chaos w położonym 200 km dalej Tokio. Ówczesny premier Japonii Naoto Kan w swoim pierwszym telewizyjnym wystąpieniu 11 marca o godz. 17.00 złożył kondolencje ofiarom żywiołu, a następnie zdawkowo wspomniał, że część reaktorów jądrowych automatycznie wstrzymała pracę. Poprosił też wszystkich o zachowanie spokoju. Za kulisami był jednak daleki od opanowania – jeden z bliskich współpracowników zapisał nawet w służbowej notatce, że szef rządu „potrzebuje schłodzenia”, podobnie jak reaktory. Jeszcze tego samego wieczoru Kan oficjalnie ogłosił stan zagrożenia nuklearnego, a w następnych dniach z jego gabinetu wysyłano kolejne nakazy ewakuacji ludności: najpierw w promieniu 2, potem 10, a ostatecznie 20 km od zniszczonej elektrowni. W 2016 r., już jako były japoński premier, ujawnił, że rozważał wprowadzenie stanu wojennego w całym kraju oraz ewakuację ludności w promieniu aż 250 km, co objęłoby wielomilionową metropolię tokijską. Obawiał się wówczas, że na szali leży istnienie całej Japonii.

Zarządzona w pośpiechu i na masową skalę ewakuacja okazała się brzemienna w skutki, a z perspektywy wiedzy naukowej – w dużej mierze błędna. Rząd zdecydował się na wysiedlenie ludności z obszarów, na których dawki promieniowania były takie, jakie otrzymują z naturalnych źródeł (np. skał) mieszkańcy wielu regionów na całym świecie, od Finlandii po Brazylię. Prof. Philip Thomas, ekspert w dziedzinie zarządzania ryzykiem z University of Bristol, na podstawie wyników badań przeprowadzonych pod jego kierownictwem przez kilka uczelni stwierdził na łamach dziennika „Financial Times”, że uzasadnienie miało jedynie wysiedlenie na kilka tygodni ludności w promieniu kilku kilometrów wokół elektrowni.

Skutki społeczne i zdrowotne ewakuacji, która objęła 160 tys. osób, okazały się druzgocące. Liczba bezpośrednich ofiar śmiertelnych promieniowania wyniosła zero. Tymczasem relokacja ludności zabiła bezpośrednio lub pośrednio 2313 osób. W chaosie ucieczki umierali pacjenci szpitali oraz osoby starsze, pozostawione w ośrodkach bez leków i opieki. Rozpacz i utrata sensu życia zbierały tragiczne żniwo w kolejnych latach – do 2017 r. odnotowano aż 99 samobójstw związanych z opuszczeniem strefy wokół Fukushimy.

Inspekcja ekspertów z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) na terenie elektrowni.IAEA Imagebank/WikipediaInspekcja ekspertów z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) na terenie elektrowni.

Podsycana panika

Dla ewakuowanych największym zagrożeniem okazało się zatem nie promieniowanie, lecz utrata domów, perspektyw zawodowych i całkowity rozpad lokalnych więzi społecznych. Przesiedleńcy borykali się z narastającym stresem pourazowym, głęboką depresją, alkoholizmem oraz wyższym wskaźnikiem otyłości i cukrzycy. Uderzało w nich też okrutne piętno społeczne – w nowych miejscach zamieszkania byli wręcz unikani przez sąsiadów z irracjonalnego lęku przed rzekomą chorobą popromienną. A dzieci uchodźców z Fukushimy doznawały przemocy i były wykluczane w nowych szkołach jako „radioaktywne”. Ponad 40 proc. młodych matek odczuwało silny niepokój za sprawą stygmatyzacji, obawiając się m.in. zachodzenia w ciążę.

Tymczasem, jak wykazały raporty Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) z 2014 i 2022 r., nie zaobserwowano wzrostu wad wrodzonych u dzieci, raka tarczycy, białaczki ani żadnego innego nowotworu, który można by przypisać działaniu promieniowania jonizującego. Ewakuowani mieszkańcy byli bowiem narażeni średnio na dawkę promieniowania mniejszą niż otrzymywaną podczas tomografii komputerowej miednicy.

Szokujące jest również to, że skutki gigantycznego tsunami zostały zepchnięte przez wydarzenia w Fukushimie na daleki plan, mimo iż pochłonęło ono niemal 20 tys. ofiar i zniszczyło bądź uszkodziło ok. 1 mln budynków. Światowe media odegrały wyjątkowo negatywną rolę, porzucając rzetelne informowanie na rzecz produkowania przerażających nagłówków, siania paniki i braku weryfikacji faktów. Tabloid „The Sun”, najlepiej wówczas sprzedający się dziennik w Wielkiej Brytanii, na pierwszej stronie jednego z wydań gazety umieścił charakterystyczny żółto-czarny symbol radioaktywności z nagłówkiem: „Exodus z Tokio – tysiące ludzi ucieka przed trującą chmurą”. A redakcje telewizyjne zapraszały pseudoekspertów wieszczących „największą przemysłową katastrofę w historii”, nierzadko pomijając głosy naukowców, którzy spokojnie tłumaczyli, jaki jest rzeczywisty poziom zagrożenia.

Późniejsze badania wykazały absurdalną i ponurą dysproporcję – np. w dziesiątkach przeanalizowanych artykułów prasowych reporterzy rozmawiali wyłącznie z osobami ewakuowanymi z bezpiecznych terenów wokół Fukushimy, niemal całkowicie ignorując cierpienie ludzi, którzy w wyniku tsunami bezpowrotnie stracili bliskich i dorobek życia. Podsycany przez media irracjonalny lęk przed promieniowaniem okazał się o wiele większym zagrożeniem dla zdrowia publicznego niż substancje radioaktywne z uszkodzonych reaktorów.

Drugi Czarnobyl

Wszystko to nasuwało porównania z katastrofą w Czarnobylu, której 40. rocznica będzie obchodzona pod koniec kwietnia. Premier Kan miał już na samym początku katastrofy mamrotać pod nosem: „To jest jak Czarnobyl! To będzie dokładnie jak Czarnobyl!”. Te skojarzenia wzmocniły się, gdy katastrofa w Fukushimie została oceniona według międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych (INES) na maksymalne 7 stopni. Co oznaczało „wielką awarię z rozległymi skutkami dla ludzi, środowiska i gospodarki”. Czarnobyl też otrzymał 7. Na tym jednak podobieństwa się kończyły.

Przede wszystkim zupełnie inna była geneza obu katastrof i ich skutki. W Japonii zawiniła głównie siła natury, choć też popełniono pewne błędy, a przed katastrofą – zaniedbania. Natomiast wydarzenia w Czarnobylu to w stu procentach wynik arogancji, ludzkich pomyłek oraz wad konstrukcyjnych reaktorów typu RBMK, których nikt poza ZSRR nie budował. Dla oszczędności zrezygnowano np. z dodatkowej betonowej kopuły ochronnej. Gdy w wyniku rażących błędów obsługi (podczas testu bezpieczeństwa!) reaktor nr 4 eksplodował (na skutek niekontrolowanego wzrostu mocy i wybuchu pary wodnej), rozerwał betonowy dach i wyrzucił na zewnątrz zawartość, głównie uran i grafit.

Ogromne różnice widać także w bezpośrednich skutkach zdrowotnych. W Czarnobylu sama eksplozja, jak i ogromne dawki promieniowania zabiły łącznie 31 osób (pracowników elektrowni i strażaków). W Fukushimie nie zginął nikt. Odmiennie wyglądał również przepływ kluczowych informacji. Czarnobyl został przez władze sowieckie natychmiast odcięty od reszty ZSRR i świata. Fukushima była zaś pierwszym wypadkiem nuklearnym w erze telewizji nadających serwisy informacyjne przez całą dobę. Stacje TV miały więc natychmiastowy dostęp m.in. do widowiskowych kadrów eksplozji wodoru w blokach elektrowni.

Takie sceny dostarczyły nowego paliwa przeciwnikom energetyki jądrowej. Przed 11 marca 2011 r. coraz śmielej mówiło się o „nuklearnym renesansie”. Ze względu na rosnące zagrożenie zmianami klimatycznymi, atom – jako stabilne i praktycznie bezemisyjne źródło energii – zaczął wracać do łask. Katastrofa w Japonii brutalnie zatrzymała ten proces.

Najbardziej drastyczny zwrot akcji nastąpił u naszych niemieckich sąsiadów, czyli w największej gospodarce Europy. Kanclerz Angela Merkel – pod presją masowych protestów, w których na ulice wyszło ok. 200 tys. obywateli – zadecydowała o zamknięciu siedmiu reaktorów. Co więcej, powołując się na dawne polityczne obietnice, ogłosiła całkowite odejście Niemiec od atomu do 2022 r. (w związku z wojną w Ukrainie proces ten wydłużył się do kwietnia 2023 r.). Był to radykalny krok, jako że elektrownie jądrowe dostarczały wówczas ponad jedną czwartą całej energii elektrycznej u naszych zachodnich sąsiadów. Czym zostały zastąpione? Częściowo elektrowniami węglowymi (niektóre reaktywowano), gazowymi oraz importem energii m.in. z Francji, czyli z… siłowni jądrowych. Rozszerzono też wydobycie w odkrywkowej kopalni węgla brunatnego Garzweiler, likwidując znajdujące się tam turbiny wiatrowe.

Niemcy nie byli w swojej antyatomowej postawie osamotnieni. Rząd Szwajcarii ogłosił, że nie wybuduje już żadnej nowej siłowni jądrowej. Włosi zaś po raz kolejny odrzucili w ogólnonarodowym referendum pomysł wznoszenia reaktorów w granicach swojego państwa, preferując import prądu z Francji i Szwajcarii. O planach stopniowego wygaszania atomu poinformowały także władze Korei Południowej i Tajwanu. Wreszcie sama Japonia wyłączyła wszystkie swoje reaktory, co z dnia na dzień zamieniło ten kraj w jednego z największych na świecie importerów węgla i gazu ziemnego (później jednak stopniowo wracała do energetyki jądrowej – obecnie czynnych jest tam 15 spośród 33 zdolnych do pracy reaktorów).

Zaniedbane ocieplenie

Te polityczne decyzje, motywowane głównie strachem przed promieniowaniem, uderzyły rykoszetem w globalną walkę z ociepleniem klimatu. Zamykane przedwcześnie, w pełni sprawne i niskoemisyjne elektrownie jądrowe trzeba było przecież czymś zastąpić, gdyż odnawialne źródła energii, takie jak słońce i wiatr, są niestabilne. Tę lukę wypełnił przemysł paliw kopalnych (m.in. rosyjski), co bezpośrednio przełożyło się na zanieczyszczenie środowiska i wzrost emisji gazów cieplarnianych.

Dlatego można spotkać się z opiniami, że to nie Czarnobyl, lecz Fukushima odcisnęła największe piętno na publicznej debacie o energii jądrowej. Choć pojawiały się również zaskakujące, ale nieliczne głosy takich osób, jak wpływowy brytyjski dziennikarz, publicysta i działacz ekologiczny George Monbiot. W 2011 r. na łamach dziennika „The Guardian” pisał, że stara elektrownia z nieodpowiednimi systemami bezpieczeństwa została uderzona przez potężne trzęsienie ziemi i tsunami, ale nikt nie zginął od promieniowania, co dowodzi fundamentalnego bezpieczeństwa tej technologii.

Co ciekawe i z pozoru paradoksalne, podobną opinię można by też sformułować o Czarnobylu. Najgorsza możliwa do wyobrażenia katastrofa źle skonstruowanej potężnej elektrowni jądrowej w rzeczywistości przyniosła straty nieporównanie mniejsze, niż głoszą mity i wyobrażenia na jej temat.


Korzystałem z książek:

  • R. Partanen, J. Korhonen „Czarny koń. Energetyka jądrowa a zmiany klimatyczne” (wyd. polskie 2022 r.)
  • M. Visscher „The Power Of Nuclear. The Rise, Fall and Return of Our Mightiest Energy Source” (wyd. po angielsku 2024 r.)
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną