Ręka w łapę, ręka w skrzydło. O współpracy człowieka z osobnikami dzikimi
Zacznę od wygasłej kooperacji, która współczesnym może nie mieścić się w głowie. Wilki to przodkowie psów, więc nie powinno nas dziwić, że te inteligentne ssaki od zarania dziejów współpracowały z ludźmi. Najrzetelniejsze podania o tej zależności przetrwały głównie dzięki rdzennej ludności Ameryki Północnej, ale podobne interakcje najprawdopodobniej zachodziły też w Europie czy Azji. Ludzie uczyli się od wilków polowania polegającego na zapędzaniu zwierzyny na brzegi klifów, wąwozów lub w głęboki śnieg. Możliwe też, że wilki goniły do wyczerpania dużą zwierzynę (taką jak łoś, bizon czy mamut), z którą samodzielnie nie mogłyby sobie poradzić, a ludzie, oszczędzając energię, szli za pościgiem, by ostatecznie dobić wyczerpaną ofiarę. Po polowaniu łowcy zostawiali wilkom część mięsa. Zwyczaj ten przetrwał wśród rdzennej ludności Ameryki Północnej, nawet gdy już nie współpracowała tak ściśle z wilkami.
Ludzie do dzisiaj współpracują z dzikimi delfinami: oreczką krótkogłową (żyjącą w rzece Irawadi w Mjanmie) i butlonosem zwyczajnym w Brazylii. Do lat 30. XX w. stwierdzano także przypadki współpracy z butlonosem indyjskim w Australii. Chociaż do tych kooperacji dochodzi w oddalonych od siebie miejscach globu, to ich zasady są bardzo podobne. Delfiny najprawdopodobniej zaganiają ryby z głębin ku łodzi lub ku brzegowi, jednocześnie dając sygnały rybakom o położeniu ławicy. Ludzie zarzucają w te miejsca sieci, licząc na obfity połów. Rybacy zachęcali delfiny do współpracy sygnałami dźwiękowymi. Zwyczaj ten przetrwał do dzisiaj tylko w przypadku oreczki krótkogłowej. Mowa o stukaniu drewnianymi elementami o brzeg łodzi, uderzaniu wiosłami lub obciążnikami do sieci o powierzchnię wody, a czasem po prostu nawoływaniu przepływających ssaków. Co interesujące, po wspólnych łowach oreczki nie dostają zapłaty od człowieka – zdobycz chwytają podczas zaganiania ryb i w trakcie wyciągania napełnionych sieci, gdy niektórym ofiarom uda się czmychnąć.
W badaniu naukowym z 2014 r. podano, że w takich łowach bierze udział 51 rybaków z 6 wiosek i tylko 21 oreczek.
Brazylijskie połowy z butlonosami nie różnią się znacząco od tych z oreczkami. Wspólnie poluje się przeważnie na cefale pospolite. Sieci zarzucane są głównie z brzegu – dzięki temu ludzie łapią większe ryby, a sieci rozbijają ławice, co ułatwia delfinom chwytanie ofiar. Ta współpraca sprawia, że efektywność połowu zwiększa się nawet siedmiokrotnie – bez pomocy butlonosów ludzie zarzucaliby sieci w przypadkowe miejsca. Pomoc polega na tym, że delfiny sygnalizują rybakom, gdzie i kiedy warto umieścić sieć poprzez... skinienie głową. Zwierzęta wystawiają głowę nad wodę i uderzają o jej powierzchnię, zginając szyję.
W przeszłości ludzie współpracowali także z orkami. Archiwalne zapisy pochodzą z Rosji (z Półwyspu Czukockiego) i z Australii (z zatoki Twofold). Orki stadem naganiały walenie i inne morskie zwierzęta ku powierzchni wody albo ku brzegowi i otaczały je, co ułatwiało ludziom polowania. Zachował się zapis takiej sytuacji z 1830 r. Kilka orek atakowało walenia z rzędu fiszbinowców. W tym czasie pozostałe aktywnie szukały wielorybników, po czym zwróciły ich uwagę uderzeniami o powierzchnię wody (nie opisano, co dokładnie robiły) i poprowadziły do ofiary. Wielorybnikami byli emigranci ze Szkocji i członkowie aborygeńskiego plemienia Yuin. Po zabiciu walenia ludzie pozwolili orkom pożywić się jego językiem, zanim wciągnęli ofiarę na pokład. Ta współpraca międzygatunkowa w zatoce Twofold trwała niemal wiek i zakończyła się w 1926 r. Za główną przyczynę podaje się celowe morderstwo dwóch orek przez ludzi, co doprowadziło do odejścia stada.
W niektórych miejscach Afryki miodowody prowadzą ludzi (tzw. łowców miodu) do gniazd pszczół produkujących miód, głównie afrykańskiej pszczoły miodnej, ale też pszczół bezżądłowych. Ptak oczekuje, że człowiek zniszczy gniazdo, zabierze miód i czerw, a skrzydlatemu kompanowi zostawi wosk, który miodowody potrafią trawić. W zależności od regionu ludzie i ptaki współpracują w różnym stopniu. W Ghanie nie jest to regularny proceder, natomiast w Tanzanii i Mozambiku, gdzie żyją odpowiednio plemiona Hadza i Yao, ludzie zawsze korzystają z pomocy miodowodów. Głównie w tę komitywę wchodzą miodowody duże, ale źródła mówią też o miodowodach małych, szarogłowych i łuskogardłych.
W przypadku takich trwałych kooperacji skuteczność odnajdywania gniazd owadów jest pięciokrotnie wyższa, niż gdy łowcy miodu działają samodzielnie. A trzeba dodać, że miód i larwy stanowią 10% kalorii w diecie wymienionych plemion. Dla miodowodów też jest to ważna współpraca. Wosk to bardzo kaloryczny pokarm, a bez pomocy ludzi ptaki rzadko potrafią się do niego dobrać. Pszczoły afrykańskie są bardzo agresywne i próba rabunku wosku może się skończyć dla ptaka śmiercią. Bez pomocy bezpiecznie zjada plaster (zwisający z gałęzi, a nie ukryty np. w dziupli) tylko wtedy, gdy owady go opuszczą.
Poszukiwanie miodu jest inicjowane zarówno przez ptaki, jak i ludzi. Łowcy wołają ptaki, wydając charakterystyczne dźwięki: dmą w wydrążone przedmioty, gwiżdżą, krzyczą, a nawet rąbią drewno. Natomiast ptaki gwiżdżą specyficznie, by przykuć uwagę ludzi (dźwięki te służą tylko komunikacji z ludźmi). Gdy ptak upewnia się, że człowiek go widzi, prowadzi łowcę (zwykle w wyprawie bierze udział kilku mężczyzn, rzadziej kobiety) do gniazda owadów. Za pomocą siekier, ognia i dymu łowcy otumaniają pszczoły (jak europejscy pszczelarze używający dymu z podkurzaczy), niszczą ich gniazda i zabierają pokarm. Nie zawsze zostawiają wosk dla miodowodów, mając nadzieję, że głodny ptak poprowadzi ich do kolejnego miejsca. Informacja o tym, że ratele miodożerne z rodziny łasicowatych są również prowadzone przez ptaki ku pszczołom, jest nieprawdziwa.
Do współpracy między ptakami a ludźmi dochodzi nie tylko w egzotycznej Afryce. Bernd Heinrich w słynnej książce „Umysł kruka. Badania i przygody w świecie wilczych ptaków” (1999 r.) sugeruje, że europejscy myśliwi współpracują z krukami, by zlokalizować zwierzynę, a ptaki pożywiają się resztkami z polowań. Podobne doniesienia, chociaż starsze, pochodzą od Petera Freuchena i Finna Salomonsena, którzy opisali takie zależności w książce „The Arctic Year”. Natomiast wrona brodata ma pomagać Kanakom (rdzennej ludności Nowej Kaledonii) w odnajdywaniu larw żerujących w pniach drzew, a więc trudnych do znalezienia przez ludzi. Ptaki zyskują na tej współpracy, bo zbieracze rozłupują drewno, odsłaniając tym samym pokarm. Ale zarówno w przypadku kruka, jak i wrony dowody na te kooperacje są nieliczne, a ptaki niekoniecznie występują w roli aktywnych informatorów liczących na pomoc człowieka (tak jak w przypadku gwiżdżących na łowców miodu miodowodów), lecz są tylko wskazówką dla ludzi, gdzie znajdują się zwierzyna lub larwy. W tym wypadku myśliwi i zbieracze uważnie obserwują zachowania zwierząt, co trudno nazwać współpracą.
Interakcje zwierzę–człowiek nie oznaczają wyłącznie korzyści. Partner może oferować usługi niskiej jakości, np. zwierzę zostaje ranne w trakcie połowu, co zdarza się w przypadku delfinów. Czasem to zwierzę okazuje się niegodne zaufania – znamy przypadki z przeszłości, w których wilki atakowały ludzi, a nawet zabijały. Ryzykowne może być też samo inicjowanie współpracy – dla miodowodów dużym zagrożeniem jest atak drapieżników, gdy ptaki zdradzają swoją pozycję podczas nawoływania człowieka. Innym kosztem, ponoszonym przez obie strony, jest odnalezienie partnera skłonnego do komitywy, co zajmuje czas i wyczerpuje energię. Ale wszelkie te inwestycje są wyrównywane przez benefity. Ludzie oferują doświadczenie, spryt i technologie łowieckie, a zwierzęta – swoje unikatowe zdolności, np. umiejętność echolokacji i zwinność w wodzie czy doskonały wzrok. Jednocześnie sama nauka współpracy kosztuje obie strony czas i energię, a nie ma pewności, czy ostatecznie na tym zyskają. Zwłaszcza dla ludzi kooperacja może być mniej opłacalna – może efektywniejsze byłoby skupienie się w tym samym czasie na innych sposobach zdobywania pożywienia czy surowców.
Naukowcy przypuszczają, że do utworzenia niezwykłych więzi z ludźmi przyczyniła się naturalna skłonność delfinów, orek czy wilków do socjalizacji. W końcu łatwiej o współpracę, gdy już współpracować się potrafi. Tej trudnej sztuki ssaki (i ludzie) uczą się od osobników starszych lub w tym samym wieku. Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku ptaków. Miodowody to pasożyty lęgowe, które podrzucają jaja innym ptakom, więc dorosłe osobniki nie uczą swoich dzieci fachu prowadzenia ludzi do gniazd pszczół. Zdolność do współpracy muszą mieć zakodowaną genetycznie. Na dodatek sygnały, którymi człowiek nawołuje miodowoda, są różne w poszczególnych społecznościach i ptak uczy się je rozpoznawać. Młode ptaki są gorszymi przewodnikami niż starsze – co dowodzi, że doskonalą tę umiejętność.
Znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak właściwie doszło do nawiązania tak niesamowitych relacji między ludźmi i zwierzętami, jest trudne. Świadectwa dotyczące umiejętności dziedziczonych społecznie nie zachowują się właściwie w żadnych śladach materialnych, a podania ustne liczą setki, jeśli nie tysiące lat, więc nie są wiarygodne. Dlatego naukowcy zakładają, że takie więzi mogły wziąć się np. z komensalizmu (współbiesiadnictwa), podczas którego zwierzę czerpało korzyści z przebywania w pobliżu ludzi, ale nie wchodziło z nimi w interakcje. Podobny mechanizm zaszedł najprawdopodobniej w przypadku gatunków udomowionych przez człowieka. Z czasem dystans się skracał i człowiek zaczął czerpać zyski z obecności zwierzęcia, a przy odrobinie szczęścia dochodziło do koordynacji międzygatunkowej i nawiązania stałej współpracy.
Możliwe, że tak właśnie stało się w przypadku miodowodów i wilków. Miodowody żerowały na resztkach gniazd zniszczonych przez ludzi i w pewnym momencie zaczęły podążać za łowcami, by korzystać z pozostawionych resztek. Chociaż ptaki same potrafią wyszukiwać gniazda pszczół, to ostatecznie nauczyły się wzywać ludzi do pomocy. Z czasem ta relacja się zacieśniła i udoskonaliła. Naukowcy proponują też wyjaśnienie, w którym zarówno ptaki, jak i ludzie zauważali swoją obecność przy gniazdach owadów. Po zniszczeniu siedliska pszczół obie strony odnosiły korzyści. Niewykluczone, że to doprowadziło do zawiązania współpracy międzygatunkowej, ponieważ ptaki zaczęły kojarzyć ludzi z woskiem, a ludzie – ptaki z pszczołami. Później pojawiły się komunikaty ułatwiające interakcję międzygatunkową.
W przypadku delfinów mogła zajść odwrotna sytuacja – to człowiek czerpał korzyści z przebywania przy zwierzętach, ale nie wywierał na nie żadnego istotnego wpływu. Na przykład wzmożona aktywność delfinów w mętnej wodzie wskazywała na obecność ławicy. Współbiesiadnictwo jednak zachodziło tylko wtedy, gdy zasób pokarmu był tak obfity, że obie strony o niego nie konkurowały. Ludzie mogli też pozyskiwać resztki pozostawione przez żerujące zwierzęta lub dzielić z nimi zdobycze. Tak było w przypadku orek, które zjadały tylko język upolowanego przez ludzi wieloryba. Podczas wspólnego polowania czy to delfinów na ryby, czy orek na wieloryby łatwiej mogło dojść do nawiązania współpracy.
Inną hipotezą wytworzenia niezwykłych więzi między ludźmi i zwierzętami jest kleptopasożytnictwo... ludzi na delfinach. Zwierzęta te mają w zwyczaju zaganiać ławice w kierunku podwodnych blokad (np. brzegów rzek), które ograniczają rybom możliwość ucieczki. Do dzisiaj w pewnych miejscach na świecie rybacy wykorzystują to zachowanie i kradną delfinom sprzed nosa ich ofiary. Tak się dzieje w przypadku garbogrzbietów indyjskich. To złodziejstwo mogłoby ostatecznie przekształcić się we współpracę, jeśli delfiny nauczyłyby się koordynować pracę z ludźmi.
Historycznie mogło też dochodzić do podmiany partnerów. Nie od wczoraj wiadomo, że wilki współpracują z krukami. Ptaki prowadzą ssaki do stad zwierząt, a same później pożywiają się resztkami z polowania. W przypadku wspomnianej w tym artykule współpracy między ludźmi i krukami mogło dojść właśnie do podmiany partnera – ludzie zastąpili w tej relacji wilki.