Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy Pulsar - wyjątkowy portal naukowy Mirosław Gryń / pulsar
Człowiek

Kuźmina, Szurmiński: Dezinformację da się ograniczyć. Klucze to wiedza i panowanie nad kciukiem

Podkast

pulsar nadaje. sygnał 169. Mazurkiewicz, Tyrowicz: Prawda to moneta z dwóch metali

Ile tracimy na dezinformacji? W jakiej „walucie”? Kto i jak może nas przed tymi stratami ustrzec? Odpowiadają Maia Mazurkiewicz – prezeska Zarządu Fundacji PZU, adwokatka, współzałożycielka Alliance for Europe oraz prof. Joanna Tyrowicz – ekonomistka związana z Uniwersytetem Warszawskim oraz Niezależnym Pozarządowym Ośrodkiem Badawczym GRAPE, członkini Rady Polityki Pieniężnej. [wideokast]

Fałszywe informacje żyją długo. Dlaczego tak jest i jak dziś walczą z nimi media, mówią prof. Dariusz Kuźmina i dr hab. Łukasz Szurmiński z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. [Artykuł także do słuchania]

Dariusz KuźminaUW/|Dariusz Kuźmina

Prof. Dariusz Kuźmina jest historykiem. Zajmuje się m.in. znaczeniem druku w historii nowożytnej. Od 2024 r. pełni funkcję dziekana Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW.

Łukasz SzurmińskiUW/|Łukasz Szurmiński

Dr hab. Łukasz Szurmiński to medioznawca, wykładowca na WDIiB UW. Zajmuje się m.in. teorią i praktyką propagandy, nowymi mediami oraz polskim systemem środków społecznego przekazu

KATARZYNA CZARNECKA: – Jakiego wzrostu był Napoleon?
DARIUSZ KUŹMINA: – Typowa odpowiedź: był niski.

Właśnie. Tymczasem mierzył ok. 168 cm, czyli w owych czasach był wzrostu słusznego. „Mały kapral” to wymysł brytyjskiej propagandy. Maria Antonina nigdy nic nie mówiła o jedzeniu ciastek zamiast chleba – to zdanie napisał Jan Jakub Rousseau, kiedy przyszła królowa Francji miała 10 lat. A z obserwacji Johna Herschela nie można było wysnuć wniosku, że na Księżycu żyją ludzie ze skrzydłami nietoperza i dwunogie bobry, o czym entuzjastycznie donosił dziennikarz „The Sun” w 1833 r. Dezinformacja od dawna ma się świetnie.
D.K.: – Tak, można jej szukać już w staroegipskich inskrypcjach sławiących wielkie zwycięstwa, których nie było.

Tego typu treści nie są podatne na demistyfikację.
ŁUKASZ SZURMIŃSKI: – Niestety. Rytualne mordy choćby – oskarżono o nie Żydów w XII w., a legenda przetrwała do XX w. Albo „Protokoły mędrców Syjonu”. Wiadomo, że zostały sfabrykowane na zamówienie carskiej ochrany, a jeszcze kilkanaście lat temu można było je kupić pod kościołem na Krakowskim Przedmieściu – i zapewne dalej są w obiegu. Kłamstwa, szczególnie te nośne, są niemal niezniszczalne. Bo ludzie chcą w nie wierzyć.

To chyba niejedyny powód?
Ł.S.: – Oczywiście. Zawsze są jakieś osoby czy instytucje, które takie treści upowszechniają, bo na ogół mają w tym jakiś interes, głównie polityczny. Dosyć oczywistym odruchem jest to, że za swoje niepowodzenia czy niedoskonałości niektórzy próbują obarczać innych. Muszą więc znaleźć kozła ofiarnego. I jeszcze jedno: skoro coś sprawdzało się w średniowieczu czy przed drugą wojną światową, to często sprawdza się i dzisiaj. Identyczną sytuację mamy przecież z postrzeganiem w Polsce Ukraińców. Pojedyncze fejki dotyczące osób, które rzekomo dopuściły się różnych przestępstw, budują i podsycają klimat niechęci.

W powolny, niemal niezauważalny sposób granice są przesuwane. I nieważne, że szybko się okazuje, że napastnikiem czy złodziejem był Polak – pierwotna informacja ma moc, bo była pierwsza (w propagandzie mówi się o efekcie zakotwiczenia), i już żyje własnym życiem. Kluczem jest tu też coś, co określamy mianem plemienności. Część osób ma niechętny stosunek do jakichś wybranych grup i jeśli dany pogląd wpisuje się w ich postrzeganie świata, to się go z uporem trzymają.

D.K.: – Także z powodu stereotypów typu „Światem rządzą Żydzi i masoni”, „Ukraińcy zabierają to, co nam się należy”.

Czy widać tu różnice pokoleniowe?
D.K.: – Niektórzy nasi studenci mówią, że słyszą takie opinie po raz pierwszy. Inni jednak są doskonale zorientowani.

W 1989 r. z mediów zniknęła nachalna propaganda PRL, w którą zresztą mało kto już wierzył. Czy dzisiejsza, często subtelna dezinformacja jest skuteczniejsza?
Ł.S.: – Punktem wyjścia do rozważań nad łopatologicznością propagandy jest zawsze pytanie, do kogo chcemy dotrzeć. Jacek Kurski w TVP przecież właśnie taką tworzył, bo budował twardy elektorat, umacniał bazę. Czy skutecznie? Tak. Jednocześnie jednak część widzów powiedziała: „Nie będę tego oglądać”. Tego typu przekaz dociera do osób mniej wykształconych. Treści dezinformacyjne – które są przecież elementem propagandy – także mogą być bardzo proste. Mogą też jednak działać na zasadzie: „Podrzucamy jakąś opinię, ale ze znakiem zapytania, snujemy jakieś sugestie czy supozycje i liczymy na mechanizm samoodkrycia”. A to już działa na lepiej wykształconych.

Kilka lat temu pojawiło się ciekawe badanie. Na pytanie, czy mieli do czynienia z dezinformacją, uczestnicy odpowiadali, że tak. Czy to problem? Tak – mówili. I zaraz dodawali, że nie dla nich, bo oni są w stanie odróżnić treści prawdziwe od nieprawdziwych. I to przekonanie o własnej nieomylności jest pułapką.

Ten błąd poznawczy – efekt Dunninga-Krugera – to obok wspomnianego efektu zakotwiczenia jeden z wielu, które uniemożliwiają odróżnienie prawdy od fałszu. W 2025 r. ukazał się raport „Międzynarodowa opinia na temat globalnych zagrożeń”, z którego wynika, że 85 proc. Polaków uważa za takie dezinformację. Świadomość zagrożenia nie równa się jednak umiejętności jego unikania?

Ł.S.: – Nie, chociaż na pewno zwiększa uważność.

D.K.: – Ja mam wątpliwości. Bo samo słowo ma już zabarwienie pejoratywne, więc te odpowiedzi mogą być nieco na wyrost.

Ł.S.: – Mnie się zawsze w tym kontekście przypomina, zrobione ewidentnie dla żartu, badanie, w którym padało pytanie: „Co byś zrobił, gdyby się okazało, że twój syn jest Homo sapiens?”.

Filozof Karl Popper w 1945 r. sformułował tzw. paradoks tolerancji: ludzi nietolerancyjnych nie wolno tolerować, bo to zagraża demokracji i wolności słowa. Niedawny wywiad z Kamratami w Kanale Zero był jaskrawym przykładem działania wbrew tej tezie – określono go jako whitewashing, czyli legitymizowanie skrajnych poglądów, bo ich obalanie było w tym wypadku pozorne. Czy nawet poważni dziennikarze nie tworzą jednak niekiedy materiałów fact-checkingowych tak, że rozpowszechniają nimi dezinformację?
Ł.S.: – Jest to kłopot, ale ja bym go zniuansował. Po pierwsze, tzw. media tradycyjne, duże i poważne, radzą sobie z nim dobrze. Niezwykle rzadko pojawiają się w nich bardzo kontrowersyjne treści, bo działają w nich mechanizmy weryfikacji i redakcje nie uchylają się od odpowiedzialności za to, co wypuszczają w świat.

Nawet im zdarza się jednak używać np. klikbajtów, podgrzewania tematu. To jeszcze tylko zachęta do przeczytania artykułu czy już dezinformacja?
Ł.S.: – Klikbajty podważają zaufanie do mediów jako takich. Skoro tytuł, a czasami także lead w fundamentalny sposób nie zgadzają się z resztą treści, to w dalszej perspektywie wpływają na wiarygodność nadawcy. Zwłaszcza jeśli mówimy o mediach, które aspirują do roli opiniotwórczych. Pieniądz wynikający z klikalności może się i zgadza, ale ranga danego medium leci na łeb na szyję.

A wracając do poprzedniego pytania – zupełnie inaczej wygląda sytuacja w portalach społecznościowych: człowiek, który tam publikuje treści, jest sam sobie dziennikarzem, redaktorem, wydawcą i niczego nie musi weryfikować.

Widzę jednak, choćby na X, że użytkownicy korzystają z materiałów Konkretu24, Demagoga czy PAP i pod fejkowymi postami umieszczają komentarze. Te działania nie są idealne, ale jakieś efekty jednak przynoszą.

Dezinformacja – celowe oszustwo, by wyrządzić szkodę, misinformacja – fałszywa lub zmanipulowana treść powielana bez złych intencji, malinformacja – treść prawdziwa, ale wykorzystywana złośliwie lub szkodliwie. To tzw. triada nieładu informacyjnego. Czy edukacja powinna się zaczynać od tego typu klasyfikacji?

Ł.S.: – W webinarze dla projektu Centrum Współpracy i Dialogu UW „Nauka Sprawdza” powiedziałem, że nie ma sensu, żebyśmy koncentrowali się na opisaniu wszystkich sposobów dezinformowania. Tym niech się zajmują akademicy. Ludzie powinni znać podstawowe terminy, jednak zdecydowanie więcej trzeba mówić o języku, o narzędziach, jakie stosują oszuści, ale też o kanałach, które są wiarygodne i godne zaufania.

„Nauka sprawdza” to projekt Centrum Współpracy i Dialogu UW. Inicjatywa ta, finansowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego została stworzona z myślą o edukacji społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem odbiorców z grupy wiekowej 16–49 lat. Jej główne filary to wzmacnianie kapitału społecznego nauki i naukowców, budowanie odporności społecznej oraz dialog między środowiskiem akademickim a otoczeniem.

Czy powinno się także uczyć rozumienia mechanizmów, które czynią fałsz atrakcyjnym?
Ł.S.: – Zdecydowanie tak. Miejmy nadzieję, że doczekamy się wreszcie zajęć z edukacji medialnej na wszystkich poziomach szkolnych. Nasi studenci mówią co prawda, że mają już przesyt, bo wątek fałszywych informacji pojawia się w programie co drugiego przedmiotu. Tyle że uczelnia to jednak mikroświat, a ja mam na myśli różne grupy wiekowe. Z wiedzą na ten temat można docierać do ludzi poprzez warsztaty dla poszczególnych grup zawodowych. Doskonałym narzędziem byłyby uniwersytety trzeciego wieku. Z publikacji naukowych wynika, że właśnie osoby starsze częściej się nabierają na dezinformację.

W 2025 r. Komisja Europejska opublikowała kolejny „Digital Decade Country Report”. Wynika z niego, że jedynie 44,3 proc. Polaków ma podstawowe kompetencje cyfrowe, a celem Unii Europejskiej jest 80 proc. Szczególnie dotyczy m.in. seniorów.
D.K.: – U nich powodem jest przekonanie, że mediom można wierzyć. Naprawdę ważne jest to, żebyśmy się koncentrowali na edukowaniu nie tylko młodych, ale też ich rodziców i dziadków. A wszystkim warto przypominać o odpowiedzialności za słowo. I dobrze też pomyśleć o swoim kciuku, którym zarządzamy dezinformacją. Bo jeśli coś przeczytam i nie wyrażę swojej opinii, to to do mnie nie wróci. A jeśli kliknę emotikon, nawet ten wyrażający dezaprobatę, to algorytmy będą mi podrzucać podobne treści. „Stwierdzanie” kciukiem „podoba mi się”, „nie podoba mi się” jest dziś zbyt emocjonalne.

Przecież także dla mediów tradycyjnych emocje od początku były ważne – przykładem choćby wspomniane kosmiczne artykuły „The Sun”.

Ł.S.: – Pierwsze gazety w Europie pojawiły się w XVII w. Moim zdaniem dużo ciekawszy jest właśnie wiek XIX – wtedy nałożyło się na siebie kilka zjawisk. Po pierwsze, zmiany technologiczne związane z drukiem przemysłowym. Po drugie – społeczne, wynikające z migracji ludzi ze wsi do miast, czyli zwiększenie liczby potencjalnych czytelników. I po trzecie, rosnąca skolaryzacja, czyli poszerzenie się grupy osób może niespecjalnie dobrze wykształconych, ale umiejących czytać i pisać. Z tej perspektywy końcówka XIX w. to szalony rozwój prasy, jeszcze wtedy nieokreślonej mianem tabloidowej, skandalizującej, która bazowała właśnie na emocjach. Pół żartem, pół serio czasami mówię, że ona zastąpiła publiczną egzekucję. Na marginesie: nie bez kozery książka Wiesława Władyki o tabloidach z 20-lecia nosiła tytuł „Krew na pierwszej stronie”. Podkręcanie tych emocji bezpośrednio przekładała się na sprzedaż. Niektóre prestiżowe dzisiaj tytuły też zresztą zaczynały niejednoznacznie – np. „New York Times” do drugiej dekady XX w. balansował, zanim w końcu postawił na model quality paper.

Widzę tu jednak paradoks: w XIX i XX w. tytuły sensacyjne były popularne, bo stanowiły tylko część rynku, na którym funkcjonowały też pisma prestiżowe. Teraz, kiedy jakościowe media podupadają, to i te tabloidowe słabiej sobie radzą. W tym sensie wszyscy stracili na rzecz portali społecznościowych.

Według IBRiS w 2025 r. zaufanie do mediów prywatnych było na poziomie 51,3 proc. Do publicznych – 35,3 proc. Serwisy społecznościowe osiągają 30,4 proc. I choć nieufność do nich deklaruje 33,5 proc. badanych, te dane nie wróżą dobrze.
Ł.S.: – Zgadzam się. Myślę, że problem polega na tym, że np. niezależnie od tego, jak krytykowane były media publiczne w III RP, to jednak wyznaczały jakiś standard. Zbrodnią poprzedniej ekipy politycznej jest całkowite zniszczenie wizerunku Telewizji Polskiej, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej. Odbiorcy wybrali inne media i do publicznych już masowo nie wrócą.

D.K.: – Gdy pytamy studentów, co chcieliby robić po dziennikarstwie, odpowiadają, że „organizować proces wydawniczy albo realizować telewizję”, ale jej nie oglądać.

Ł.S.: – Szczególnie że jest tyle treści gdzie indziej. Od kilku lat mówi się o mobinatach, czyli osobach, które oglądają treści multimedialne z portali społecznościowych wyłącznie na urządzeniach mobilnych. Tradycyjne media to oczywiście zauważyły – wszystkie redakcje w krótkich formach próbują pokazać to, co emitują czy drukują. Mnie przeraża jednak coś innego: na Instagramie czy TikToku pojawiają się tzw. autorskie przeglądy wydarzeń i dla wielu ludzi to jest jedyne źródło wiedzy o świecie. A o kwestii odpowiedzialności i wiarygodności ich twórców już mówiliśmy.

„Studia są od tego, żeby przede wszystkim uczyć analitycznego myślenia, zadawania pytań. Dzisiaj w czasach dezinformacji to jest kluczowe zadanie, jakie stoi przed uczelniami kształcącymi tych, którzy będą pracować w mediach” – powiedział jeden z panów dla portalu Wirtualne Media. W rankingu najbardziej poważanych zawodów w 2025 r. profesor uniwersytetu znalazł się na ósmym miejscu, dziennikarz zaś na 35.
Ł.S.: – Niestety, jest w tym zawodzie sporo osób, które nie zasługują nawet na miano media workers. Prawdziwi dziennikarze też dokładają swoje trzy grosze na wielu różnych poziomach, zwłaszcza aktywnością w portalach społecznościowych. Po czasach PRL idea dopuszczania do zawodu wielu osób była szczytna – wedle zasady, że dobry pieniądz wyprze słaby. W Skandynawii, we Francji czy w Niemczech są jednak lepsze branżowe rozwiązania: jest prestiż, jest misja, jest jakieś zadanie publiczne i nie może być tak, że każdy, kto chce, może się podawać za dziennikarza. Dopóki media w Polsce tego nie zrozumieją, dopóty w tych rankingach dziennikarze będą coraz niżej. A już dziś są za politykami, co jest najlepszym podsumowaniem sytuacji.

A co może zrobić środowisko akademickie, aby zwalczyć dezinformację?
D.K.: – Dam przykład. Zrobiliśmy ostatnio raport o dezinformacji w pismach polonijnych. I Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło o kurs i studia podyplomowe, „żeby nasi dziennikarze z całego świata mieli większą wiedzę”. Z kolei w porozumieniu z marszałkiem przygotowujemy teraz materiały szkoleniowe dla nauczycieli z całego województwa.

Ł.S.: – Prof. Anna Jupowicz-Ginalska realizuje równolegle projekt dla lokalnych liderów. Warsztaty mają uwrażliwić na dezinformację i mowę nienawiści. Taka praca u podstaw przyniesie więcej pożytku niż wielkie kampanie. Dlatego w edukacji chodzi o uświadamianie ludziom na prostych przykładach, jak dezinformacja działa, jak ją dekodować, jak weryfikować treści czy nadawcę, jak budować wzajemne zaufanie. Żeby zerkając na jakiś fake news, szybko byli w stanie stwierdzić, że nie warto mu poświęcić nawet sekundy uwagi.


Partnerzy|Partnerzy

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną