Foki droga donikąd. Odpowiedź na polemikę z tekstem „Jaki znak twój? Orzeł biały? Już nie”
Na wstępie pragniemy wyjaśnić, że atakowanie kogokolwiek osobiście nigdy nie było naszą intencją. Przykładowe źródło zostało podane na wyraźną prośbę Redakcji, tuż przed publikacją naszego artykułu. Krytykujemy pewien zbiór przekonań – a nie konkretne osoby. Jak wiadomo, sukces ma wielu ojców; paradoksalnie, podobnie bywa ze zjawiskami, które skłonni jesteśmy oceniać zgoła odmiennie.
Autorzy polemiki „Mopek jest tylko jeden” najwyraźniej poczuli się dotknięci naszymi opiniami – ich riposta jest bowiem zdecydowanie bardziej osobista, a mniej odnosi się do sedna sprawy.
Po pierwsze, tworzenie polskiej, „równoległej” alternatywy dla nomenklatury binominalnej to przedsięwzięcie, którego sam Linneusz pragnął uniknąć. Próba przeniesienia każdego drgnięcia na drzewie filogenetycznym na język potoczny wydaje się nam naukowym absurdem. Nazewnictwo popularne nie powinno wykraczać poza percepcję przeciętnego człowieka. Nie należy na wzór łaciński rozbijać nazw tradycyjnych na bardziej szczegółowe tylko dlatego, że dany gatunek zmienił rodzaj w systematyce naukowej.
Nazywanie foki „szarytką” tylko dlatego, że nie należy do rodzaju Phoca, to droga donikąd. Przywołanie autorytetu XVIII-wiecznego autora Krzysztofa Kluka w tym kontekście uważamy za chybione. To właśnie ówczesne rozbudowywanie (między innymi przez Kluka) nazewnictwa organizmów żywych w językach narodowych zainspirowało Linneusza do stworzenia systemu uniwersalnego dla wszystkich krajów. Sądzimy, że lansowana ostatnio koncepcja polskiej alternatywy dla nomenklatury binominalnej cofa nas cywilizacyjnie o 250 lat.
Po drugie, przywoływane przez autorów riposty przykłady z parazytologii to jedynie relikty. Dziś nikt nie tworzy nowych nazw dla pasożytów, a „zarodziec” czy „tasiemiec” to nazwy grup, a nie konkretnych gatunków. Wyciąganie ich jako tarczy dla współczesnej zbyt swobodnej twórczości nazewniczej nie jest dobrym pomysłem.
I wreszcie kwestia nieszczęsnego tytułowego „orła białego”. Wygląda na to, że w imię systematycznej czystości nowo stworzony paradygmat nazewniczy dokonał szkód nieodwracalnych. Teraz każdy „domorosły znawca” wie już, że orzeł bielik orłem nie jest. Podczas gdy w Ameryce czy Anglii, Niemczech czy wielu innych krajach bielik (bald eagle, Seeadler) dumnie pozostaje orłem, w Polsce musiał zostać zdegradowany.
Nazwy dwuczłonowe mogą mieć swoje praktyczne zastosowanie – oczywiście nie jako kalki nazw naukowych, lecz jako narzędzie uproszczonej, potocznej systematyki, pozwalające od razu określić, z czym mamy do czynienia. Polska ornitologia poszła niestety w innym kierunku, niejako ukrywając istotę stosowanych nazw. Pierwszy człon nazwy zwyczajowej bywa nagminnie eliminowany (orzeł bielik, kaczka krzyżówka, sikorka bogatka). Używanie owego pierwszego słowa stało się passé, a osoby, które się na to ważą, są uważane za niedouczone.
Apelujemy o odłożenie emocji na bok i potraktowanie tego problemu z należytą wielowymiarowością. Język polski to nie arkusz kalkulacyjny, w którym można hurtowo podmieniać komórki. „Orzeł biały” jest symbolem narodowym, co jest ważniejsze niż dokładność w rodzimym systemie nazewniczym. Wyrażamy nadzieję, że kreatorzy treści medialnych, a zwłaszcza wikipedyści, z większą refleksją podejdą do nazewnictwa popularnego organizmów żywych. Pozostajemy w nadziei, że orzeł bielik – mimo zmasowanej akcji medialnej – nadal pozostanie orłem; i że również mysz nie będzie musiała wydeptywać ścieżek do słownika, by z niepokojem odkrywać, kim właściwie jest.
PS Bardzo dziękujemy za wsparcie, którego nam udzielił pan doktor Andrzej Kołodziejczyk w swoim artykule „Żaden pancernik nie nosi puklerza”, ośmieszając przykłady zbyt bujnej twórczości nazewniczej w biologii i wskazując na absurdalność tego nowego trendu.