Shutterstock
Opinie

Firmowi władcy motyli

Jakie szanse na sukces mieliby aktorzy, gdyby w trakcie spektaklu na scenę co chwila wchodził reżyser i pouczał ich, jak mają grać? Takie, jak pracownicy, którym nad głowami wciąż stoją szefowie: żadne.

Uczestniczyłem ostatnio w naukowo-biznesowym meetingu poświęconym zarządzaniu zespołem, byciu liderem-menagerem. Jeden z prelegentów zaskoczył mnie swoim wystąpieniem. Jego recepta na bycie dobrym liderem była bowiem taka: „cisnąć, cisnąć, aby z ludzi wycisnąć jak najwięcej”. I choć ubrał to w inne słowa, to w rzeczywistości jego pomysł na zarządzanie ludźmi ogranicza się do wywierania na pracowników presji, która – jego zdaniem – motywuje ich do efektywniejszej pracy. Ponieważ po wykładzie rozległy się brawa (świadczyły albo o kulturze osobistej audytorium, albo o aprobacie dla tych poglądów), pomyślałem, że warto poświęcić nieco uwagi tendencji humanistycznej coraz mocniej wybrzmiewającej w dyskusji o zarządzaniu zespołem.

Z pewnością są jeszcze ludzie, którzy nie zapomnieli jak wygląda teatr. Pomyślmy zatem, odwołując się do teatralnych doświadczeń, jaka była by nasza reakcja, gdyby reżyser w trakcie spektaklu (nie próby) wchodził co chwila na scenę i pouczał aktorów jak mają grać swoje role? Czy taki spektakl miałby szansę odnieść sukces? Przenieśmy teraz tę sytuację na grunt firmy i zastanówmy się, dlaczego w taki właśnie sposób wobec współpracowników (= aktorów) zachowuje się wielu menagerów (= reżyserów) w swoich firmach?

Być może chcą, żeby pracownicy pracowali w określony sposób. Być może chcą ich nauczyć czegoś nowego. Być może chcą ich do pracy dodatkowo zmotywować. Nie ma powodów w takie ich intencje nie wierzyć. Ale czy nie można tego samego – lub nawet lepszego – efektu osiągnąć bez ciągłego stania pracownikom nad głowami?

Menadżera i pracownika łączy bardzo delikatna relacja. I jeśli ten pierwszy chce, aby ten drugi sam z siebie z chęcią wykonywał swoją pracę, to nie powinien jej naruszać. Motywacja pracownika do pracy działa tylko wtedy, gdy pochodzi z jego wyboru, z jego wolnej woli. A „wolna wola” – jak powiedział w „Adwokacie diabła” Al Pacino – jest jak skrzydła motyla – raz ich dotkniesz, a już nigdy nie oderwą się od ziemi” (It’s like butterfly wings: once touched, they never get off the ground). Dlatego dobry menager nie dotyka skrzydeł motyla, lecz je podziwia i pozwala im błyszczeć w „słońcu pracy”.

Dobry menager musi być niczym „nieruchomy poruszyciel” Arystotelesa – poruszać wszystkimi, samemu nie będąc poruszonym. Wracając do teatralnego porównania: sprawiać, że aktorzy się poruszają na scenie, a widownia jest poruszona w sercach i „kupuje” jego sztukę. Jeśli zaczyna wchodzić na scenę, poruszać się, czyli być „poruszonym”, zachowuje się jak komik, który śmieje się z opowiadanego właśnie przez siebie dowcipu, co sprawia, że przestaje być śmieszny. (Pamiętacie Bogdana Smolenia, który opowiadał swoje skecze ze śmiertelną powagą, a im bardziej był poważny i niewzruszony, tym większym śmiechem zanosiła się publiczność). Menagera-reżysera w firmie-teatrze powinno być jak najmniej, choć cały czas powinien sprawiać, aby każdy z aktorów miał wszystko, co potrzebuje do dobrej pracy-gry.

Być może niejeden menager pomyśli: to naiwne! Powie, że musi przecież kontrolować pracowników, żeby dobrze pracowali. Ale czy naprawdę jesteśmy w stanie wszystkich kontrolować? Czy nie stanie się dokładnie odwrotnie? Jeśli stworzymy atmosferę, która sprawi, że firma zacznie przypominać panoptikon Jeremy’ego Benthama, to ludzie zaczną marzyć tylko o ucieczce. Kto z własnej woli chce żyć w więzieniu?

Jeśli zatem będziemy pracowników wciąż „cisnąć”, to będą się czuli do pracy nie zachęceni, lecz zmuszeni, i zaczną się przed „wolą” menagera bronić, stawiać opór. A przecież jako menagerowie nie idziemy do pracy na wojnę, żeby zwalczać „ruch oporu”, lecz po to stajemy się liderami-menagerami, żeby razem z zespołem dokonywać wspaniałych rzeczy.

Warto przy tej okazji przypomnieć historię przekazaną przez Platona. Oto dawno temu, kiedy Grecja nie była jeszcze członkinią strefy euro, uczciwy pasterz imieniem Gyges znalazł czarodziejski pierścień. Pozwalał on człowiekowi stawać się niewidzialnym. Gyges zmiarkował, że może wiele rzeczy zrobić, bo nikt go nie zobaczy i nie złapie za rękę. I tak najpierw uwiódł żonę króla, potem zabił króla, aż w końcu sam stał się królem. Być może do tego wszystkiego by nie doszło, gdyby Gyges był pod ciągłym nadzorem.

Niewykluczone, że wiele osób pilnuje swoich pracowników (mężów, żon, partnerek, partnerów itd.) z lęku przed utratą pozycji. Ale czy taki rodzaj nieufnej miłości ma szanse powodzenia na dłuższą metę? Czy nie pozbawia partnerów wolnej woli? Można starać się być doskonałym strażnikiem i wciąż pilnować drugiego człowieka, ale przy pierwszej okazji, gdy tylko się tego zaniecha, stanie się dokładnie to, przed czym chciało się ustrzec.

Drugi człowiek, pracownik, będzie tylko wtedy lojalny wobec swojej firmy, gdy sam siebie będzie pilnował, żeby działać, pracować jak należy. Taka osoba, nawet gdy zdarzy się jej okazja, żeby zdradzić swoją firmę, nie zrobi tego, bo będzie powodowana prawdziwym uczuciem i pasją.

Pozwólmy zatem ludziom na samodzielność, a na pewno to docenią. A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech pomyśli o tych słowach:

„Zgaśnij wątłe światło!

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,

Nędznym aktorem, który swoją rolę

Przez parę godzin wygrawszy na scenie

W nicość przepada – powieścią idioty,

Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”.

William Shakespeare, Makbet, tłum. Józef Paszkowski

Powiadam zatem: bądź człowiekiem i pozwól być człowiekiem.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną