Shutterstock
Zdrowie

Kolejny lek na Alzheimera: za wcześnie i na rozczarowanie, i na ulgę

Lecanemab to przełom – ogłaszają media. To nadmierny optymizm – studzą emocje specjaliści. Tak czy inaczej, pacjenci muszą uzbroić się w cierpliwość.

Eksperci nauczyli się pokory. Mają świadomość z jak trudną, w przypadku tej skomplikowanej choroby mózgu, mierzą się materią. I dość już było rozczarowań związanych z hurraoptymistycznymi zapowiedziami przy okazji specyfików badanych pod kątem likwidacji objawów otępienia.

Ostatnim był Aduhelm – chemicznie nazywany aducanemabem – lek wyprodukowany przez amerykańską spółkę biotechnologiczną Biogen. Zarejestrowano go w Stanach Zjednoczonych w 2021 r. najwyraźniej na wyrost – bez gwarancji, że zlikwidowanie w chorej tkance mózgowej złogów β-amyloidu automatycznie przełoży się na poprawę funkcjonowania pacjentów.

Teraz Biogen ogłosił wyniki badań stworzonego we współpracy z japońską firmą Eisai kolejnego leku, także skierowanego przeciwko toksycznemu β-amyloidowi. Zapewnił, że spowolnił on pogarszanie funkcji poznawczych o 27 proc. w porównaniu z grupą przyjmującą placebo. I część zagranicznych specjalistów wyłamała się z chóru mówiących o „historycznym momencie”. Wszak niedawno neurolog Matthew Schrag z Vanderbilt University przedstawił w magazynie „Science” dowody podważające hipotezę amyloidu jako wyłącznej przyczyny stojącej za objawami choroby Alzheimera. Skoro więc leki oparte na takiej strategii zawiodły, dlaczego ten miałby okazać się obiecujący?

Za późny na skuteczne leczenie

Mimo wszystko jest między nimi kilka różnic. I być może właśnie na korzyść lecanemabu. Cytowany przez „Science” dr Jonathan Jackson z Massachusetts General Hospital w Bostonie zwraca uwagę, że aducanemab usuwa amyloid dopiero, gdy ten zlepi się już w większe złogi. A lecanemab działa na wcześniejszym etapie, to znaczy celuje w tzw. protofibryle – pasma już zdegenerowanego białka, ale jeszcze nie zbitego w płytki.

Oczywiście kolosalny wpływ na efekty może mieć moment wprowadzenia leku do organizmu, czyli rozpoczęcie nim terapii na jak najwcześniejszym etapie rozwoju choroby neurodegeneracyjnej. Z tego wszyscy zdają sobie sprawę od dawna. Ale to rodzi problem: jak rozpoznawać chorobę u ludzi, którzy w żaden sposób nie czują się chorzy; których zaburzenia pamięci i innych funkcji poznawczych są na tyle dyskretne, że nie podejrzewają u siebie otępienia, więc nie szukają pomocy? Owszem, do badań klinicznych łatwo zrekrutować bezobjawowe osoby, które mają wysokie ryzyko choroby – z rodzin dotkniętych tym schorzeniem. Potwierdza się ich status genetyczny, funduje im udział w eksperymencie i pokrywa koszty dodatkowych testów. W większości przypadków jednak pacjenci z demencją diagnozowani są dużo później, gdy choroba jest już rozwinięta na tyle, że lek, który byłby skuteczny na wczesnym etapie formowania płytek amyloidowych, może w ich przypadku nie przynieść żadnego efektu.

Zbyt uciążliwy do masowego stosowania

Dr Bart De Strooper, dyrektor brytyjskiego Instytutu Badań nad Demencją z University College London podejrzewa, że sukces lecanemabu na obecnym etapie badań klinicznych wynika z zagwarantowanego w ich protokole wydłużonego czasu obserwacji. Bo zawsze efekt podawania jakiegoś specyfiku będzie tym większy, im dłużej trwa eksperyment. Biogen i Eisai rzeczywiście zauważyły, że lecanemab nie poprawił funkcji poznawczych po 12 miesiącach podawania, ale zaczął spowalniać ich narastanie dopiero pół roku później.

W dodatku nie mówimy tu o tabletce, lecz kroplówce, którą pacjent musi otrzymywać dwa razy w tygodniu. Kuracja jest więc dość uciążliwa i przypomina dializy, na które pacjenci z niewydolnością nerek skazani są do końca życia, chyba że zostaną zakwalifikowani do przeszczepu nerek i organizm go przyjmie. A transplantacja mózgu nie wchodzi w rachubę. Jeśli więc lecanemab doczekałby się rejestracji i został dopuszczony na rynek, placówki zaangażowane w niesienie pomocy chorym z otępieniem miałyby nie lada kłopot organizacyjny, by stosować go na dużą skalę. Pacjenci i ich opiekunowie musieliby zaś wykazać się nie lada cierpliwością, by znieść terapię i dopiero po 18 miesiącach zauważyć spowolnienie narastania objawów.

Pod uwagę trzeba wziąć także ewentualne działania niepożądane – jedna piąta pacjentów uczestniczących w badaniach nowego specyfiku doświadczyła obrzęku mózgu lub krwawienia w ośrodkowym układzie nerwowym. W większości te incydenty nie wywołały żadnych objawów (zostały jedynie uwidocznione w testach PET), ale ok. 3 proc. osób otrzymujących lecanemab mimo wszystko na tej kuracji ucierpiało z powodu wylewów i ich konsekwencji.

Pochopnie ukierunkowany na jeden cel

Zarówno dr Strooper, jak i eksperci zaangażowani w inne badania dotyczące choroby Alzheimera, woleliby, aby leczenie tego schorzenia było nie tylko skuteczniejsze i bezpieczniejsze, lecz także wygodniejsze. Mogą to zapewnić leki drobnocząsteczkowe, które można połknąć zamiast wstrzykiwać. Badania takich molekuł trwają, ale zanim wytwórcy będą mogli ubiegać się o ich rejestrację, miną co najmniej 3–4 lata.

Wcześniej z pewnością usłyszymy o innych przeciwciałach monoklonalnych, podobnych do aducanemabu i lecanemabu. Szwajcarski koncern Roche jeszcze przed końcem tego roku zamierza przedstawić wyniki badań ostatniej fazy gentenerumabu. Na początku przyszłego roku zrobi to zapewne firma Eli Lilly z Indianapolis pracująca nad donenemabem. To kolejne podejście tego giganta farmaceutycznego do choroby Alzheimera, mimo że kilka wcześniejszych prób zakończyło się z marnym skutkiem, a prowadzone przez tę firmę badania od lat 90. XX w. pochłonęły ponad 3 mld dolarów. Może więc głębszej rewizji wymaga spojrzenie na przyczynę otępień i znalezienie innego celu terapii?

Zakwestionowana niedawno teoria β-amyloidowa nie odbiera temu czynnikowi ważnej roli w rozwoju choroby Alzheimera, ale pokazuje, że warto eksplorować również inne tropy. Mówił o tym niedawno (Gdzie prawda, gdzie fałsz w badaniach Alzheimera), komentując artykuł w „Science”, prof. Jacek Kuźnicki, neurobiolog i kierownik Laboratorium Neurodegeneracji w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie: Śmierć neuronów mogą wywoływać dwa toksyczne białka, β-amyloid od zewnątrz, a białko tau od środka. Ale może to być również odpowiedź organizmu na działanie czynników zapalnych, efekt zaburzonej homeostazy wapniowej, wpływ szkodliwego działania wolnych rodników lub niedokrwienia.

Przy tylu możliwych czynnikach prawdopodobnie skuteczniejsze okazałyby się nie pojedyncze przeciwciała monoklonalne, celujące w jeden rodzaj białka, lecz koktajl różnych specyfików o szerszym spektrum działania. Tak jak zdecydowano się na to w przypadku niektórych kuracji onkologicznych, w których podawana jest dziś chorym mieszanina leków hamujących różne szlaki rozrostu komórek nowotworowych. I to z bardzo dobrym efektem.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną